18+ • Surowe i intymne treści
Ten blog zawiera szczere i bardzo bezpośrednie historie. Prosimy o dyskrecję. Osoby poniżej 18 lat prosimy o opuszczenie strony.

niedziela, 31 maja 2026

Organizm

Kiedy Marcin zbliżał się do parku, słychać go było z daleka. Stadionowy, pijacki ryk: „Lech! Lech!”, „Arka Gdynia!”. Wyrzucany z potężną, zwierzęcą siłą rozdzierał noc.

Szedł środkiem alejki. Jakby park był jego jebanym podwórkiem, na którym nikt nie ma prawa mu podskoczyć. Jakby cały świat należał do niego. Jakby nigdy nie przyszło mu do głowy, że mogłoby być inaczej. Kosze na śmieci, które nawet nie stały mu na drodze, obrywały z buta. Po prostu naruszały harmonię jego lujowskiego świata. Musiał je ustawić.

Drzewa drżały. Cioty milkły i rozstępowały się przed nim jak stado gołębi przed psem.

Zobaczyłem go pierwszy raz przy Słowackim. Był jasnością. Otaczała go jakaś niesamowita poświata. Środek lata. On w marynarskiej koszulce w biało-niebieskie pasy i krótkich spodenkach. Na głowie biała bejsbolówka. Miał dwadzieścia pięć lat i twarz, która mimo ciemnego blondu po prostu lśniła. Była w niej idealna symetria i chłopięcość. Przełamywały ją tylko te wielkie, odstające uszka. One wszystko psuły i wszystko naprawiały. Przez nie nie dało się go brać do końca poważnie jako zagrożenia, ani przestać na niego patrzeć.

Miał ciało szczupłe, niemal chude. Ale o tej sprężystości, która nie wie jeszcze, co to kac i rozpad. Zero siłowni. Zero wyrzeźbionych mięśni. Tylko naturalna siła. Na ramionach tatuaże zrobione w jakiejś piwnicy przez debila z maszynką. Na nogach ciemny blond gęstych włosów. Bezczelne, pewne siebie spojrzenie. Nieprzepraszające za to, że żyje. Wyglądał jak zły dzieciak z blokowiska, który akurat nauczył się pić i rżnąć.

Moje totalne przeciwieństwo. Patrzyłem na niego jak zahipnotyzowany. Absolutna fascynacja.

Zacząłem o niego rozpaczliwie rozpytywać. Dowiedziałem się szybko: heteryk. Przychodzi po zasoby: kasę, piwo, dach nad głową. Nic więcej go nie interesowało. Czysty pragmatyzm. W parku był zjawiskiem osobnym. Nie należał tam, a jednocześnie był u siebie. I miał to głęboko w dupie. Był ekspansywnym organizmem, który zaspokajał potrzeby. Groźbą i przemocą usuwał przeszkody z drogi. Był w tym całkowicie naturalny. Jak zwierzę, które nie zna pojęcia wstydu.

Na Wolnych Torach, przy zardzewiałych, wycofanych wagonach, pozwolił mi na zbliżenie za kilkadziesiąt złotych. Cały czas mnie poganiał. Patrzył na mnie, klęczącego przed nim, z obojętnym wyrazem twarzy. Nakazywał mi się śpieszyć, bo „cięły komary”. Powtarzał, że nie ma czasu. Był miękki. Czysta transakcja, z której nie czerpał żadnej przyjemności. Obowiązek, który trzeba odbębnić, żeby jak najszybciej kupić browara.

Te migawki w krzakach w żaden sposób nie naruszały jego męskości. Pasożytował na środowisku, które dawało mu przeżyć. Maksymalizował zyski. Nie akceptował żadnej straty. Pamiętam, jak kiedyś w nocy wyciągnął ode mnie najpierw trzydzieści złotych, potem wyrwał kolejne dwadzieścia. Wziął pięćdziesiątkę i obiecał, że tylko skoczy na stację po piwo i zaraz wróci do krzaków. Oczywiście nie wrócił.

Mimo tego wszystkiego Marcin potrafił być tarczą. W parku napady, pobicia i rabunki były codziennością. Raz osaczył mnie jakiś niezrównoważony typ z długimi, brudnymi kłakami. Groził mi. Skamieniałem ze strachu. Byłem pewien, że mnie pobije. Wtedy Marcin wyrósł jak spod ziemi. Uspokoił tamtego – znali się.

— Zostaw go, to mój ziomek, jest spoko — powtarzał, dopóki tamten nie odpuścił. Uratował mnie, bo byłem jego „zasobem”, o który należało zadbać.

