18+ Ten blog zawiera osobiste, intymne i bardzo bezpośrednie historie. Jeśli nie masz ukończonych 18 lat, opuść stronę.

czwartek, 27 sierpnia 2026

Wszystkie deszcze sierpnia

 





Szczotkował, czesał, układał, lakierował włosy. Potem prasował spodnie, przymierzał koszulę, długo stał przed lustrem. I tak co wieczór, przez całe lato.


Na cmentarzu nocą niewiele widać, na co mu więc była ta pomadka, ten sztywny kołnierzyk? Na końcu i tak zostawały krzaki, kolana w trawie, rozmazany makijaż i „masz może chusteczkę?”.


W dzień siedział przy biurku, logował się i zaraz wychodził. Z kuchni dochodził stuk talerzy. Głos starszej kobiety: „Stygnie”. Na GG migały okienka: „Elo, Cwelik, masz nowego luja?”, „Kurwa, znowu Ci odwala? Lecz się XD!!!”. Nie reagował. Próbował pisać wiersze o Rowerzyście, który miał go już dwa razy. Ale wersety nie wychodziły. Wychodził tylko szlam.


Gdy zbliżał się wieczór, ciało się spinało, ręce zaczynały drżeć. Wystarczyło, że w głowie pojawił się Rowerzysta z kimś innym – i już zrywał się sprzed kompa jak wariat: do łazienki, przed lustro, a potem schody, brama i szybkim krokiem przez wzgórze dwóch kościołów – prosto na cmentarz na zboczu, gdzie schodzili się ci, co wiedzieli.


Przychodził pilnować. Czaił się w cieniu, wypatrywał światełka roweru, nasłuchiwał głosów – byle Rowerzysta nie przyjechał, byle z nikim nie rozmawiał, byle z nikim nie poszedł.


Sprawdzał pogodę trzy razy dziennie, uczył się barometru, zaznaczał na kalendarzu dni z opadem. Były tylko dwa – dwa dni wolności. Wsiąkł w to tak bardzo, że zadzierał głowę, wypatrywał chmur, modlił się o deszcz. Wyobrażał sobie ulewy, nawałnice, grad – potoki rozmywające ścieżki, błoto wciągające koła. Rowery znikające na dobre.


Ale niebo pozostawało czyste, wieczory upalne. Cwelik przychodził więc w tej swojej czarnej kurteczce, lustrował okolicę, pociągał nosem i zerkał na zegarek.


Były noce, gdy Rowerzysta nie przyjeżdżał. Cwelik krążył wtedy wolniej. Zatrzymywał się przy starych płytach, odczytywał daty. Zadarł kiedyś głowę i liczył gwiazdy nad świerkami — doszedł do dwunastu, zanim sobie przypomniał, że roweru nigdzie nie ma. Że nie trzeba pilnować. Przez chwilę stał z rozwartymi ustami i powietrzem w płucach.


Aż nadeszła noc, gdy ciszę przerwał szum opon. W zaroślach mignęła czarna czapeczka i było za późno, by posłuchać tych, co radzili: nie chodź tam, nie patrz, bo zwariujesz.


Cwelik starał się wyglądać normalnie. Stanął tak, jakby wypatrywał kogoś innego – odwracał głowę do drzew, grzebał butem w piachu, gapił się w martwy ekran swojego Yari. Nie potrafił. Schował telefon. Ciotki powtarzały mu przecież, że ma wszystko wypisane na ryju.


Przechodził obok Rowerzysty o wiele za często. Zwalniał tuż przy nim, chłonął woń Hugo Bossa Red i przyglądał mu się z obłędem w oczach. Rowerzysta trwał w lekceważącym bezruchu. Siedząc okrakiem, opierał stopę o murek. Pochylony nad kierownicą, patrzył przed siebie spod daszka, choć zawsze kątem oka śledził go – jakby mówił: wezmę cię, jeśli nie przyjdzie nikt lepszy. Albo i nie wezmę.


Tej nocy na cmentarzu kręciły się stare ciotki. Był też nieco młodszy blondyn, ale pulchny, ubrany byle jak, lękliwy – jakby sam nie wiedział, po co tu przylazł. To nie był on.


Rowerzysta odjechał na przeciwną stronę stoku – za szerokie schody i potężny cokół. Zniknął tam, gdzie cmentarz stawał się mniejszy, bardziej zadbany.


Wtedy zaczęło przybywać obcych cieni. Cwelik rozglądał się niespokojnie. Przełykał nerwowo ślinę, dławiąc tę natrętną myśl, że zaraz tam, na tamtej stronie, pojawi się ktoś młodszy i ładniejszy od niego. Że właśnie teraz to się dzieje.


Zbiegł po stopniach między grobami, a potem ruszył w lewo, na „dolną półkę” – alejkę gęsto obsadzoną świerkami. Parł naprzód z zaciśniętym gardłem. Przeciął oświetlone schody, minął cokół.


Gdy tylko wpadł między ścieżki po drugiej stronie, poczuł, że grunt pod nogami staje się niepewny. Wszystko, co sobie wmówił, zaczęło trzeszczeć. To, co tak uparcie od siebie odpychał, stawało się teraz realne.


Nie pomylił się. Kilka metrów przed nim, tam, gdzie alejka gwałtownie skręcała pod górę, leżał na ziemi wielki, drapieżny kształt. Rzucony na samym środku dróżki.


Jego rower.


Gdzie jest Rowerzysta? I gdzie blondyn? Cwelik patrzył na ramę, na koła. Wszystkie maleńkie marzenia rozsypane w piachu jak śmieci – podeptane, pogięte, zmiażdżone między szprychami.


Ukrył się w zaroślach, ukląkł, zakrył twarz dłońmi. Kołysał się skulony, dławiąc w sobie dziki, gardłowy dźwięk. Czy teraz nasłuchiwać jęków, tropić ich w ciemności, zobaczyć, jak TO robią – czy wytrzymać tę czarną godzinę, wrócić do domu z godnością i dopiero tam… zdechnąć?


*


O poranku, gdy sierpniowy deszcz rozdzwonił się po szybach – ten sam deszcz, na który Cwelik tak długo czekał – w kamienicy panował duszny upał. Powietrze stało gęste, przesycone smrodem gołębi zagnieżdżonych na strychu. Cwelik leżał wciąż w bezruchu, wpatrując się w sufit. Oddychał płytko, ostrożnie.


Wieczorem znów stanął na cmentarzu. Brakowało mu sił, trzymał się z dala, ruszał niewiele.


Tylko oczy pracowały czujnie, śledząc, jak Rowerzysta znów mknie przez alejki, znika za grobami, chowa się za budką transformatorową i nagle wyrasta na górce. Zatrzymywał się tam na chwilę i spoglądał z góry, wyprostowany, władczy. Wtedy oczy Cwelika na moment odżywały, rozbłyskiwały nagłym światłem, bo zrywał się wiatr i widział, jak koszula tamtego łopocze dumnie. Wyglądał wtedy jak wódz na szczycie bastionu.


Cwelik siedział na murku i patrzył w górę. Coś w nim powoli gasło. Słoność napełniała go od piersi aż pod krtań.


Kiedy po raz czwarty Rowerzysta przejechał obok niego bez słowa, opuścił ręce i powłóczył do domu. Uszedł kawałek, gdy usłyszał za sobą pisk. Odwrócił się. Rowerzysta znów tam był, siedział tak samo jak wcześniej, wsparty czubkiem buta o murek.


Ile razy Cwelik przyrzekał sobie, że nie będzie się już tak upadlał? Że w podobnej sytuacji odejdzie obojętnie? Jednak ciotki powtarzały, że obok takiego towaru po prostu nie da się przejść.


Zatrzymał się. Odwrócił. Zrobił mały krok, potem kolejny, aż podszedł tak blisko, że zapach potu i Hugo Bossa Red tamtego uderzył go w twarz. Serce mu zamarło.


Rowerzysta najpierw obejrzał but, potem zabił komara na ręce. W końcu uniósł głowę i powiedział:


– Co tam?






piątek, 21 sierpnia 2026

Markowa



Mało kto uwierzyłby, że ta pospolita parkowa ciota z ulizanymi włosami na prawie łysym łbie mieszka teraz w takim miejscu.

— Jedziemy do mnie? — kusiła Markowa, mrużąc oczy. Nie była przegięta, miała wysportowane ciało i zawsze kręciła się koło konkretnych lujów. Pojechaliśmy.

Nie znałem tej dzielnicy. Szła przede mną szeroko, sypiąc żartami i pokazując palcem fajnych facetów. Ledwo za nią nadążałem.

Na klatce wbiła kod do domofonu. Prowadziła mnie do schodów. Nagle stanęła przy ciemnoniebieskich drzwiach po prawej i szarpnęła klamkę. Odwróciła się, chwyciła mnie za kołnierz jak jakiegoś kota i wciągnęła w ciemność. Przekręciła klucz.

— Zabijesz mnie! — wrzasnąłem piskliwie.

— Ja nie z tych… — położyła mi palec na ustach, ciepły i męski, śmierdzący tytoniem, a drugą ręką złapała moją dłoń.

Prowadziła mnie długim korytarzem, zgarbiona, oświetlając drogę zapalniczką. Siatka z Tesco obijała się jej o uda. Co rusz zanosiła się niskim, gardłowym rechotem.

Szliśmy po nagim betonie, z lasem rur i przewodów elektrycznych nad głowami. W nozdrza uderzał odór stęchlizny, ziemi, drewna, szczyn i czegoś zwierzęcego, jakby mokrej sierści.

Zatrzymała się przy metalowych drzwiach, wyjęła klucz z kieszeni, pogrzebała w zamku i zdjęła kłódkę.

W zatęchłej klitce łańcuch lampek choinkowych rzucał kolorowe plamy na pożółkłe plakaty z Bravo i Popcornu. Z zakratowanego okienka na żyłce dyndała sztuczna fuksja. Pośrodku niski stolik przykryty ceratą w różyczki i wielka, przepełniona popielniczka. Z kąta rzęziło „Joyride” Roxette. Pod ścianą stała lampka nocna z potłuczonym kloszem. Cuchnęło starym kurzem i tanim tytoniem.

— Co to, kurwa, za miejscówka? — wyrwało mi się.

— Klub lokatorski — powiedziała z powagą.

Po prawej, na poplamionym dywaniku, leżał wielki materac prosto ze śmietnika. Nad nim grube, odłażące z farby rury. Na tym materacu, zawinięty w brązowy, wytarty koc, wylegiwał się chłopak o barach zapaśnika. Unosił się tam specyficzny, słodkawy zapach – pot zmieszany z tanimi bazarowymi perfumami.

— Andrzej! — szturchnęła śpiocha.

Pokazała się twarz zarośniętego bruneta o ziemistej cerze. Powoli uniósł ciężkie powieki i od razu wlepił wzrok w Markową. Na jego twarzy pojawił się leniwy, błogi uśmiech.

— To Mati — przedstawiła mnie.

Dopiero wtedy łypnął na mnie mętnym wzrokiem.

— Następny… — wybełkotał, ledwo otwierając oczy, i znów odpłynął.

— I jak? — Markowa uniosła podbródek z tym swoim lisim, mokrym uśmieszkiem.

— No… śliczny — przyznałem.

Wyjęła z siatki dwie butelki piwa. Jedną wcisnęła mi w rękę, drugą otworzyła i zaczęła żłopać, szczerząc się tak szeroko, że widać jej było wszystkie braki w uzębieniu.

— Przytulnie tu macie — kiwnąłem brodą na rury ciepłownicze.

— Siadaj na łóżku — odpaliła szluga i zaciągnęła się głęboko.

— Dzięki, boję się, że coś mnie oblezie.

— Nie myśl o tym — zarechotała zza chmury dymu.

Andrzej tylko raz powoli oblizał usta i mruknął coś pod nosem — brzmiało jak „no dawaj”.

Ubikacja mieściła się w dawnej pralni, na końcu korytarza. Światło nie działało. Stała tam wysoka szafka z metalowym basenem wypełnionym po brzegi moczem. Strumień uderzał na oślep i rozbryzgiwał się na wszystkie strony. Czułem, jak ciepła wilgoć wsiąka mi w buty.

— No to ile dasz za show? — zapytała prosto z mostu.

— Dwie dychy, ziomek jakiś nie teges. Nie wiem, czy nam tak w ogóle wolno...

— Pięć dych! Zajebisty lujec!

— Lecz się — zaśmiałem się, wyjmując z kieszeni dwadzieścia złotych.

— Ty zawsze na krzywy ryj — mruknęła, łapiąc banknot.

— Ale ogólnie wszystko z nim w porządku? — nie odpuszczałem.

— Kurwa, zawsze te twoje pierdolone podejrzenia! Normalny chłopak z lekkimi problemami. Nie ma prawa się zerżnąć, czy jak? — rzuciła z wściekłym błyskiem w oku.

— No dobra, skoro kontaktuje, to chyba ma.

— No właśnie, dzięki za pozwolenie, panie normalny — stuknęła się w czoło.

Wróciliśmy do Andrzeja. Nie było gdzie umyć rąk. Moje skarpetki były mokre.

Usiadła na materacu i zaczęła zdejmować buty. Potem jednym ruchem ściągnęła koszulkę. W mdłym świetle piwnicznej żarówki jej ciało wyglądało idealnie – szerokie ramiona, twardy brzuch, ładnie wyrzeźbione mięśnie.

Obróciła się tyłem do mnie. Wtedy zobaczyłem je. W dole pleców, tuż nad paskiem spodni, białą sieć starych rozstępów. Mnóstwo. Nie psuły jej. Wręcz przeciwnie.

Coś mnie ścisnęło. Miałem dokładnie takie same. Kiedyś się ich wstydziłem jak cholera. A ona nosiła je jak coś zupełnie normalnego. Chciałem przejechać po nich językiem. Chciałem je pocałować.

Powstrzymałem się.

Rozpięła pasek, zsunęła wszystko jednym ruchem i kopnęła ciuchy w kąt. Andrzej przewrócił się na brzuch i opuścił bokserki do kolan. Robili to bez słowa, tylko materac skrzypiał pod nimi. Andrzej wbijał twarz w koc.

Na skroni Markowej pulsowała gruba, sina żyła. Skończyła krótkim, zdławionym warknięciem. Otarła twarz.

Andrzej odwrócił się i spojrzał na mnie. Czekał.

Byłem już wstawiony i bardzo chciałem być razem z nimi. Spróbowałem.

Położyłem się na nim. Zacząłem to robić. Czułem jego masywne, ciepłe ciało, spokojny oddech, zapach starych fajek i spoconej skóry. Przez chwilę wszystko było dobrze.

Nagle coś we mnie puściło, głęboko w środku. Wróciła przychodnia, igła w żyle, te dni czekania na wynik, blistry Relanium. Straciłem siłę, nogi zaczęły mi drżeć, zmiękłem.

Odsunąłem się.

Andrzej patrzył na mnie długo. Jego zamglone spojrzenie zniknęło. W rozwartych, żywych oczach zobaczyłem jedno — rozczarowanie.

Twarz Markowej stężała.

— Weź wypierdalaj stąd, pedale! — ryknęła.

Wypchnęła mnie na korytarz. Szczęknęła kłódka, potem zasuwka. Zostałem w ciemności.

— Marek, kto to był? — dobiegło zza drzwi.

— Nikt! — zagrzmiała tamta — Szmata, która lata po parkach za jakimś kolesiem! Ryczy i pisze wierszyki. Kurwa melodramatyczna!

Przywarłem czołem do drewnianej kraty. Oni tu naprawdę żyją. Bez dramatu, bez lęku, bez jebanych wierszy. Schodzą na dół, rżną się, palą szlugi i śpią.

Chciałem tak samo. Chciałem przestać być tą żałosną ciotą, która nie umie żyć.





czwartek, 6 sierpnia 2026

Zetoidzi



Trudno mi inaczej określać pokolenie zet niż… zjebane pokolenie. Już przy pierwszym kontakcie widać, że z tą generacją jest coś nie tak. Niełatwo odnaleźć wśród nich osobę poukładaną, żyjącą w harmonii ze sobą i światem, funkcjonującą bez wyraźnych zakłóceń i dysonansów. Większość ma poważne trudności przystosowawcze, zwykle tłumaczone neuroatypowością czy ADHD. Problemy wychowawcze, kłopoty z nawiązywaniem relacji rówieśniczych. Pokolenie mało komunikatywne, zubożałe językowo, z telefonem przyrośniętym do dłoni, posługujące się zamiast języka swoistym kodem internetowym – strumieniem reakcji, emotikonów, emoji, skrótów w rodzaju „iksde”. Zjeby smartfonowe, tiktokowe. Roszczeniowcy.


Kacpry, Oskary i Jakuby – tacy do mnie trafiali. I to było straszne. Ciężko ich było namówić na przyjazd. Nie chciało im się fatygować do mnie Boltem na mój koszt, żeby dostać 450 złotych. To był dla nich marny grosz, kasa niewarta minimalnego wysiłku – w wieku dwudziestu, dwudziestu jeden lat. Mnóstwo krętaczy, wykorzystywaczy i zwykłych złodziei.


Władek – ten, który przyszedł, wziął kasę i wyszedł


Pamiętam, kiedy pewnego dnia byłem pijany. Surfowałem dosłownie jak dzika świnia po Grindr, spamując indywidua z pokolenia Zet, właśnie około dwudziestu jeden lat. Musiałem być bardzo pijany, bo nie wiem, jak to się stało, ale znalazł się u mnie typ imieniem Władek.


