W dole ekranu migał żółtopomarańczowy pasek. Na biurku, pośród walających się papierzysk, chusteczek do nosa i blistrów moich leków – kilka szklanek z saszetkami zielonej herbaty. Ciszę przerywał szum mijających się pociągów. Odruchowo zamykałem i otwierałem uchylne okno, aby nie zakłócało mojej playlisty – „Relax. Take it easy” – bo wciąż słuchał jej mój idol, moderator forum, gdzie miałem rangę „pies admina”. I izraelskie oldies: – Et mi at ohevet? Et mi at ohevet? Betachanat harakavot shaaalti – Kogo kochasz, kogo kochasz? Na stacji kolejowej zapytałem.
Po prawej, za korytarzem, zamknięte drzwi pokoju rodziców. Chrapanie ojca. Spali jak co noc u siebie, z pieskiem drzemiącym na fotelu. Ich noc, mój dzień.
Kliknąłem w to okienko. Był dwa lata starszy, miał 29 lat. Mieszkał na sąsiednim osiedlu. Wysoki i szczupły. Wielkości nie rejestrowałem, nigdy mnie nie interesowała. Co mnie obchodzi? Twarz się liczy i stopy, duże stopy. Małe mają kobiety. I krtań, oby była wystająca krtań. Kocham.
Szukał aktywa – jak każdy. Niezbyt się nadawałem, ale chciałem się spotkać. Dawno tego nie robiłem. Miał na imię Radek. Niezbyt pociągające. Ja też podałem prawdziwe. Rozmawialiśmy o neutralnym gruncie, fajnym miejscu – piwnicy w mojej klatce. Mówił, że do bloku wejdzie bez problemu na kod policyjny.
Długo czułem się wyluzowany, nawet wtedy, kiedy ubierałem się, a potem wyszedłem po cichu z mieszkania, schodziłem po schodach i otworzyłem drzwi od piwnicy. Adrenalina była przyjemna. Zajebisty klimat oczekiwania na ekscytującą przygodę.
Potem rozmowa przeszła na sms. Chwyciłem mój Yari. Napisał, że jest w drodze. Bez problemu odnalazł mój blok i klatkę. Dostałem wiadomość, że już tam jest, czeka w umówionym miejscu – prosto i na prawo, dokładnie obok lokatorskiej komórki moich rodziców. Spoważniałem.
Przez jakiś czas czułem się dość normalnie. Lepsza koszulka i bluza. Lustro, trochę fluidu na ryj, dezodorant i perfumy. Kurtka. Wyszedłem z mieszkania na korytarz, zamknąłem drzwi na klucz. Powoli schodziłem po stopniach na parter.
Gdy mijałem kolejne piętra, mina mi rzedła, nogi zaczynały się uginać. Przecież on chce zostać wyruchany jak szmata. Ostatni raz byłem akt z taką mega kurwą u niej na chacie, gdzie miałem czas, by oswoić się z sytuacją. Teraz miało być inaczej – od razu, szybko.
Wszedłem do piwnicy. Nie przeszkadzała mi ciemność. Znałem układ na pamięć, a poza tym całkiem niedawno ciągnąłem w niej jednemu takiemu byle jakiemu brzydkiemu, ale w chuj podniecającemu kolesiowi w moim wieku, co pierdolił: „ale chyba zależy nam na dyskrecji?”. Nie zależało mi, miałem ją w piździe.
Poczułem zapach kocich odchodów i trutki na szczury. Minąłem rozwidlenie, o którym go uprzedziłem, i odnalazłem go w półmroku – gdzieś w oddali paliła się żarówka. Był wysoki i piękny. Modnie ścięty, w skórzanej kurtce. Pachniał drogimi perfumami. Podszedłem. Spojrzał w moją twarz.
I wtedy wybuchnął szczerym, donośnym śmiechem.
Od razu zrozumiałem. Byłem tak spięty, właściwie przerażony, że kompletnie się nie nadawałem. Do niczego. Ja i aktyw? Z czym, kurwa, do ludzi? Z moją fobią społeczną, nerwicą, przewlekłą dystymią? Chuj, nie aktyw. Byłem pewien, że oleje mnie, odejdzie. Wszystko było skończone. Przegrane. To była kompletna pomyłka. I moja, moja wina.
I wtedy wyjął z kieszeni piwo.
– Pij szybko do dna – rozkazał.
Miałem 27 lat i nie znałem alkoholu. Nigdy wcześniej nie piłem.
Teraz jednak chwyciłem puszkę i posłusznie wychyliłem na hejnał. Czekał. Długo nie musiał. Po krótkim czasie poczułem w głowie szum. Nagle odcięło mnie od siebie samego. Poczułem zwierzęcą żądzę. Rzuciłem go na drewnianą kratę, rozpiąłem mu pasek i opuściłem spodnie. Byłem twardy. Jego ciało cudowne, pośladki idealne. Wszedłem w niego szybko. Popychałem go jak zdobywca. Byłem dzikim, nieokiełznanym wojownikiem. Brałem go jak mężczyzna sukę. Nie jęczał, milczał. Panował nad sobą, był w tym doświadczony. Miękki, delikatny i bezbronny w środku.
– Masz się spuścić! – usłyszałem.
– Gdzie?
– Gdzie chcesz!
No, kurwa, wiadomo, że chciałem w środku. Chciałem go tak mocno, chciałem, by był mój, mój do samego końca. Zrobiłem to, doszedłem w nim. Opadłem na niego. Zalałem go i, nie wychodząc, całowałem delikatnie, z czułością, jego cudowną, męską, pachnącą szyję. Przepełniało mnie uczucie satysfakcji i męskiej dumy. Zdobyłem go. Byłem zwycięzcą, niepokonanym żołnierzem, właścicielem niewolnika, którego wziąłem, użyłem jak swoją rzecz i własność.
Później nastąpiła krótka wymiana słów. Powiedziałem „dzięki” czy coś takiego, ale on nie miał ochoty na rozmowę. Trzymał się scenariusza i szybko znikł.
Zostałem sam ze swoją dumą, zadowoleniem, historią, przeżytą przygodą, i budującą się piętrowo narracją. I zupełnie nowym doświadczeniem – wiedzą, że alkohol ostatecznie oddala w niebyt lęki i budzi we mnie bestię, zamienia rozedrganą ciotę w niepokonanego samca.
Znalazłem panaceum na spotkania towarzyskie, o których marzyłem. Odtąd już wszystko miało się zmienić. Otrzymałem potężne narzędzie do modyfikowania mojego nastroju. Narzędzie potężniejsze niż sobie wyobrażałem.
Wróciłem do domu. Odpaliłem blog o nazwie *cwelik* i jednym tchem opisałem wszystko, czego właśnie doświadczyłem. Byłem królem świata. Byłem mężczyzną.
A mogłem, jak Radek, po prostu wrócić do swojego życia i przestać przeżywać, jakby wydarzyło się nie wiadomo co.
Napisałem do niego na gg. Odpisał w sposób lakoniczny, zabawny. Pojawiły się emoty zadowolonej buźki z wywalonym językiem.
Nie rozumiałem tego, że dla niego nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Nie było dzikich bestii, samców, zdobywców i właścicieli niewolników. Po prostu kolejny seks, stosunek w piwnicy.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz