Przed godziną wcisnąłem Jolce swoją starą, porysowaną empetrójkę z kawałkami z lat 30: „Nie kochać w taką noc to grzech. Kochajmy póki czas...”. Teraz, porobiona kilkoma piątkami Relanium, snuła się po alejkach z dłońmi przyciśniętymi do uszu. Bredziła, że czuje się pluszowo i ekscytowała przedwojenną dykcją. Jarało ją przymknięte, tylnojęzykowe, „ciemne” o, kresowe ł – cały ten dawny akcent sceniczny. Mnie Jolka kojarzyła się ze skryptem do socjologii: odwrócona migracja pionowa. Od prymuski z renomowanego liceum do parkowej wywłoki nocującej na klatkach z bezdomnymi.
Wokół mnie krążył jakiś 28-latek, nie grubas, raczej typ miśka. Nic specjalnego, ale też nie odrzucał. Taki do przyjęcia. Zbliżył się powoli i zagadał ściszonym głosem:
— Sorry, spotykasz się może za kasę?
Powiedziałem nie, ale przeciągnąłem sylabę, głos mi zawisł. Typ odszedł kawałek, dalej trzymał się blisko.
Patrzyłem w próżnię. Jolka się puszczała. Otaczały mnie same takie jak ona. Mnie też wielokrotnie w życiu proponowano kasę. Zawsze odmawiałem. Nie przez dobrobyt, tylko przez wyniesioną z domu, bezmyślną wiarę, że prostytucja jest czymś haniebnym. Tylko czy warto było dalej ciągnąć tę iluzję? Ile przez nią ominęło mnie przeżyć, wrażeń? Pięknych, strasznych, mocnych.
Zeskoczyłem z ławki. Podbiłem do niego. Omówiliśmy reguły, wsiedliśmy do auta. Przekręcił kluczyk, rozbłysły światła. Cioty, w tym Jolka, zauważyły nas i zaczęły mielić jęzorami. Z każdą chwilą robiło się fajniej.
Zawiózł mnie na Cytadelę. Weszliśmy po schodach prawie pod sam cokół. Skręciliśmy w prawo i zboczyliśmy z alejki między drzewa.
Był spokojny, cichy i miły. Rozpiął spodnie, wyjął z kieszeni gumę, rozerwał zębami złotko. Założył ją, nie wiem po co, ale założył. Teraz kucałem przed nim jak normalna dziwka. Byłem szmatą. I czułem, że jestem do tego stworzony.
Po wszystkim wstałem, objąłem go za szyję i muskałem ustami jego spoconą skórę. Spytał grzecznie, czy możemy tak postać dłużej. Trwaliśmy w uścisku kilka minut. Żaden nie chciał puścić. Czułem jego ciepło, bicie serca, oddech – najpierw ciężki, potem miarowy i głęboki. W tamtej chwili wszystko było na swoim miejscu.
Dał mi trzydzieści złotych. Zostawiłem je sobie na pamiątkę.
W przyszłości zgarniał mnie z parku jeszcze kilka razy. Zawsze najbardziej zależało mu na długim tuleniu. Jolka też z nim kiedyś pojechała. Grzmiała potem na cały park:
— Ten człowiek powinien się wstydzić! Płaci za zwykłe przytulanie! Absolutne dno!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz