Szczotkował, czesał,
układał, lakierował włosy. Potem prasował spodnie, przymierzał
koszulę, długo stał przed lustrem. I tak co wieczór, przez całe
lato.
Na cmentarzu nocą
niewiele widać, na co mu więc była ta pomadka, ten sztywny
kołnierzyk? Na końcu i tak zostawały krzaki, kolana w trawie,
rozmazany makijaż i „masz może chusteczkę?”.
W dzień siedział przy
biurku, logował się i zaraz wychodził. Z kuchni dochodził stuk
talerzy. Głos starszej kobiety: „Stygnie”. Na GG migały
okienka: „Elo, Cwelik, masz nowego luja?”, „Kurwa, znowu Ci
odwala? Lecz się XD!!!”. Nie reagował. Próbował pisać wiersze
o Rowerzyście, który miał go już dwa razy. Ale wersety nie
wychodziły. Wychodził tylko szlam.
Gdy zbliżał się
wieczór, ciało się spinało, ręce zaczynały drżeć.
Wystarczyło, że w głowie pojawił się Rowerzysta z kimś innym –
i już zrywał się sprzed kompa jak wariat: do łazienki, przed
lustro, a potem schody, brama i szybkim krokiem przez wzgórze dwóch
kościołów – prosto na cmentarz na zboczu, gdzie schodzili się
ci, co wiedzieli.
Przychodził pilnować.
Czaił się w cieniu, wypatrywał światełka roweru, nasłuchiwał
głosów – byle Rowerzysta nie przyjechał, byle z nikim nie
rozmawiał, byle z nikim nie poszedł.
Sprawdzał pogodę trzy
razy dziennie, uczył się barometru, zaznaczał na kalendarzu dni z
opadem. Były tylko dwa – dwa dni wolności. Wsiąkł w to tak
bardzo, że zadzierał głowę, wypatrywał chmur, modlił się o
deszcz. Wyobrażał sobie ulewy, nawałnice, grad – potoki
rozmywające ścieżki, błoto wciągające koła. Rowery znikające
na dobre.
Ale niebo pozostawało
czyste, wieczory upalne. Cwelik przychodził więc w tej swojej
czarnej kurteczce, lustrował okolicę, pociągał nosem i zerkał na
zegarek.
Były noce, gdy Rowerzysta
nie przyjeżdżał. Cwelik krążył wtedy wolniej. Zatrzymywał się
przy starych płytach, odczytywał daty. Zadarł kiedyś głowę i
liczył gwiazdy nad świerkami — doszedł do dwunastu, zanim sobie
przypomniał, że roweru nigdzie nie ma. Że nie trzeba pilnować.
Przez chwilę stał z rozwartymi ustami i powietrzem w płucach.
Aż nadeszła noc, gdy
ciszę przerwał szum opon. W zaroślach mignęła czarna czapeczka i
było za późno, by posłuchać tych, co radzili: nie chodź tam,
nie patrz, bo zwariujesz.
Cwelik starał się
wyglądać normalnie. Stanął tak, jakby wypatrywał kogoś innego –
odwracał głowę do drzew, grzebał butem w piachu, gapił się w
martwy ekran swojego Yari. Nie potrafił. Schował telefon. Ciotki
powtarzały mu przecież, że ma wszystko wypisane na ryju.
Przechodził obok
Rowerzysty o wiele za często. Zwalniał tuż przy nim, chłonął
woń Hugo Bossa Red i przyglądał mu się z obłędem w oczach.
Rowerzysta trwał w lekceważącym bezruchu. Siedząc okrakiem,
opierał stopę o murek. Pochylony nad kierownicą, patrzył przed
siebie spod daszka, choć zawsze kątem oka śledził go – jakby
mówił: wezmę cię, jeśli nie przyjdzie nikt lepszy. Albo i nie
wezmę.
Tej nocy na cmentarzu
kręciły się stare ciotki. Był też nieco młodszy blondyn, ale
pulchny, ubrany byle jak, lękliwy – jakby sam nie wiedział, po co
tu przylazł. To nie był on.
Rowerzysta odjechał na
przeciwną stronę stoku – za szerokie schody i potężny cokół.
Zniknął tam, gdzie cmentarz stawał się mniejszy, bardziej
zadbany.
Wtedy zaczęło przybywać
obcych cieni. Cwelik rozglądał się niespokojnie. Przełykał
nerwowo ślinę, dławiąc tę natrętną myśl, że zaraz tam, na
tamtej stronie, pojawi się ktoś młodszy i ładniejszy od niego. Że
właśnie teraz to się dzieje.
Zbiegł po stopniach
między grobami, a potem ruszył w lewo, na „dolną półkę” –
alejkę gęsto obsadzoną świerkami. Parł naprzód z zaciśniętym
gardłem. Przeciął oświetlone schody, minął cokół.
Gdy tylko wpadł między ścieżki po
drugiej stronie, poczuł, że grunt pod nogami staje się niepewny.
Wszystko, co sobie wmówił,
zaczęło trzeszczeć. To, co tak uparcie od siebie odpychał,
stawało się teraz realne.
Nie pomylił się. Kilka
metrów przed nim, tam, gdzie alejka gwałtownie skręcała pod górę,
leżał na ziemi wielki, drapieżny kształt. Rzucony na samym środku
dróżki.
Jego rower.
Gdzie jest Rowerzysta? I
gdzie blondyn? Cwelik patrzył na ramę, na koła. Wszystkie maleńkie
marzenia rozsypane w piachu jak śmieci – podeptane, pogięte,
zmiażdżone między szprychami.
Ukrył się w zaroślach,
ukląkł, zakrył twarz dłońmi. Kołysał się skulony, dławiąc w
sobie dziki, gardłowy dźwięk. Czy teraz nasłuchiwać jęków,
tropić ich w ciemności, zobaczyć, jak TO robią – czy wytrzymać
tę czarną godzinę, wrócić do domu z godnością i dopiero tam…
zdechnąć?
*
O poranku, gdy sierpniowy
deszcz rozdzwonił się po szybach – ten sam deszcz, na który
Cwelik tak długo czekał – w kamienicy panował duszny upał.
Powietrze stało gęste, przesycone smrodem gołębi zagnieżdżonych
na strychu. Cwelik leżał wciąż w bezruchu, wpatrując się w
sufit. Oddychał płytko, ostrożnie.
Wieczorem znów stanął
na cmentarzu. Brakowało mu sił, trzymał się z dala, ruszał
niewiele.
Tylko oczy pracowały
czujnie, śledząc, jak Rowerzysta znów mknie przez alejki, znika za
grobami, chowa się za budką transformatorową i nagle wyrasta na
górce. Zatrzymywał się tam na chwilę i spoglądał z góry,
wyprostowany, władczy. Wtedy oczy Cwelika na moment odżywały,
rozbłyskiwały nagłym światłem, bo zrywał się wiatr i widział,
jak koszula tamtego łopocze dumnie. Wyglądał wtedy jak wódz na
szczycie bastionu.
Cwelik siedział na murku
i patrzył w górę. Coś w nim powoli gasło. Słoność napełniała
go od piersi aż pod krtań.
Kiedy
po raz czwarty Rowerzysta przejechał obok niego bez słowa, opuścił
ręce i powłóczył do domu. Uszedł kawałek, gdy usłyszał za
sobą pisk. Odwrócił się. Rowerzysta znów tam był, siedział tak
samo jak wcześniej, wsparty czubkiem buta o murek.
Ile razy Cwelik przyrzekał
sobie, że nie będzie się już tak upadlał? Że w podobnej
sytuacji odejdzie obojętnie? Jednak ciotki powtarzały, że obok
takiego towaru po prostu nie da się przejść.
Zatrzymał się. Odwrócił.
Zrobił mały krok, potem kolejny, aż podszedł tak blisko, że
zapach potu i Hugo Bossa Red tamtego uderzył go w twarz. Serce mu
zamarło.
Rowerzysta najpierw
obejrzał but, potem zabił komara na ręce. W końcu uniósł głowę
i powiedział:
Mało kto uwierzyłby, że ta pospolita parkowa ciota z ulizanymi włosami na prawie łysym łbie mieszka teraz w takim miejscu.
— Jedziemy do mnie? — kusiła Markowa, mrużąc oczy. Nie była przegięta, miała wysportowane ciało i zawsze kręciła się koło konkretnych lujów. Pojechaliśmy.
Nie znałem tej dzielnicy. Szła przede mną szeroko, sypiąc żartami i pokazując palcem fajnych facetów. Ledwo za nią nadążałem.
Na klatce wbiła kod do domofonu. Prowadziła mnie do schodów. Nagle stanęła przy ciemnoniebieskich drzwiach po prawej i szarpnęła klamkę. Odwróciła się, chwyciła mnie za kołnierz jak jakiegoś kota i wciągnęła w ciemność. Przekręciła klucz.
— Zabijesz mnie! — wrzasnąłem piskliwie.
— Ja nie z tych… — położyła mi palec na ustach, ciepły i męski, śmierdzący tytoniem, a drugą ręką złapała moją dłoń.
Prowadziła mnie długim korytarzem, zgarbiona, oświetlając drogę zapalniczką. Siatka z Tesco obijała się jej o uda. Co rusz zanosiła się niskim, gardłowym rechotem.
Szliśmy po nagim betonie, z lasem rur i przewodów elektrycznych nad głowami. W nozdrza uderzał odór stęchlizny, ziemi, drewna, szczyn i czegoś zwierzęcego, jakby mokrej sierści.
Zatrzymała się przy metalowych drzwiach, wyjęła klucz z kieszeni, pogrzebała w zamku i zdjęła kłódkę.
W zatęchłej klitce łańcuch lampek choinkowych rzucał kolorowe plamy na pożółkłe plakaty z Bravo i Popcornu. Z zakratowanego okienka na żyłce dyndała sztuczna fuksja. Pośrodku niski stolik przykryty ceratą w różyczki i wielka, przepełniona popielniczka. Z kąta rzęziło „Joyride” Roxette. Pod ścianą stała lampka nocna z potłuczonym kloszem. Cuchnęło starym kurzem i tanim tytoniem.
— Co to, kurwa, za miejscówka? — wyrwało mi się.
— Klub lokatorski — powiedziała z powagą.
Po prawej, na poplamionym dywaniku, leżał wielki materac prosto ze śmietnika. Nad nim grube, odłażące z farby rury. Na tym materacu, zawinięty w brązowy, wytarty koc, wylegiwał się chłopak o barach zapaśnika. Unosił się tam specyficzny, słodkawy zapach – pot zmieszany z tanimi bazarowymi perfumami.
— Andrzej! — szturchnęła śpiocha.
Pokazała się twarz zarośniętego bruneta o ziemistej cerze. Powoli uniósł ciężkie powieki i od razu wlepił wzrok w Markową. Na jego twarzy pojawił się leniwy, błogi uśmiech.
— To Mati — przedstawiła mnie.
Dopiero wtedy łypnął na mnie mętnym wzrokiem.
— Następny… — wybełkotał, ledwo otwierając oczy, i znów odpłynął.
— I jak? — Markowa uniosła podbródek z tym swoim lisim, mokrym uśmieszkiem.
— No… śliczny — przyznałem.
Wyjęła z siatki dwie butelki piwa. Jedną wcisnęła mi w rękę, drugą otworzyła i zaczęła żłopać, szczerząc się tak szeroko, że widać jej było wszystkie braki w uzębieniu.
— Przytulnie tu macie — kiwnąłem brodą na rury ciepłownicze.
— Siadaj na łóżku — odpaliła szluga i zaciągnęła się głęboko.
— Dzięki, boję się, że coś mnie oblezie.
— Nie myśl o tym — zarechotała zza chmury dymu.
Andrzej tylko raz powoli oblizał usta i mruknął coś pod nosem — brzmiało jak „no dawaj”.
Ubikacja mieściła się w dawnej pralni, na końcu korytarza. Światło nie działało. Stała tam wysoka szafka z metalowym basenem wypełnionym po brzegi moczem. Strumień uderzał na oślep i rozbryzgiwał się na wszystkie strony. Czułem, jak ciepła wilgoć wsiąka mi w buty.
— No to ile dasz za show? — zapytała prosto z mostu.
— Dwie dychy, ziomek jakiś nie teges. Nie wiem, czy nam tak w ogóle wolno...
— Pięć dych! Zajebisty lujec!
— Lecz się — zaśmiałem się, wyjmując z kieszeni dwadzieścia złotych.
— Ty zawsze na krzywy ryj — mruknęła, łapiąc banknot.
— Ale ogólnie wszystko z nim w porządku? — nie odpuszczałem.
— Kurwa, zawsze te twoje pierdolone podejrzenia! Normalny chłopak z lekkimi problemami. Nie ma prawa się zerżnąć, czy jak? — rzuciła z wściekłym błyskiem w oku.
— No dobra, skoro kontaktuje, to chyba ma.
— No właśnie, dzięki za pozwolenie, panie normalny — stuknęła się w czoło.
Wróciliśmy do Andrzeja. Nie było gdzie umyć rąk. Moje skarpetki były mokre.
Usiadła na materacu i zaczęła zdejmować buty. Potem jednym ruchem ściągnęła koszulkę. W mdłym świetle piwnicznej żarówki jej ciało wyglądało idealnie – szerokie ramiona, twardy brzuch, ładnie wyrzeźbione mięśnie.
Obróciła się tyłem do mnie. Wtedy zobaczyłem je. W dole pleców, tuż nad paskiem spodni, białą sieć starych rozstępów. Mnóstwo. Nie psuły jej. Wręcz przeciwnie.
Coś mnie ścisnęło. Miałem dokładnie takie same. Kiedyś się ich wstydziłem jak cholera. A ona nosiła je jak coś zupełnie normalnego. Chciałem przejechać po nich językiem. Chciałem je pocałować.
Powstrzymałem się.
Rozpięła pasek, zsunęła wszystko jednym ruchem i kopnęła ciuchy w kąt. Andrzej przewrócił się na brzuch i opuścił bokserki do kolan. Robili to bez słowa, tylko materac skrzypiał pod nimi. Andrzej wbijał twarz w koc.
Na skroni Markowej pulsowała gruba, sina żyła. Skończyła krótkim, zdławionym warknięciem. Otarła twarz.
Andrzej odwrócił się i spojrzał na mnie. Czekał.
Byłem już wstawiony i bardzo chciałem być razem z nimi. Spróbowałem.
Położyłem się na nim. Zacząłem to robić. Czułem jego masywne, ciepłe ciało, spokojny oddech, zapach starych fajek i spoconej skóry. Przez chwilę wszystko było dobrze.
Nagle coś we mnie puściło, głęboko w środku. Wróciła przychodnia, igła w żyle, te dni czekania na wynik, blistry Relanium. Straciłem siłę, nogi zaczęły mi drżeć, zmiękłem.
Odsunąłem się.
Andrzej patrzył na mnie długo. Jego zamglone spojrzenie zniknęło. W rozwartych, żywych oczach zobaczyłem jedno — rozczarowanie.
Twarz Markowej stężała.
— Weź wypierdalaj stąd, pedale! — ryknęła.
Wypchnęła mnie na korytarz. Szczęknęła kłódka, potem zasuwka. Zostałem w ciemności.
— Marek, kto to był? — dobiegło zza drzwi.
— Nikt! — zagrzmiała tamta — Szmata, która lata po parkach za jakimś kolesiem! Ryczy i pisze wierszyki. Kurwa melodramatyczna!
Przywarłem czołem do drewnianej kraty. Oni tu naprawdę żyją. Bez dramatu, bez lęku, bez jebanych wierszy. Schodzą na dół, rżną się, palą szlugi i śpią.
Chciałem tak samo. Chciałem przestać być tą żałosną ciotą, która nie umie żyć.
Trudno
mi inaczej określać pokolenie zet niż… zjebane pokolenie. Już
przy pierwszym kontakcie widać, że z tą generacją jest coś nie
tak. Niełatwo odnaleźć wśród nich osobę poukładaną, żyjącą
w harmonii ze sobą i światem, funkcjonującą bez wyraźnych
zakłóceń i dysonansów. Większość ma poważne trudności
przystosowawcze, zwykle tłumaczone neuroatypowością czy ADHD.
Problemy wychowawcze, kłopoty z nawiązywaniem relacji
rówieśniczych. Pokolenie mało komunikatywne, zubożałe językowo,
z telefonem przyrośniętym do dłoni, posługujące się zamiast
języka swoistym kodem internetowym – strumieniem reakcji,
emotikonów, emoji, skrótów w rodzaju „iksde”. Zjeby
smartfonowe, tiktokowe. Roszczeniowcy.
Kacpry,
Oskary i Jakuby – tacy do mnie trafiali. I to było straszne.
Ciężko ich było namówić na przyjazd. Nie chciało im się
fatygować do mnie Boltem na mój koszt, żeby dostać 450 złotych.
To był dla nich marny grosz, kasa niewarta minimalnego wysiłku –
w wieku dwudziestu, dwudziestu jeden lat. Mnóstwo krętaczy,
wykorzystywaczy i zwykłych złodziei.
Władek
– ten, który przyszedł, wziął kasę i wyszedł
Pamiętam,
kiedy pewnego dnia byłem pijany. Surfowałem dosłownie jak dzika
świnia po Grindr, spamując indywidua z pokolenia Zet, właśnie
około dwudziestu jeden lat. Musiałem być bardzo pijany, bo nie
wiem, jak to się stało, ale znalazł się u mnie typ imieniem
Władek.
Była
to ciota przegięta, bezczelna, potwornie zarozumiała. Tylko
dlatego, że byłem nietrzeźwy, powiedziałem: „ładny jesteś”.
Zamiast podziękować, odparł dobitnie: „Wiem, że jestem ładny”.
Był to fejk. Wyglądał jak kobieta, nie facet – wielkie usta,
olbrzymie rzęsy, typowo sucze kości policzkowe. Najgorsze było jednak
zachowanie – każdy gest zdradzał, że to ciota. Patologiczny
wręcz przypadek. Mnie podobają się chłopacy, nie panienki. Nawet
jego nadgarstki, sposób trzymania telefonu – wszystko zdradzało
wychowanie przez kobiety, wśród kobiet, w domu i w szkole. Zero
męskości. Do tego ta zarozumiałość, zwłaszcza kiedy opowiadał,
że studiuje psychologię. Ta straszna maniera psychologizowania
całokształtu rzeczywistości, przekonanie, że pozjadał wszystkie rozumy.
Leciała u mnie na procentach Krystyna Janda, „Na zakręcie”. A
on: „Ty uważasz, że jesteś na zakręcie?”.
W
tym pijackim amoku spamowałem wszystkich tak, że nie z każdym
dogadałem się, jaka usługa ma zostać wykonana za kasę. Kiedy już
trochę mnie zmęczył tym pierdoleniem od rzeczy, zaproponowałem,
że skoro wziął 450, to przejdziemy do sypialni, gdzie poliżę go
przez chwilę, zrobię rimming. Odpowiedział, chwytając się w ten
ciotowski sposób za podbródek: „Nie czułbym się komfortowo”.
Zatkało
mnie. Czuł się komfortowo, biorąc ode mnie kasę i przyjeżdżając
na mój koszt Boltem. A teraz odmówił. Odmówił i po prostu
wyszedł – z moją kasą. To było straszne, skrajne doświadczenie.
Przez cały czas dłubał w telefonie, pisał z innymi, na mnie
rzucając jedynie krytyczne spojrzenia. Stał, zamiast usiąść.
Traktował mnie jak śmiecia. Wykorzystał mój stan upojenia. Uważał
pewnie, że kasa mu się należy za „czas i towarzystwo”. Kiedy
wyszedł, poczułem się jak wypluty, zużyty śmieć. Ktoś, kogo
okradziono. Dla mnie to była duża kasa. Więcej
poznałem w jego pokoleniu takich jak on – patologicznych,
egoistycznych ciot.
Kacper
– ta owieczka w różowej bluzie
Ten
był zupełnie inny – chłopak, męski chłopak, nie przegięta
ciota. Miał na imię Kacper, dwadzieścia jeden lat. Przychodził do
mnie około 2022, może 2023. Stale gadał, że „pracuje w
gastronomii”, nawijał bez przerwy o pracy. Jarał się włoskim
ekspresem mojego dziada, takim za kilkanaście tysięcy. Przychodził,
bo gastronomia w związku z pandemią przeżywała kryzys i tymczasowo zarabiał znacznie mniej.
Pierdolił
coś, że ma niby jedną nogę odrobinę krótszą od drugiej…
Przecież był idealny. Jego ciało było szczupłe, ale nie chude.
Raczej normalnie zbudowany szczupły chłopak. Włosy miał jak
owieczka – ekstremalnie gęste, brązowe wchodzące w blond.
Przepiękne, zjawiskowe. Męski typ urody, klatka oczywiście
nieowłosiona, włosy na nogach jasne, blond, delikatne. Skupiałem
się na jego nogach – stopach i tyłku. Jak zwykle chodziło mi o
to, żeby w bezpiecznej odległości od chłopaka czuć jego intymny
smak i oddawać hołd czystemu pięknu natury.
Pamiętam
smsa, w którym pytał już zupełnie rutynowo: „Stopy czy tyłek?”.
Odpisałem „Tyłek”. On powtórzył w osobnej wiadomości:
„Tyłek…”. Jemu też to sprawiało przyjemność. Były to seanse ciągnące się nieraz dłużej niż godzinę – godzina
lizania tyłka. Masturbował się i jęczał z rozkoszy. Pytałem,
czy nie za długo, czy go nie zanudzam, czy już nie ma dosyć.
Sapał: „Nie!!!”. Wkurzały go jedynie przedłużające się
bifory, bo ja zawsze uwielbiałem włączać swój vintage, zwłaszcza
koncert „Zielono mi” z lat dziewięćdziesiątych, nagrany w
Opolu po śmierci Osieckiej. Czasem też Ałłę Pugaczową. Znał
ten repertuar już na pamięć i czasem po pracy był zmęczony, więc
chciał szybko przejść do rzeczy. Był naprawdę piękny, ta
owieczka z pracą w gastronomii.
Mimo
że był bardzo męski, potrafił się słodko przegiąć. To było u
niego fajne właśnie dlatego, że jego męskość była naturalna,
oczywista, poza wszelką dyskusją. Miałem od dziada bluzę w
kolorze różu. Do mnie nie pasowała – mam delikatną urodę, a
takie rzeczy najlepiej leżą na męskich. Od razu pomyślałem o
Kacprze. Dałem mu ją. Ucieszył się, choć w swoim stylu –
powściągliwie. Doskonale w niej się prezentował. Uśmiechnął
się i tak słodko przegiął – samym uśmiechem i trzepotem rzęs.
Było to zabawne i bardzo fajne, bo u niego zupełnie niecodzienne.
Jeżeli
chodzi o tę powściągliwość: pewnego dnia wyznał, że nie
odczuwa empatii. Załamało mnie to. Dodał, że nie czuje też
euforii ani rozpaczy, jego nastrój jest płaski. Neuroatypowość –
jak mi się wtedy wydawało – była czymś powszechnym w tym
pokoleniu.
Jego
chłopak miał na imię Oskar i wiedział, że Kacper do mnie
przychodzi. Jednak Kacper ukrywał to przed znajomymi. Nie kumałem
tych jego oporów. Kiedyś powiedział, że zerwał się od znajomych
i co niby miał im powiedzieć… że idzie za kasę? Odpowiedziałem
mu: jesteś pierwszym chłopakiem, który widzi jakiekolwiek bariery.
Zobacz, to ja jestem twoją dziwką. Kto jest przed tobą na
kolanach, kto liże ci jak pies tyłek, kto się upadla? Upadlam się
przed tobą, czczę cię, wielbię, a ty jeszcze bierzesz za to kasę.
To kto jest tym gorszym, tą prawdziwą szmatą, dziwką? Jemu jednak włączały się jakieś staromodne, wzięte od
heteryków schematy. Chore schematy. Pierwszy taki nieżyciowy,
jakiego spotkałem.
Po
pandemii gastronomia odżyła. Napisałem. Odpisał, że już nie
potrzebuje. Zacząłem trochę żebrać, tłumaczyłem, że jednak
się przyzwyczaiłem. Odpisał: „No sorry, ale nie, takie życie”.
Zaakceptowałem to ze smutkiem, prawdziwym smutkiem, do którego
miałem prawo. Ale bez dramatu. Pamiętam smak jego stóp, nóg i
tyłka. Był piękny i wart tej kasy. To była naprawdę dobrze
wydana kasa. A on był normalny.
Kuba
– ten, który chciał mojego lokum
Któregoś
razu moje nocne picie przeciągnęło się aż do godzin porannych.
Była wczesna jesień. Nienawidzę światła. Postanowiłem, że u
mnie w dalszym ciągu będzie noc. Zrobiłem więc to samo, co przed
laty w kamienicy – wywiesiłem w oknie koc. Paliły się świeczki,
mimo że była już ósma rano. Dlaczego wspominam kamienicę w
czasie przeszłym? Bo od lat już w niej z dziadem nie mieszkaliśmy.
Wyrzucili nas czyściciele kamienic, temat był w mediach dość
głośny. Przeżyłem utratę kamienicy bardzo dotkliwie. To
doświadczenie na zawsze mnie zmieniło.
Poranki
kryły w sobie niezwykłe walory – o tej porze poznawałem
najmłodszych. Traf chciał podobnie. Napisał do mnie
dziewiętnastolatek z pobliskiej szkoły. Kuba. Całe to pokolenie
zetoidów to zawsze Jakuby, Kacpry i Oskary. Napisał, że wkrótce
może u mnie być. Wyskoczyłem do sklepiku w moim bloku, dokupiłem
więcej alkoholu.
Przyszedł
dość wysoki chłopak o pięknych, jednolicie brązowych włosach.
Poza tym niczym specjalnym się nie wyróżniał. Dla mnie był dość
przeciętny. Sprawiał jednak wrażenie kogoś zainteresowanego moją
osobą. Z późniejszych spotkań wiem, że na podstawie mojego wieku
spodziewał się kogoś zrównoważonego, poważnego. Tymczasem ja
nabijałem się z filmików z Majorem i Kononem, zwłaszcza z klasyka
– rage’u Majora, który z furią bluzga na Konona za jego słynne
„Słaaaaawek”. Kuba nie dostał ode mnie żadnej kasy. Nie
chciał. A poza tym jakoś nie świrowałem na punkcie jego urody.
Seks między nami przydarzył się dwa czy trzy razy. Pamiętam, że
spędził kiedyś u mnie noc, kiedy jego klasa wyjeżdżała do
Gdańska autokarem spod szkoły o piątej nad ranem. Uczył się
wtedy u mnie w kuchni do olimpiady, zapisywał wzory w wielkim
zeszycie A4. Hieroglify.
Największy
szok, zaskoczenie i przypał przyszedł pewnego dnia w trakcie
rozmowy na totalnym chillu. Zapytał mnie w ten wyluzowany sposób,
jakby chodziło o najzwyklejszą rzecz na świecie, czy nie
udostępniłbym mu lokum, żeby mógł się u mnie spotkać z pewnym
małolatem. Wiele rzeczy słyszałem i mało powinno mnie już
zaskoczyć, ale odebrało mi mowę. Zatkało mnie. Poczułem się po
prostu strasznie. Ból. Poczucie odrzucenia. Schemat wdrukowany mi
przez sadystyczną matkę odezwał się natychmiast. Miałem po
prostu opuścić swój dom, żeby Kuba mógł tu spotkać się z
jakimś drugim młodym chłopakiem. Bo ja, stary dziad, byłem
zawadą, czymś, z czego lokum trzeba było wyczyścić. Bolało.
Cierpiałem.
Wkrótce
potem wybuchła pandemia i przestaliśmy się spotykać. Stałem się
dla niego za stary. Nigdy mi tego wprost nie powiedział, ale to
czułem. Zresztą okazało się, że jestem starszy od jego matki.
Masakra.
Oleh
– ten z ukraińską delikatnością
Ilekroć
przychodzi mi do głowy Oleh, od razu stają mi przed oczyma dwa
miejsca: okropny, położony na wschodnim brzegu Warty, „magazin”
oraz równie ohydny hostel z jaskrawymi, oczojebnymi meblami i
przestrzeniami wspólnymi. Oleh to – czego po polsku nie słychać
– piękne imię. Czytam, że wzięło się na Rusi z języka
staronordyckiego. Oznacza „święty”, „szczęśliwy” albo
„jasny”. Był to ciemnowłosy, szczupły chłopiec niezwykle
delikatnej urody. Młodziutki, osiemnastoletni. Kompletnie nie
rozumiem, co tak delikatny chłopiec miałby robić na magazynie, w
jakiejś ohydnej fabryce. Co to drobne ciałko miałoby niby dźwigać,
jakie ciężkie prace fizyczne wykonywać, w jaki sposób dzień po
dniu się niszczyć? Takim jak on powinno się zakazać jakiejkolwiek
ciężkiej pracy fizycznej. Był dla niej zupełnie niestworzony:
zbyt kruchy, zbyt piękny, nazbyt cenny.
Pamiętam,
że była zima 2022, może styczeń. Staliśmy na balkonie. Pytałem,
co się stanie, jeśli wybuchnie wojna. Oleh odpowiedział, że
wtedy jego mama przyjedzie do Polski. Pochodził z Winnicy. Już
wtedy nie pracował na magazynie. Zmienił się nie do poznania. Miał
na sobie lepsze ciuchy, przepiękną skórzaną kurtkę. Zapytałem,
z czego się utrzymuje, skoro porzucił tamtą pracę. Zaczął się
śmiać i wskazał na tę kurtkę z góry na dół, a może po prostu
na swoje piękne ciało. Nie było w tym geście wulgarności ani
przechwalania się. Po prostu uczciwość. Mówił o sobie, że jest
pasywny. Przez długi czas po prostu lizałem mu stopy i tyłek,
często obciągałem, a on kończył w moich ustach. Prowadziliśmy
długie rozmowy w kuchni, przy świeczce i moim laptopie. Z nim, jak
z prawie każdym, też słuchałem „Zielono mi”. Był mi
wdzięczny, że pokazuję mu polską diwę – Krystynę Jandę.
Pewnego
dnia Oleh zapragnął mnie mieć. Powiedział, że tak, jest
pasywny, ale akurat we mnie chce wejść. Chyba wyczuwał we mnie coś
delikatnego, wrażliwego, tkliwego. Przynajmniej taką mam nadzieję.
Robiliśmy to twarzą w twarz. Leżałem na plecach, miałem
rozłożone nogi. Kiedy mnie posuwał, jego złoty łańcuszek
dotykał mojej twarzy, odsuwał się i znowu kładł na niej raz za
razem. To było piękne. Chłopak jęczał z rozkoszy. Był kolejnym
z tych, którzy brali pieniądze, a jednocześnie czerpali z tego
przyjemność. I chcieli więcej, więcej niż od nich oczekiwałem.
Któregoś
dnia napisałem do niego. Odpisał, że nie mieszka już w Polsce, a
w Niemczech. Od początku miałem takie dziecinne, patri-idiotyczne
nastawienie. Pytałem go, jak mu się podoba Polska. Myślałem, że
powie coś o ludziach, architekturze, komunikacji zbiorowej,
tramwajach, drogach. A on tylko: „zarabia się więcej niż w
Ukrainie”. Tyle. Nic więcej. Pomyślałem wtedy o moim własnym
facecie i o tej jego Szwecji. Tak, obydwaj jej nie znosimy. Jest dla
nas tylko i wyłącznie skarbonką. Cała jebana Skandynawia zawsze
była dla nas jedynie skarbonką, niczym więcej.
Oleh.
Kochany, piękny, ciemnowłosy, delikatny i wrażliwy chłopiec.
Jakub
– ten, który wiedział, czego mi brakuje
Gdy
myślę o chłopcu idealnym, od razu przychodzi mi do głowy Jakub.
Dwadzieścia jeden lat. Dosyć wysoki, ciemny blondyn, niebieskie
oczy, ciało gładkie, delikatne jasne włosy na nogach. Chudy. Jest
po prostu chudy. Ma śmieszne, wesołe, pogodne tatuaże. Łagodne, a
zarazem męskie rysy twarzy. Przepiękne. Zawsze pofarbowana grzywka.
Twierdzi, że brak farby na głowie jest dla niego nie do przyjęcia.
Ostatnio, kiedy go widziałem, całe włosy miał utlenione. Kolczyk
w nosie ledwo widoczny. Jest niezwykle chłopięcy – ma dwadzieścia
jeden lat, a wygląda na jeszcze młodszego.
Jest
pokoleniowo zetką, a zachowuje się zupełnie jak millenials. Po
prostu normalny: komunikatywny, responsywny, empatyczny, łatwo
nawiązujący kontakt, domyślający się stanów emocjonalnych
drugiej osoby. Doskonale rozumie wszystkie moje słabości,
zaburzenia lękowe, dystymię. Nie widzi w nich niczego dziwnego. To
zupełnie inne pokolenie – przyzwyczajone do inności, akceptujące.
Wszystko pojmuje, niczemu się nie dziwi.
Któregoś
dnia byłem zalany w pestkę. Siedzieliśmy w sypialni i nagle, bez
żadnego powodu, poczułem, że coś mi jest, czegoś mi strasznie
brakuje, czegoś bardzo ważnego nie mam, choć nie potrafiłem
powiedzieć czego. Zacząłem płakać jak dziecko. On rozejrzał
się, poszedł do kuchni i po chwili wrócił z moim e-papierosem.
Wcisnął mi go w dłoń i powiedział tylko: „Poczucie kontroli”.
Natychmiast się uspokoiłem. To właśnie e-papieros był tą
rzeczą, której mi brakowało. Skąd on o tym wiedział? Kiedyś
musiałem mu wspomnieć, a on zapamiętał. To było fenomenalne.
Moje funkcjonowanie od razu wróciło. Zamówiłem mu jeszcze Bolta
do domu. Zawsze przyjeżdżał do mnie Boltem, choć ostatnio, kiedy
u mnie był, wzruszył ramionami i puścił się pieszo. Sześć
kilometrów.
Kultywowaliśmy
obrzęd czczenia jego młodzieńczego piękna: ja na kolanach, język
między jego pośladkami, całowanie i czczenie jego stóp. Często
myślałem o tym jako naruszeniu pierwszego przykazania – oddawaniu
stworzeniu czci należnej Stwórcy. A może – pocieszam się - to
po prostu rozkoszowanie się pięknem natury, tym, co Bóg dla nas
stworzył? I to nigdy nie był fetysz. Zawsze chodziło o chłopaka.
To chłopak, stworzenie Boże, był celem tego uwielbienia. On był
tym pomnikowym pięknem, które darzyłem czcią i uwielbieniem. A
ponieważ nie był to jeden konkretny chłopak, w gruncie rzeczy
chodziło o samą ideę piękna.
Jakub
był jednak pod tym względem wyjątkowy. Absolutnie wyjątkowy.
Kocham go nie tylko za wygląd, ale i za zachowanie, za tę jego
naturalność, normalność. Nie dziwię się, że bez problemu
znalazł pracę jako barman. To zawód, w którym komunikatywność i
naturalność kontaktu są podstawą.
Poza
tym wydaje mi się, że po prostu lubił do mnie przychodzić.
Czasami odnoszę wrażenie, że przez ten splot niezwykłego wyglądu,
chudości, chłopięcości i charakteru czuję do niego coś więcej.
Z pewnością bardzo silne przywiązanie. Widujemy się rzadko,
ostatnio może dwa razy do roku. Jakub to prawdziwy unikat, brylant.
Wyrosłem jednak z zakochiwania się i zrozumiem, jeśli odejdzie.
Już zresztą chyba się to dzieje. Przed tygodniem napisałem do
niego sms i nie otrzymałem odpowiedzi. Kiedyś bym rozpaczał. Dziś
zamieniam myśli i uczucia w słowa, piszę prostą muzykę.
Zetoidzi
to dziwne, pokręcone pokolenie. Kategorie socjologiczne zawsze
bazują na uproszczeniach i stereotypach. Gdybym mógł wybrać, ile
chciałbym teraz mieć lat, bez wahania odpowiedziałbym:
trzydzieści. Żyłem wtedy najintensywniej na świecie. A ta
prawdziwa młodość, ich młodość, to przede wszystkim masa
problemów, których nie widać w tych moich nocnych, pijackich
migawkach.
GayRomeo – portal dla starszych i obcokrajowców. Toporny,
kanciasty przekład międzynarodowego serwisu, przetłumaczony na
polski tak, jakby robił to ktoś, kto polskiego nie cierpi.
Dziady 30+ i profile po angielsku. Ruch? Marny. Nie miał prawa
równać się z bijącym rekordy popularności fellow.pl, tym
królestwem młodych gwiazdeczek. Na GayRomeo za to roiło się od
grupek z fetyszami, od rzeczy dla mnie niekiedy przerażających. Ale
wystarczyło młodo wyglądać i mieć szczęście. A ja miałem
jedno i drugie.
Pewnego wieczoru wpadła mi nalepka „ogień” od jakiegoś
dwudziestolatka. Przystojny. Morda wschodnia, aż mi się Rosja
skojarzyła, a nawet Azja. Ale i tak fajny. Na fotce biegł w
szortach do sauny. Akurat polowałem na przygody – rodzice na kilka
dni wyjeżdżali nad morze. Całe lokum – m2 na siódmym piętrze w
blokowisku z wielkiej płyty, z lat osiemdziesiątych – tylko
moje. Na tę okazję sprawiłem sobie whiskacza w Chacie Polskiej.
Chłopak zjawił się punktualnie. Zaprosiłem go do stołu, do
pokoju rodziców. Wyglądał lepiej niż na fotach – ciemne,
krótko ścięte włosy, szczupła sylwetka, modne ciuchy. Młodość
robiła robotę. I ten akcent. Przywiązuję ogromną wagę do głosu
i dykcji. Spytałem, skąd pochodzi. Zachęcił mnie do zgadywania.
Mówię: – No jasne, ze Wschodu. Kiwa głową. Mówię jak ostatni
idiota: – Białystok? A on: – A dalej niż Białystok? Otwieram szeroko
oczy. – Wilno, jesteś z Wilna? Uśmiechnął się – jest tu na
Erasmusie. Przyjąłem to z fascynacją. Uwielbiam państwa bałtyckie.
Chłopak miał na imię Edward – bardzo popularne imię na Litwie,
jak mówił. Ukończył polskie liceum. Był początek roku
akademickiego, październik.
Sączyliśmy whisky z lodem, w tle przedwojenna muzyka. Edward
przełączał na litewskie i rosyjskie hity. Rozmowa toczyła się
tak lekko, że to, co wisiało w powietrzu, mogło poczekać.
Spędzaliśmy czas po prostu – jak dwa dzieciaki, jakby żadna
różnica wieku nas nie dzieliła. Bo de facto nie dzieliła.
Powiem to jeszcze raz, powiem to jeszcze trzydzieści razy na tym
blogu: miałem ten genetyczny wyjątek, młody fenotyp, podbity
wiecznie wyspaną, wygładzoną benzosami i kremami mordą
oraz rozjaśnionymi włosami. Mimo dwudziestu ośmiu lat wyglądałem
zajebiście. Rozumiem, dlaczego tylu młodych się mną interesowało,
dlaczego do mnie podbijali: byłem chudy, o miłej mordzie,
wyglądałem mniej więcej jak oni, ale miałem nad nimi jedną
miażdżącą przewagę – ZASOBY. Lokum. I to nie jedno.
Pamiętałem dobrze czasy wałęsania się po lasach, zaroślach i
krzakach. Miały swój urok, właściwie nadal lubiłem się w to
bawić, ale ograniczenia były oczywiste: pogoda, ciągłe przeziębienia,
masa chłopaków odrzucających plener, no i wiecznie ci na wpół
bezdomni. Mieszkanie, możliwość spędzenia całego wieczoru i nocy
u mnie, kasa na alkohol i fajki – to ustawiało mnie w zupełnie
innej lidze. Windowało atrakcyjność. – Masz lokum? – każdy słyszał
to pytanie na czaterii tysiące razy. Zaprzeczający dostawali suchy
komunikat: "X zamknął okno priva".
Czy spotkałbym się z Edwardem, gdybym nie miał lokum? A gdzie?
U niego w akademiku, w pokoju dzielonym z jakimś Hindusem? W
szalecie? Oczywiście, że przyszedł do mnie – nie do jakiegoś
dwudziestolatka w krzaki.
Po długiej rozmowie w końcu przenieśliśmy się na kanapę.
Lizaliśmy się namiętnie rozgrzani whisky, a potem zrzucając z
siebie ciuchy, wskoczyliśmy do mojego pokoiku, na rozłożone już
łóżko.
Robiliśmy to zachłannie. Mignęła buteleczka poppersa. Whisky
dała nam odwagę, żeby korzystać bez hamulców, jak na filmach. Do nosa
i porządny sniff. Dziwne ciepło i jeszcze większa ochota,
po której rzucałem się na jego wielkiego kutasa i brałem do
gardła po same jaja. Gag reflex magicznie znikał. To było
zajebiste – mogłem oddać mu się bez granic, do
końca. I to wszystko dzięki niepozornej buteleczce za kilkadziesiąt
złotych. Bezcenne, pierwsze takie doświadczenie w życiu.
Edward robił to samo, choć w porównaniu z jego sprzętem u mnie
szału nie było. Na forum gejowa pisałem „14,5”, ludzie ciągle
kopiowali tę liczbę i pisali XD. Potem Edward musiał
mieć realny fun. Wszedł we mnie jak nikt przedtem. Kazał mi mocno
podkurczyć nogi. W tej odjechanej pozycji utraciłem kontrolę nad
moim ciałem. Wziął mnie, jak chciał. Później był jeszcze
dripping – poprosił, bym kilka razy włożył mu i wyjął. To
podobno jakaś bezpieczniejsza metoda niż zwykły bareback,
pozwalająca przez chwilę poczuć wszystko bez gumy.
Nocą w pokoju cały czas grzało się moje CRT. Edward podsiadał
do niego, logował się na swoje GayRomeo. Pod wpływem whiskacza kompulsywnie rozdawał naklejki – „You're hot”, „Beautiful
face”, „I like you”, „I could fall in love with you” –
młodym chłopakom. Nie przeszkadzało mi to. Wyobrażałem sobie, że
bierzemy takiego i spotykamy się z nim w kamienicy, w mieszkaniu na
czwartym piętrze – własności mojego bogatego dziada, który na
co dzień pracował w Sztokholmie. Nad ranem Edward wrócił do
akademika, a ja odsypiałem tę niepowtarzalną noc.
Któregoś wieczoru zaaranżowałem spotkanie we trzech. Edward
nie wiedział o tym pomyśle. Przyszedł do mnie jak zwykle, do
kamienicy. Siedzieliśmy w salonie. Usiadł do fortepianu. Grał
odrobinę – widać było, że uczył się w tym Wilnie. Klasyki,
nawet Chopina. Wspaniale było słuchać sławnych kompozycji w klimacie
przedwojennych mebli i obrazów, nawet jeśli wykonanie miejscami
odbiegało od ideału. Edward nie był zresztą pierwszym chłopakiem,
który u mnie grał. Wielu przyciągał ten instrument, ten
majestatyczny mebel.
Na dębowym stole stał laptop z otwartym GayRomeo. Gadałem z tym chłopakiem, którego Edward obkleił „Hot” i o
którym mówił najczęściej. Zaprosiłem go. Nie wiem, po co. Piłem
cytrynówkę i chciałem rozkręcić imprezę. Myślałem, że więcej znaczy
lepiej. Powiedziałem Edwardowi, że tamten przyjdzie. Edward nie był
pewien. Byłem jednak tak nakręcony alko, tak odklejony, że
nie dało się mnie odwieść.
Tamten się zjawił. Przystojny, owszem, ale miał w sobie coś,
co od razu zgrzytało. Po pierwsze – nie chciał pić. Nie mieściło
mi się to w głowie. Przyszedł na trójkąt, na imprezę, i nie
chciał pić. Jak zamierzał się rozluźnić? Miał magiczny
przycisk od hamulców? Nie rozumiałem takich. Młody człowiek
napije się, kac łagodny, błyskawicznie wraca do formy. Ja tak
miałem w wieku prawie trzydziestu lat, a co dopiero dwudziestolatek?
Ale najgorsze było co innego – całą uwagę poświęcał
Edwardowi, mnie totalnie olewał. Nie patrzył na mnie, nie zauważał,
a przecież to ja byłem gospodarzem, to w moim domu siedział. Jak
można było mnie ignorować? Do tego w jego postawie czaiła się
nieukrywana krytyka alkoholu i wszystkiego, co robiłem.
Najwyraźniej uważał się za strażnika norm, a jednocześnie w
bezczelny, arogancki sposób te normy łamał. Gdy rozmowa zeszła na
politykę, rzucił o tym homofobicznym prezydencie, którego geje nienawidzili – że go szanuje, bo jest
głową państwa. Stwierdzenie nie z tej planety. Rzucone na
odczepnego, pod moim adresem, ale nawet na mnie nie spojrzał.
Zbliżał się do Edwarda. Edward próbował zachowywać pozory,
zwracać się do mnie, ale coraz bardziej ulegał temu bezczelnemu
typowi. Zaczęli się namiętnie całować. Siedziałem w osłupieniu.
Jedyna moja reakcja? Kompulsywne popijanie alkoholu. Nic innego nie
przychodziło mi do głowy. Całkowita bezradność. Straciłem
kontrolę. Nie umiałem zaprotestować, gdy wstali, poszli do pokoiku i
z pogardą, z totalnym lekceważeniem, zatrzasnęli za sobą drzwi.
Tam stało łóżko. Czy w moich oczach pojawiły się łzy? Nie
pamiętam. Wątpię. To był paraliż, odrętwienie, zawieszenie w
szoku, bezradność, ale też przerażenie, samotność i to palące
odrzucenie, które wbijało się w najczulsze miejsce w sercu.
To uczucie znałem od dziecka. Od błędów wychowawczych matki,
popełnianych nieświadomie lub z wyrachowania – nigdy się nie
dowiem. Gdy jako dzieciak popełniłem jakiś błąd, matka
przestawała się do mnie odzywać. Ciche dni, jak między dorosłymi.
Ignorowała mnie, jakbym nie istniał. Wycofywała całą swoją
miłość, gwałtownie i bez ostrzeżenia, zostawiając mnie w
absolutnej ciemności. Ta tortura trwała tak długo, aż całkowicie
pękałem. Kiedy mój dziecięcy świat rozsypywał się w gruzy,
błagałem o litość, zanosiłem się płaczem i przepraszałem za
winy, których często nawet nie rozumiałem. Dopiero ten widok –
mojego całkowitego załamania i rozpaczy – przynosił jej satysfakcję i
pozwalał na powrót łaski. Wyćwiczyła mnie w tym lęku przed odrzuceniem z precyzją
chirurga. Wdrukowała mi ten mechanizm w psychikę, trwale i głęboko,
rzeźbiąc we mnie dorosłego, który na każdy dystans reaguje
panicznym lękiem przed utratą.
Nie umiałem sobie poradzić z sytuacją w kamienicy. Uciekłem. Wyszedłem
z mieszkania, zatrzasnąłem zabytkowe drewniane drzwi. Zbiegłem po
schodach, wypadłem na ulicę. Złota polska jesień, ciepły
październikowy wieczór. Nogi zaniosły mnie do parku. Szedłem
alejką wśród szeleszczących liści. Z butelką w ręku usiadłem
na oparciu ławki, ze stopami na siedzisku, jak przed laty, gdy byłem
małolatem. W letniej kurtce. W ręku telefon. Zacząłem robić to,
czego nauczyła mnie matka – żebrać. Napisałem żebraczy SMS do
tamtych dwóch: niech chociaż pozwolą mi wrócić i spuszczą mi
się w usta. Głównie chodziło mi o tego nowego – Edward robił
mi to już wiele razy. Długo nie odpowiadali. Piłem dalej. Z każdym
łykiem odrętwienie, znieczulenie – nastrój się zmienił. Na
jakiś czas zrobiło mi się wszystko jedno. Poczułem, że wszystko
przegrałem, że doznałem straty, której nie odzyskam. W końcu
odpisali – ten typ właśnie, ze swojego numeru. Napisał, że
będzie tak, jak chcę, i żebym wracał. Nie pobiegłem. Nie
wróciłem. Zostałem w parku. Wypatrywałem okazji, jakiegoś luja,
ale było pusto. Po pewnym czasie napisali, że wychodzą,
zatrzaskują drzwi.
Do kamienicy przyszedłem wczesnym porankiem. Z czystej formalności
sprawdziłem mieszkanie – łóżko posłane. Zamknąłem drzwi na
klucz, wróciłem do rodziców i pieska na blokowisko, zasnąłem na długo.
Nigdy nie opisałem tej historii na blogu "cwelik". Za bardzo bolała.
Długo z nikim się nie spotykałem. Przygnębienie. Nie wychodziłem
nawet do parku. Po jakichś dwóch tygodniach Edward napisał SMS– czy
się zobaczymy. Zdziwiła mnie ta wiadomość. Spodziewałem się, że jak wielu
innych po prostu zerwie kontakt, znudzi się. Spytałem, czy pisze,
żeby się ze mną kochać. Odpisał, że właśnie w tym celu. Ta
jedna linijka tekstu była wszystkim. Niemal natychmiast poczułem się
uwolniony z depresji, z tego przygnębienia, które naznaczyło
tamten czas. Dokładnie tak samo, jak w dzieciństwie, gdy po dniach
lodowatego milczenia matka nagle cofała karę, obdarzając mnie na
powrót ciepłym spojrzeniem. Ta sama nagła, euforyczna ulga.
Wytresowany przez nią mechanizm przeżywania odrzucenia zadziałał
bezbłędnie. Zadziałał wtedy, działał zawsze i wciąż od czasu do czasu przejmuje nade mną kontrolę.
Na nasze spotkanie przyszedł chory, zaziębiony. Jesień, sezon
grypowy. Zawsze miałem paranoję na punkcie zarazków – myłem
ręce jak typowy wariat z OCD kilkadziesiąt razy dziennie. Stroniłem
od chorych. Ale tęsknota, miłość, powrót do łask ukochanego
były tak silne, że olałem wszystko. Z rozmysłem zignorowałem
OCD. Nie tylko się kochałem, ale całowałem się z nim namiętnie.
Oczywiście zaraził mnie – dokładnie tak, jak przewidywałem.
Zapalenie oskrzeli, antybiotyk. Było warto. Chory, ale nie za darmo.
Za cudowne przeżycie z przepięknym młodym chłopakiem, które na
zawsze zapisało się w mojej kolekcji – pocztówkowe, idealne,
namiętne, pełne, z obopólnym spełnieniem, z leżeniem po
wszystkim nago, wtuleniem w jego ciało, z głośnym śpiewaniem
hebrajskich piosenek, które znałem na pamięć. „Yerushalaim shel
zahav, veshel nekhoshet veshel or...” (Złota Jerozolima, i ze
srebra, i ze światła). Uczucie szczęścia, którego nikt mi nie
odbierze. Wileński Erasmus w moim wielkim, ponurym mieście.
Wiosną zobaczyłem Edwarda po raz ostatni – na rodzinnej działce
w Suchym Lesie. Altankę wybudowano w latach dziewięćdziesiątych.
Meble jak z muzeum minionej epoki: drewniana boazeria, kuchenka
z laminowanym blatem, imitującym ciemne drewno. Na półkach sprzęty
upchnięte jeden na drugim – między innymi magnetofon na prawdziwe
kasety, z wciąż sprawnym radiem. Na podłodze dywan we wzory
geometryczne. Na ścianach – uderzające w oczy makatki, gobeliny,
słomianki. Jednym słowem: masakra.
Położyliśmy
się na „tapczanie” i po chwili kochaliśmy namiętnie.