Marcin nigdy nie udawał kogoś lepszego. Wulgarny, brutalny, bezczelny. Potrafił wydrzeć się komuś prosto w twarz o kilka złotych na piwo. A potem przyjść do mnie spokojny jak kot i usiąść obok na ławce.

Później była ta działka w Suchym Lesie. Wysiadł z tramwaju na pętli w koszulce poplamionej krwią.

— Co się stało, Marcin?! — zapytałem przerażony.

— A nic. — wzruszył ramionami — Poszarpałem się z jednym typem.

Na działkę pojechaliśmy taksówką. Było gorąco. Było chlanie. Było lato. W altance pił na umór. Właściwie nigdy nie widziałem go do końca trzeźwego. Piwo było dla niego jedynym słusznym napojem. „Darem natury” – tak mówił o Żubrze. Narkotyków nienawidził. Z niesmakiem podchodził do tego, że muszę przyjmować psychotropy.

Zażądał kasy z góry, ale potem unikał kontaktu. „Nie teraz”, „później”. Gdy był kompletnie schlany, pozwolił mi w końcu na pieszczotę ustami. Zawsze traktował to jako coś, co w żaden sposób nie godzi w jego męskość. Także i tym razem nie poczułem, by stwardniał.

Rano wracaliśmy piechotą kilka kilometrów do miasta. Słońce biło w asfalt. Przy wiadukcie Narutowicza zatrzymałem się i powiedziałem:

— Marcin, popatrz. To jest piękny wiadukt, wygląda jak okręt. Nazywa się imieniem prezydenta, którego zastrzelili w zamachu.

Spojrzał na konstrukcję, splunął na bok i rzucił:

— A chuj z nim.

— Ty chyba nie lubisz książek?

— Kurwa, najbardziej na świecie.

Roześmiałem się. Nie dlatego, że to było mądre. Właśnie dlatego, że nie było. Marcin nie udawał. Nie udawał wrażliwego. Nie udawał ciekawego świata. Nie udawał niczego. Nienawidził książek, nienawidził gadania, nienawidził pozowania. Był po prostu sobą – brutalnym, prostym, żywym organizmem.

Szedł dalej z rękami w kieszeniach. Lekko zgarbiony, kopiąc po drodze kamienie. A ja znowu czułem to swoje dziwne wzruszenie. Nigdy mu tego nie powiedziałem. Dla niego byłem pewnie jedną z wielu ciot kręcących się po parku. A ja zbierałem go sobie do środka kawałek po kawałku. Jego głos. Pijane śpiewy. Odstające uszka. Tę brutalność wymieszaną z chłopięcością.

I właśnie za to go kochałem.

Potrafił mnie obronić, pozwolić mi na zbliżenie, a potem zniknąć na tydzień bez słowa. Był jak dziki pies – raz liże po twarzy, raz gryzie. Zbierałem go. Każde jego „a chuj z nim”, każde kopnięcie w kosz, każdy pijany ryk na całą alejkę. Wkładałem to sobie głęboko do głowy i nosiłem jak skarb. On nigdy nie wiedział, że jest zbierany. I nigdy nie musiał wiedzieć. Po prostu był. I to wystarczyło.

Dziś widuję go czasem w knajpach. Siedzi przy jakimś starszym geju, który stawia mu kolejki. Marcin się nie zmienia. Dalej jest tym niegrzecznym lujem z odstającymi uszkami. Bierze od świata to, co mu potrzebne, i nigdy za to nie przeprasza. On po prostu jest.

Lata mijały. Życie wyświetlało film z Marcinem – a może tylko zapętlonego gifa. Płynnie przechodziło od jasnego anioła spod popiersia poety do mężczyzny ze zniszczoną słońcem skórą. Kiedy zobaczyłem go jako trzydziestosiedmiolatka, wciąż nosił bejsbolówkę. Ale biologia wystawiła rachunek.

Skóra, spalona słońcem bez żadnych filtrów, stała się brązowa i zjechana. Włosy na nogach ściemniały i zgęstniały. Sprawdziłem to potem na Wiki: u takich jak on słońce nie rozjaśnia włosów, tylko pobudza cebulki do produkcji ciemniejszego pigmentu. Jego ciało po prostu zbroiło się przed upałem. Braki w uzębieniu biły po oczach przy każdym uśmiechu.

Ostatni raz wtargnął do mojego życia bez zaproszenia. Zwalił mi się na chatę z odpychającym, grubym typem. Nie pytał o zgodę – przyszedł jak po swoje i wziął dwieście złotych za nic. Czułem od niego zapach ulicy, potu i klatek schodowych. To odebrało mi ochotę na zbliżenie. Poczułem tylko ogromny żal. Wielką szkodę, że tym razem nic między nami nie będzie.

Bo moja fascynacja nim nigdy nie wygasła. Z biegiem lat on stawał się tylko cenniejszy. Nabierał charakteru, jak wszystko w mojej kolekcji, której nie potrafię i nie chcę porzucić. Na odchodne, stojąc w drzwiach, wypalił mi prosto w twarz:

— Nie wkurwiaj mnie więcej tą swoją nerwicą! Masz z tym przestać!

Wtedy zrozumiałem tę przepaść. Przechodził przez życie jak taran. Kompletnie nie rozumiał, że można bać się czegoś, czego nie da się dotknąć. Ja kompulsywnie analizowałem, zbierałem chwile do kolekcji. On po prostu trwał. Był jak inny luj, Damian, który kiedyś powiedział mi: „Ty JESTEŚ normalny”. Dla nich lęk był fanaberią. Szumem, którego nie da się przełożyć na piwo ani na nocleg. Miałem zasoby – dom, pieniądze – więc o co mi w ogóle chodziło z tą nerwicą?

Zostało mi jego zdjęcie wygrzebane na FB i świadomość, że Marcin nigdy nie musiał uczyć się mindfulnessu. On był teraźniejszością – brutalną, prostą i nieprzepraszającą za to, że pożera zasoby, których inni boją się nawet tknąć.


piątek, 29 maja 2026

Trzydzieści złotych


Siedziałem sobie na oparciu ławki przy wybrukowanej ulicy, którą przed laty kursowały tramwaje. To tam zatrzymywały się zmotoryzowane cioty i staruchy grubo po trzydziestce, którym wstyd było pokazać się w parku przez wiek lub wygląd. Albo jedno i drugie.

Przed godziną wcisnąłem Jolce swoją starą, porysowaną empetrójkę z kawałkami z lat 30: „Nie kochać w taką noc to grzech. Kochajmy póki czas...”. Teraz, porobiona kilkoma piątkami Relanium, snuła się po alejkach z dłońmi przyciśniętymi do uszu. Bredziła, że czuje się pluszowo i ekscytowała przedwojenną dykcją. Jarało ją przymknięte, tylnojęzykowe, „ciemne” o, kresowe ł – cały ten dawny akcent sceniczny. Mnie Jolka kojarzyła się ze skryptem do socjologii: odwrócona migracja pionowa. Od prymuski z renomowanego liceum do parkowej wywłoki nocującej na klatkach z bezdomnymi.

Wokół mnie krążył jakiś 28-latek, nie grubas, raczej typ miśka. Nic specjalnego, ale też nie odrzucał. Taki do przyjęcia. Zbliżył się powoli i zagadał ściszonym głosem:

— Sorry, spotykasz się może za kasę?

Powiedziałem nie, ale przeciągnąłem sylabę, głos mi zawisł. Typ odszedł kawałek, dalej trzymał się blisko.

Patrzyłem w próżnię. Jolka się puszczała. Otaczały mnie same takie jak ona. Mnie też wielokrotnie w życiu proponowano kasę. Zawsze odmawiałem. Nie przez dobrobyt, tylko przez wyniesioną z domu, bezmyślną wiarę, że prostytucja jest czymś haniebnym. Tylko czy warto było dalej ciągnąć tę iluzję? Ile przez nią ominęło mnie przeżyć, wrażeń? Pięknych, strasznych, mocnych.

Zeskoczyłem z ławki. Podbiłem do niego. Omówiliśmy reguły, wsiedliśmy do auta. Przekręcił kluczyk, rozbłysły światła. Cioty, w tym Jolka, zauważyły nas i zaczęły mielić jęzorami. Z każdą chwilą robiło się fajniej.

Zawiózł mnie na Cytadelę. Weszliśmy po schodach prawie pod sam cokół. Skręciliśmy w prawo i zboczyliśmy z alejki między drzewa.

Był spokojny, cichy i miły. Rozpiął spodnie, wyjął z kieszeni gumę, rozerwał zębami złotko. Założył ją, nie wiem po co, ale założył. Teraz kucałem przed nim jak normalna dziwka. Byłem szmatą. I czułem, że jestem do tego stworzony.

Po wszystkim wstałem, objąłem go za szyję i muskałem ustami jego spoconą skórę. Spytał grzecznie, czy możemy tak postać dłużej. Trwaliśmy w uścisku kilka minut. Żaden nie chciał puścić. Czułem jego ciepło, bicie serca, oddech – najpierw ciężki, potem miarowy i głęboki. W tamtej chwili wszystko było na swoim miejscu.

Dał mi trzydzieści złotych. Zostawiłem je sobie na pamiątkę.

W przyszłości zgarniał mnie z parku jeszcze kilka razy. Zawsze najbardziej zależało mu na długim tuleniu. Jolka też z nim kiedyś pojechała. Grzmiała potem na cały park:

— Ten człowiek powinien się wstydzić! Płaci za zwykłe przytulanie! Absolutne dno!




poniedziałek, 25 maja 2026

Sylwek

Sylwek był niskim i szczupłym chłopakiem. Chłopakiem, nie jakąś przegiętą pizdą! Przyglądałem mu się z fascynacją, mimo że w parku nie wyrażano się o nim zbyt pochlebnie. No i mimo tamtej paskudnej historii, kiedy jego śliczne ciałko nagle pokryły nitkowate bruzdy – rzekomo alergia na sierść psa. W tamtym czasie każda dolegliwość kojarzyła się z zarazą, której nazwy nawet nie wypowiadano.

Z Sylwkiem przyjaźniła się Jolka, która często prawiła mi komplementy. Nie chciałem jej. Długie włosy, podawanie się przy lujach za dziewczynę – całkiem zresztą skuteczne – działały na mnie odpychająco. Pragnąłem chłopaka, nie czegoś, co udaje laskę. Sylwek był zupełnie inny. Wprawdzie miał już dwadzieścia lat, ale wciąż był tak rozkosznie chłopięcy, że coś mi miękło w środku, kiedy tylko o nim pomyślałem.

Gadaliśmy sobie w grupce pośrodku alejki: ja, Jolka, Sylwek i dziad z Gostynia. Ciągle spoglądałem na Sylwka. Szybko dostrzegł moje długie spojrzenia i niemal od razu zaczął patrzeć na mnie w ten sam sposób. Podchodziliśmy do siebie coraz bliżej i już po chwili przytulaliśmy się i całowaliśmy.

– Boże, jaka patologia! – zachichotała Jolka, chwytając się za głowę. Trochę zazdrośnie, trochę na serio.

Dziad z Gostynia nagle się odwrócił i przechadzał koło nas tam i z powrotem. Znałem go – czterdzieści plus, zapach petów, Golf ze szrotu. Dobrze robił laskę z połykiem.

Miłość na pikiecie. Dwóch facetów, którzy się całują. Rzadki widok.

Pragnąłem go. Lizaliśmy się już na całego, dotykaliśmy. Zapytałem dziada z Gostynia, czy zabierze nas na Cytę, bo nie chciałem tego robić w parku przy tylu znajomych ciotach.

Usiedliśmy z tyłu. Drogi nie pamiętam. Oczy miałem zamknięte, język Sylwka penetrował moją buzię, moja dłoń błądziła pod jego koszulką po gładkiej klacie. Na miejscu weszliśmy od razu w krzaki. Miejsce było porośnięte wysokimi tujami, wchodziło się tam po niewielkich schodkach. Dziad spacerował niżej alejką, cały czas rzucając w naszym kierunku łapczywe spojrzenia.

Mieliśmy rozpięte spodnie i pieściliśmy się, całując namiętnie. Coś mnie jednak blokowało przed tym, by pójść z nim na całość. Ta natrętna myśl o dermatologicznym horrorze tego chłopaka, „uczuleniu na psy”, powracała. Dlatego kiwnąłem brodą na dziada z Gostynia, zdradzając Sylwkowi:

– Ten zajebiście robi laskę.

Sylwek nie miał oporów. Zawołałem dziada. Przybiegł pośpiesznie jak pies z wywalonym językiem. Pociągnąłem go do siebie za łachy, sprowadziłem na ziemię. Robił to posłusznie i zachłannie. Nie przestawaliśmy z Sylwkiem się całować. Uśmiech nie schodził nam z twarzy po tej akcji ze staruchem. Cudownie było spijać ślinę Sylwka z jego języka, czując jednocześnie pulsowanie ciała i zbliżające się spełnienie. Kulminacja przyszła, gdy obejmowałem go oburącz za szyję i myślałem tylko o nim.

Dziad z Gostynia oblizał usta i zajął się Sylwkiem. Robił to szybko jak wariat. Pewnie przez cały czas właśnie na to czekał, bo mój smak już dobrze znał, ale Sylwka miał zaszczyt obsługiwać po raz pierwszy w życiu. Sylwek stękał i jęczał. Ciągle staliśmy w uścisku i trwającym w nieskończoność pocałunku. Miło było czuć, jak dochodzi. W tamtej chwili kochałem go i cieszyłem się niesamowicie z tej cudownej przygody.

Nigdy później już nie spotkałem Sylwka. Przypadkowo usunąłem jego numer w Yari. Dwie cioty miały do niego kontakt, ale mi go nie podały. Miałem wrażenie, że pedały nie chcą, byśmy znowu się spotkali. Wyglądaliśmy razem na zakochanych. Było w tym piękno, miłość i życie. A oglądanie takich rzeczy w smutnym życiu przeciętnej cioty było nie do zniesienia.





piątek, 22 maja 2026

Kolekcjoner pięknych chwil

W ten sposób to Ty nikogo nie znajdziesz! – krytykował mój tryb życia Adrian. Znałem jego repertuar na pamięć: „Nie pracujesz. Zrobiłeś sobie z nocy dzień” itd. To prawda. Kiedyś żyłem inaczej. Wstawałem o poranku i rzeczywiście poznawałem najlepszych kolesi. Przede wszystkim młodszych, nawet licealistów. Ale to, że po latach zacząłem spędzać na pikiecie całe noce, czasem działało na moją korzyść. Gdy przychodził luj, widział tylko mnie, nie miałem konkurencji, żadnej cioty, która mogłaby mi go podkraść. Brali mnie chętnie. Nie miałem jeszcze trzydziestki, wyglądałem o wiele młodziej, byłem szczupły, zadbany, o mordzie całkiem uroczej. Co niby miało im się nie podobać?

Pewnej wiosennej nocy po godzinach samotnego krążenia na zboczach cmentarza usłyszałem w oddali szybkie tupanie butów po ziemi. Po chwili ujrzałem chłopaka w dresie. Nie żaden pedał, zwyczajny luj średniego wzrostu i normalnej budowy ciała. Na mój widok wybałuszył oczy i zatrzymał się gwałtownie. Zbliżył się, położył mi rękę na głowie, zepchnął na kolana. Poczułem intensywny, wilgotny zapach jego dresu, bielizny i spoconego, rozgrzanego brzuszka. Wyciągnął go i zapakował mi do buzi. Ruszał biodrami rytmicznie, szybko oddychając przez usta. Wdychałem go całym sobą – jego wysiłek, samczą woń. Skończył z mocnym sapnięciem. Przytrzymał mnie, praktycznie zmuszając do połknięcia. Wcale nie musiał mnie zachęcać. Potem schował go i po prostu pobiegł dalej.

Wyjąłem telefon i zadzwoniłem do Agaty, starszej o 20 lat pani poznanej przez mój blog o nazwie cwelik. Odebrała mimo późnej pory. Płakałem w histerii, że właśnie przeżyłem najpiękniejszą chwilę w całym moim życiu, że poznałem prawdziwego sportowca, chłopaka hetero, z którym namiętnie się kochałem. Słuchała spokojnie jak kolejnej ciotodramy. Później usiłowała zmienić temat na coś prozaicznego, o problemach w swojej firmie, ale nie byłem w stanie myśleć i mówić o błahostkach, gdy świat drżał w posadach. Rozłączyłem się i dreptałem szybko, pełen ekscytacji. Wysyłałem SMS-y do ciot, przechwalając się, że miałem luja, o którym te mogą jedynie pomarzyć. Życie było cudowne, najlepsze. Kolekcja pięknych chwil powiększona o następne wspomnienie, którego już nikt nigdy nie mógł mi odebrać.

Zmiana scenerii: zima, noc, park pedała, trzaskający mróz. Wokół absolutna pustka. Kto by wytrzymał w takich warunkach? Ja. Czapka, ciepła kurtka, ochronny krem i gruba warstwa fluidu na mordzie. Kilka rund po obu stronach pikiety dla rozgrzania się. Wreszcie dostrzegłem go. Młodego chłopaka zbliżającego się swobodnym krokiem od strony dworca. Kurtka i bluza z kapturem. Blondyn, około 26 lat. Podobna sekwencja zdarzeń, tylko że ten mimo mrozu opuścił spodnie razem z majtkami. Twardy facet. Był duży. Większy niż poprzedni. Robił to wolniej, delektując się chwilą. Ja też. Poruszał się delikatnie, ale stanowczo, trzymając mnie za podbródek. Czułem w ustach ciepło jego ciała – żywe, intensywne w tę mroźną noc. Obejmowałem jego biodra, sycąc się bliskością. Spiłem wszystko do ostatniej kropli. Nie powiedział słowa. Podniósł spodnie i po prostu zawrócił. Był czysty, ale i tak domyśliłem się, że przyszedł z dworca. Nosił się zbyt letnio, więc od razu wiedziałem, że nocował w poczekalni. Pełno podobnych stamtąd przychodziło. Niektórzy byli naprawdę fajni, właśnie tacy jak ten. Nie żałowałem ani trochę. Wróciłem nocnym do domu szczęśliwy. Odpaliłem bloga, napisałem post, dodałem następną piękną chwilę do kolekcji.


czwartek, 21 maja 2026

Wiktoria


To była ruchliwa noc w parku. Na ławce, na prawo od pomnika Słowackiego, kobieta ujeżdżała mężczyznę – widok nietypowy w tym miejscu. Ciotki mijały ich bez słowa. Tylko niektóre zatrzymywały się i patrzyły zaskoczone. Para w średnim wieku, wyglądali na bezdomnych, bez przerwy pili i, szczerze mówiąc, nie było tam czego oglądać.

W pewnym momencie zjawił się dwudziestoparoletni chłopak, zupełnie normalny, żaden bezdomny. Pochylił się nad dziadem. Po chwili ona się podniosła, a chłopak zaczął popychać ją od tyłu. Wtedy już było na czym zawiesić wzrok – szczupły tyłeczek młodzieńca przykuwał uwagę. Cioty obserwowały ten spektakl z zainteresowaniem, po trzy lub więcej przystawały w bliskiej odległości. Patrzyłem z oddali. Czułem się wtedy stuprocentowym gejem i byłem z tego dumny, dlatego takie widowiska co do zasady budziły mój niesmak.

Był z nami też starszy pan, nad wyraz wiekowy. Trudno było go zaszufladkować jako kolejnego żałosnego starucha. Męski, o błyszczących oczach i rumianej cerze. Miał szlachetne maniery, w których dało się odnaleźć ślady przedwojennego sznytu. Od razu rozpoznałem w nim osobę wykształconą i wartościową, dlatego wcale mi nie wadził. Przeciwnie, uznałem za piękne, że taki poważny senior przyszedł do parku.

Niestety, po pewnym czasie pan przyjął tyle wrażeń, że zrobiło mu się słabo, usiadł na ławce i musieliśmy dopytywać, czy wszystko jest w porządku, czy może należy wezwać pomoc. Kumpel, chudy blondyn w okularach, komentował:

– Wiesz, on zobaczył tych wszystkich ładnych facetów i nie wytrzymał.

Rozumiałem. Była ciepła letnia noc i w parku naprawdę się działo. Bez przerwy ciotki łączyły się w pary i wychodziły razem w krzaki. A później często trójkąty, grupówki. I przez zarośla prawie wszystko było widać.

Tej nocy suki nie wjeżdżały do parku na zgaszonych światłach, agresywne luje na nas nie napadały, panowała atmosfera beztroskiej fiesty. Krążyłem po obydwu częściach parku do czwartej, piątej rano.

Wtedy zjawił się bardzo młody chłopak, najwyżej osiemnastolatek. Szczupły, średniego wzrostu, ciemny blondyn o regularnych rysach. Kilka ciotek mu ciągnęło. Zazdrościłem i trzymałem się w pobliżu. Zależało mi, by mnie dostrzegł. W pewnej chwili, gdy na moment wokół zrobiło się pusto, zwrócił się do mnie. 

– Usiądziesz na nim? – usłyszałem.

Patrzył na mnie skupionym, inteligentnym wzrokiem.

– Niestety nie – odpowiedziałem.

Nie wyobrażałem sobie tego. Nigdy bym nie zrobił takiej rzeczy w parku. Tak bez przygotowania, a do tego pewnie bez gumy? Przez całe życie ryzykowałem, ale narażanie się do takiego stopnia byłby przekroczeniem mojej czerwonej linii.

Byłem przekonany, że właśnie straciłem szansę na zbliżenie się do fantastycznego nastolatka. Już poczułem stratę, żal, żałobę.

– A obciągniesz chociaż z połykiem? – zaoferował nagle.

– Tak – odpowiedziałem entuzjastycznie, z wielką radością i nadzieją.

Chłopiec wstał i pozwolił mi zająć ławkę. To działo się tuż przy popiersiu Słowackiego. Wziąłem go w usta, chłonąc smak rozkosznej młodości. Przyjmowałem go z uwielbieniem, fascynacją, oddaniem i miłością. A gdy napełnił mnie ciepłym płynem, połknąłem jak drogocenny skarb, nie mogąc uwierzyć we własne szczęście.

Wtedy wytarł się chusteczką wyjętą z saszetki na ramieniu, zapiął spodnie i poprawił koszulkę.

Pożegnał mnie krótkim „dzięki” i specyficznym gestem – dwoma palcami wiktorii skierowanymi w moją stronę. To zakończenie przygody było fantastyczne, takie młodzieżowe, rzadko spotykane. Rozmyślałem o tym geście długo w autobusie nocnym z Kaponiery – wygodnym DAF-ie, darze z Utrechtu, na którego wysokich siedzeniach jechało się jak na wycieczkę.

W domu opisałem wszystko na GG Horusowi, kumplowi z Łodzi, rok starszemu ode mnie barmanowi z forum, na którym miałem rangę „pies admina”. Tej nocy, a właściwie dnia, spałem spełniony i szczęśliwy.

Wstałem, jak zwykle, późnym popołudniem. Włączyłem kompa – stacjonarnego, z ekranem CRT – i od razu przeczytałem odpowiedź Horusa na relację o mojej nieziemskiej przygodzie z cudownym nastolatkiem, który zakończył zbliżenie niespodziewanym gestem.

Horus odpisał:

„Wiesz, co oznaczał ten gest? To gest zwycięstwa nad Twoim życiem”.









Panaceum


W dole ekranu migał żółtopomarańczowy pasek. Na biurku, pośród walających się papierzysk, chusteczek do nosa i blistrów moich leków – kilka szklanek z saszetkami zielonej herbaty. Ciszę przerywał szum mijających się pociągów. Odruchowo zamykałem i otwierałem uchylne okno, aby nie zakłócało mojej playlisty – „Relax. Take it easy” – bo wciąż słuchał jej mój idol, moderator forum, gdzie miałem rangę „pies admina”. I izraelskie oldies:  Et mi at ohevet? Et mi at ohevet? Betachanat harakavot shaaaltiKogo kochasz, kogo kochasz? Na stacji kolejowej zapytałem.

Po prawej, za korytarzem, zamknięte drzwi pokoju rodziców. Chrapanie ojca. Spali jak co noc u siebie, z pieskiem drzemiącym na fotelu. Ich noc, mój dzień.

Kliknąłem w to okienko. Był dwa lata starszy, miał 29 lat. Mieszkał na sąsiednim osiedlu. Wysoki i szczupły. Wielkości nie rejestrowałem, nigdy mnie nie interesowała. Co mnie obchodzi? Twarz się liczy i stopy, duże stopy. Małe mają kobiety. I krtań, oby była wystająca krtań. Kocham.

Szukał aktywa – jak każdy. Niezbyt się nadawałem, ale chciałem się spotkać. Dawno tego nie robiłem. Miał na imię Radek. Niezbyt pociągające. Ja też podałem prawdziwe. Rozmawialiśmy o neutralnym gruncie, fajnym miejscu – piwnicy w mojej klatce. Mówił, że do bloku wejdzie bez problemu na kod policyjny.

Długo czułem się wyluzowany, nawet wtedy, kiedy ubierałem się, a potem wyszedłem po cichu z mieszkania, schodziłem po schodach i otworzyłem drzwi od piwnicy. Adrenalina była przyjemna. Zajebisty klimat oczekiwania na ekscytującą przygodę.

Potem rozmowa przeszła na sms. Chwyciłem mój Yari.  Napisał, że jest w drodze. Bez problemu odnalazł mój blok i klatkę. Dostałem wiadomość, że już tam jest, czeka w umówionym miejscu – prosto i na prawo, dokładnie obok lokatorskiej komórki moich rodziców. Spoważniałem.

Przez jakiś czas czułem się dość normalnie. Lepsza koszulka i bluza. Lustro, trochę fluidu na ryj, dezodorant i perfumy. Kurtka. Wyszedłem z mieszkania na korytarz, zamknąłem drzwi na klucz. Powoli schodziłem po stopniach na parter. 

Gdy mijałem kolejne piętra, mina mi rzedła, nogi zaczynały się uginać. Przecież on chce zostać wyruchany jak szmata. Ostatni raz byłem akt z taką mega kurwą u niej na chacie, gdzie miałem czas, by oswoić się z sytuacją. Teraz miało być inaczej – od razu, szybko.

Wszedłem do piwnicy. Nie przeszkadzała mi ciemność. Znałem układ na pamięć, a poza tym całkiem niedawno ciągnąłem w niej jednemu takiemu byle jakiemu brzydkiemu, ale w chuj podniecającemu kolesiowi w moim wieku, co pierdolił: „ale chyba zależy nam na dyskrecji?”. Nie zależało mi, miałem ją w piździe.

Poczułem zapach kocich odchodów i trutki na szczury. Minąłem rozwidlenie, o którym go uprzedziłem, i odnalazłem go w półmroku – gdzieś w oddali paliła się żarówka. Był wysoki i piękny.  Modnie ścięty, w skórzanej kurtce. Pachniał drogimi perfumami. Podszedłem. Spojrzał w moją twarz. 

I wtedy wybuchnął szczerym, donośnym śmiechem.

Od razu zrozumiałem. Byłem tak spięty, właściwie przerażony, że kompletnie się nie nadawałem. Do niczego. Ja i aktyw? Z czym, kurwa, do ludzi? Z moją fobią społeczną, nerwicą, przewlekłą dystymią? Chuj, nie aktyw. Byłem pewien, że oleje mnie, odejdzie. Wszystko było skończone. Przegrane. To była kompletna pomyłka. I moja, moja wina.

I wtedy wyjął z kieszeni piwo.

– Pij szybko do dna – rozkazał.

Miałem 27 lat i nie znałem alkoholu. Nigdy wcześniej nie piłem. 

Teraz jednak chwyciłem puszkę i posłusznie wychyliłem na hejnał. Czekał. Długo nie musiał. Po krótkim czasie poczułem w głowie szum. Nagle odcięło mnie od siebie samego. Poczułem zwierzęcą żądzę. Rzuciłem go na drewnianą kratę, rozpiąłem mu pasek i opuściłem spodnie. Byłem twardy. Jego ciało cudowne, pośladki idealne. Wszedłem w niego szybko. Popychałem go jak zdobywca. Byłem dzikim, nieokiełznanym wojownikiem. Brałem go jak mężczyzna sukę. Nie jęczał, milczał. Panował nad sobą, był w tym doświadczony. Miękki, delikatny i bezbronny w środku.

– Masz się spuścić! – usłyszałem.

– Gdzie?

– Gdzie chcesz!

No, kurwa, wiadomo, że chciałem w środku. Chciałem go tak mocno, chciałem, by był mój, mój do samego końca. Zrobiłem to, doszedłem w nim. Opadłem na niego. Zalałem go i,  nie wychodząc, całowałem delikatnie, z czułością, jego cudowną, męską, pachnącą szyję. Przepełniało mnie uczucie satysfakcji i męskiej dumy. Zdobyłem go. Byłem zwycięzcą, niepokonanym żołnierzem, właścicielem niewolnika, którego wziąłem, użyłem jak swoją rzecz i własność.

Później nastąpiła krótka wymiana słów. Powiedziałem „dzięki” czy coś takiego, ale on nie miał ochoty na rozmowę. Trzymał się scenariusza i szybko znikł.

Zostałem sam ze swoją dumą, zadowoleniem, historią, przeżytą przygodą, i budującą się piętrowo narracją. I zupełnie nowym doświadczeniem – wiedzą, że alkohol ostatecznie oddala w niebyt lęki i budzi we mnie bestię, zamienia rozedrganą ciotę w niepokonanego samca.

Znalazłem panaceum na spotkania towarzyskie, o których marzyłem. Odtąd już wszystko miało się zmienić. Otrzymałem potężne narzędzie do modyfikowania mojego nastroju. Narzędzie potężniejsze niż sobie wyobrażałem.

Wróciłem do domu. Odpaliłem blog o nazwie *cwelik* i jednym tchem opisałem wszystko, czego właśnie doświadczyłem. Byłem królem świata. Byłem mężczyzną.

A mogłem, jak Radek, po prostu wrócić do swojego życia i przestać przeżywać, jakby wydarzyło się nie wiadomo co. 

Napisałem do niego na gg. Odpisał w sposób lakoniczny, zabawny. Pojawiły się emoty zadowolonej buźki z wywalonym językiem. 

Nie rozumiałem tego, że dla niego nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Nie było dzikich bestii, samców, zdobywców i właścicieli niewolników. Po prostu kolejny seks, stosunek w piwnicy.






Rybcia

  Moja ukochana kamienica: wysokie sufity, przestrzeń, piece kaflowe. W rogu stare pianino, na nim świeczki, które zapaliłem na jego przyja...