Normalnie. Po wszystkim długo leżeliśmy przytuleni. Przed opuszczeniem działki
przeszukaliśmy wszystko dokładnie – czy nigdzie nie został
kondom, kartonik albo sreberka. Nocą wracaliśmy do miasta. Znowu wzdłuż
wiaduktu Narutowicza, tego samego, który mijałem kiedyś z dzikim,
nieokrzesanym Marcinem. Tym razem jednak rozmawiałem o polityce
litewskiej z młodym inteligentem, który dziennikarzy – tworząc
kalkę z rosyjskiego – nazywał „żurnalistami”.
Pamiętam
go wyraźnie. Zapowiedział pewnego dnia, że zanim wyjedzie z tego
miasta, skasuje wszystkie profile i nie będzie z nikim podtrzymywał
znajomości. Dotrzymał słowa. Odnalazłem go kiedyś na litewskim
portalu randkowym. Zapytałem, czy mógłbym go odwiedzić. Odciął
się krótko: nie ma sensu, żebym przyjeżdżał, jeśli liczę na
seks, bo seksu nie będzie.
Moja
ukochana kamienica: wysokie sufity, przestrzeń, piece kaflowe. W
rogu stare pianino, na nim świeczki, które zapaliłem na jego
przyjazd. Przez otwarte na oścież drzwi balkonowe wlewało się
lepkie, czerwcowe powietrze. Wyszliśmy na balkon, spoglądaliśmy
sobie w oczy, obejmowaliśmy się.
Na
parkiecie w salonie wciąż unosił się zapach naszych spoconych
ciał – przed chwilą tańczyliśmy po mieszance cytrynówki i
F..., gubiąc rytm, śmiejąc się i co chwilę wpadając w mocny
uścisk.
Poszliśmy
do pokoiku. Całowaliśmy się, dotykaliśmy swoich pośladków,
wyprężone penisy napierały na siebie. Miał trzydzieści jeden
lat, przyjechał do mnie z Jarocina. Gdy gładziłem jego szczupłe
plecy i patrzyłem na delikatne zakola nad czołem, czułem, że te
dwa lata różnicy nie mają znaczenia.
Pachniał
tamtym światem – domem, praniem, czymś znajomym, czego nie
potrafiłem nazwać. Opowiadał o pracy w przetwórni ryb z taką
powagą, jakby to było centrum wszechświata. I o matce. Mieszkał z
mamusią. Podobała mi się ta jego prostota. Gdy chwytałem go za
dłoń, liczył się tylko dotyk, ciepło, to, że nie cofał ręki.
I to,
jak patrzył na mnie swoimi ciemnymi, lekko zawstydzonymi oczkami.
– Całe
szczęście, że przyjechałeś po mnie na peron. Już się bałem,
że cię nie znajdę.
– Przecież się umówiliśmy.
–
Wiem, ale nigdy wcześniej tu nie byłem.
Bifor
był idealny, ale noc dopiero się zaczynała. Wstawieni, ale jeszcze
na nogach, wyszliśmy w miasto.
Zamiast
pchać się w rozkrzyczane centrum, wybraliśmy drogę na około.
Obaj mieliśmy w sobie tę samą kanciastą nieśmiałość, która
kazała nam omijać tłumy pod głównym wejściem. Skręciliśmy w
Bóżniczą. Przedwojenne
kostki brukowe czułem przez podeszwy tenisówek – nierówne,
ciepłe jeszcze od dnia. Powietrze stało od intensywnej, ciężkiej,
słodkiej woni kwitnących krzewów. Ciemność była gęsta, lepiła
się do skóry.
Gdy
Bóżnicza łagodnie przeszła w Grochowe Łąki, nad naszymi głowami
zamknął się majestatyczny dach z liści. Szpaler potężnych
platanów i kasztanowców odcinał nas od zgiełku reszty miasta.
Ulica była pusta, cicha – jakby stworzona tylko dla nas.
Wyciągnąłem
z kieszeni małpkę cytrynówki. Odkręciłem korek, wziąłem łyk,
podałem mu. Chłód szkła, pieczenie w gardle, zapach alkoholu
mieszający się z aromatem czerwcowej nocy. Spojrzałem na niego. W
świetle latarni jego twarz rzeźbiła się w cieniach – ostre
światło, głębokie dołki pod oczami, kościste policzki.
– Sam
nigdy bym tu nie trafił – powiedział, rozglądając się. –
Wszystkie te uliczki wyglądają tak samo.
– Spokojnie. Dojście
jest bardzo łatwe.
Uśmiechnął się tylko i rozejrzał jeszcze
raz, jakby zapamiętywał drogę.
Szliśmy
przez długie, kameralne podwórka w kierunku bocznego wejścia do
Hah. Oczami wyobraźni już widziałem, jak znikamy w półmroku baru
Hell i darkroomu, gdzie będziemy mogli być ze sobą.
Było idealnie. Ten moment przed imprezą, gdy wszystko jest jeszcze
obietnicą, czystą możliwością. Czas zwolnił, zamrożony
alkoholowym rozluźnieniem.
– Jest
pięknie – westchnąłem, nie potrafiąc zachować tego zachwytu
tylko dla siebie.
On
zatrzymał się na chwilę, postawił kołnierz koszulki, jakby nagle
zrobiło mu się zimno. Rozejrzał się wokół, a na jego usta
wypełzł dziwny, nerwowy uśmiech.
– Co
ja robię ze swoim życiem, gdzie ja idę! – rzucił nagle w
przestrzeń.
Zaskoczony,
uśmiechnąłem się szerzej, biorąc to za żart.
– No
do klubu idziemy.
Popatrzył
na mnie i kontynuował dokładnie w ten sam sposób, ze śmiechem.
– …I to żeby jeszcze z kimś młodym!
Słowa
uderzyły mnie prosto w mostek, wybiły mi oddech z płuc.
Przecież
on miał trzydzieści jeden lat. Ja – trzydzieści trzy. Wyglądałem
świetnie: świeżo pofarbowane włosy, starannie dobrana koszulka z
Zalando. Przez godziny szykowałem mieszkanie, a później czekałem
na niego na peronie z rosnącą ekscytacją.
Cały ten misternie budowany wieczór, cała ta bliskość z
kamienicy rozsypała się w ułamku sekundy.
„I
to żeby jeszcze z kimś młodym”.
Nie
odpowiedziałem. Słowa uwięzły mi w gardle, zamieniając się w
ciężką, gorzką grudę. Spuściłem głowę, wbiłem wzrok w bruk,
żeby nie patrzeć na jego twarz. Przyspieszyłem kroku. Przestał
liczyć się czerwcowy zapach, przestały liczyć się platany i
romantyczne podwórka. Miałem już tylko jeden cel: dotrzeć do baru
Hell i sponiewierać się tak szybko, żeby reszta tej nocy stała
się czarną dziurą.
Epilog
Późną
jesienią siedziałem przy stoliku w Hah i popijałem wódkę z colą.
Z karaoke leciał szlagier Ireny Santor: "Niejedna znikła twarz i wielu przegrało swą młodość, swą młodość". Wtedy go
zobaczyłem.
Szedł
pewnym krokiem przez znajome korytarze, jakby należały do niego. U
jego boku był jakiś dwudziestolatek – wyluzowany, w
modnej kurtce, ale w sumie nic specjalnego. Gdy mijali mój stolik, Rybcia wyjął z kieszeni
Samsunga S4, udając, że właśnie dostał wiadomość. Przeszedł
obok bez słowa. Nawet nie spojrzał.
Siedziałem.
Patrzyłem, jak znika w tłumie. I nic.
Wtedy
wszystko się wyjaśniło. W tamtą czerwcową noc nie przyjechał po
to, żeby być ze mną. Po prostu zapamiętywał drogę. A ja
byłem tylko punktem orientacyjnym.