Była to ciota przegięta, bezczelna, potwornie zarozumiała. Tylko dlatego, że byłem nietrzeźwy, powiedziałem: „ładny jesteś”. Zamiast podziękować, odparł dobitnie: „Wiem, że jestem ładny”. Był to fejk. Wyglądał jak kobieta, nie facet – wielkie usta, olbrzymie rzęsy, typowo sucze kości policzkowe. Najgorsze było jednak zachowanie – każdy gest zdradzał, że to ciota. Patologiczny wręcz przypadek. Mnie podobają się chłopacy, nie panienki. Nawet jego nadgarstki, sposób trzymania telefonu – wszystko zdradzało wychowanie przez kobiety, wśród kobiet, w domu i w szkole. Zero męskości. Do tego ta zarozumiałość, zwłaszcza kiedy opowiadał, że studiuje psychologię. Ta straszna maniera psychologizowania całokształtu rzeczywistości, przekonanie, że pozjadał wszystkie rozumy. Leciała u mnie na procentach Krystyna Janda, „Na zakręcie”. A on: „Ty uważasz, że jesteś na zakręcie?”.


W tym pijackim amoku spamowałem wszystkich tak, że nie z każdym dogadałem się, jaka usługa ma zostać wykonana za kasę. Kiedy już trochę mnie zmęczył tym pierdoleniem od rzeczy, zaproponowałem, że skoro wziął 450, to przejdziemy do sypialni, gdzie poliżę go przez chwilę, zrobię rimming. Odpowiedział, chwytając się w ten ciotowski sposób za podbródek: „Nie czułbym się komfortowo”.


Zatkało mnie. Czuł się komfortowo, biorąc ode mnie kasę i przyjeżdżając na mój koszt Boltem. A teraz odmówił. Odmówił i po prostu wyszedł – z moją kasą. To było straszne, skrajne doświadczenie. Przez cały czas dłubał w telefonie, pisał z innymi, na mnie rzucając jedynie krytyczne spojrzenia. Stał, zamiast usiąść. Traktował mnie jak śmiecia. Wykorzystał mój stan upojenia. Uważał pewnie, że kasa mu się należy za „czas i towarzystwo”. Kiedy wyszedł, poczułem się jak wypluty, zużyty śmieć. Ktoś, kogo okradziono. Dla mnie to była duża kasa. Więcej poznałem w jego pokoleniu takich jak on – patologicznych, egoistycznych ciot.


Kacper – ta owieczka w różowej bluzie


Ten był zupełnie inny – chłopak, męski chłopak, nie przegięta ciota. Miał na imię Kacper, dwadzieścia jeden lat. Przychodził do mnie około 2022, może 2023. Stale gadał, że „pracuje w gastronomii”, nawijał bez przerwy o pracy. Jarał się włoskim ekspresem mojego dziada, takim za kilkanaście tysięcy. Przychodził, bo gastronomia w związku z pandemią przeżywała kryzys i tymczasowo zarabiał znacznie mniej.


Pierdolił coś, że ma niby jedną nogę odrobinę krótszą od drugiej… Przecież był idealny. Jego ciało było szczupłe, ale nie chude. Raczej normalnie zbudowany szczupły chłopak. Włosy miał jak owieczka – ekstremalnie gęste, brązowe wchodzące w blond. Przepiękne, zjawiskowe. Męski typ urody, klatka oczywiście nieowłosiona, włosy na nogach jasne, blond, delikatne. Skupiałem się na jego nogach – stopach i tyłku. Jak zwykle chodziło mi o to, żeby w bezpiecznej odległości od chłopaka czuć jego intymny smak i oddawać hołd czystemu pięknu natury.


Pamiętam smsa, w którym pytał już zupełnie rutynowo: „Stopy czy tyłek?”. Odpisałem „Tyłek”. On powtórzył w osobnej wiadomości: „Tyłek…”. Jemu też to sprawiało przyjemność. Były to seanse ciągnące się nieraz dłużej niż godzinę – godzina lizania tyłka. Masturbował się i jęczał z rozkoszy. Pytałem, czy nie za długo, czy go nie zanudzam, czy już nie ma dosyć. Sapał: „Nie!!!”. Wkurzały go jedynie przedłużające się bifory, bo ja zawsze uwielbiałem włączać swój vintage, zwłaszcza koncert „Zielono mi” z lat dziewięćdziesiątych, nagrany w Opolu po śmierci Osieckiej. Czasem też Ałłę Pugaczową. Znał ten repertuar już na pamięć i czasem po pracy był zmęczony, więc chciał szybko przejść do rzeczy. Był naprawdę piękny, ta owieczka z pracą w gastronomii.


Mimo że był bardzo męski, potrafił się słodko przegiąć. To było u niego fajne właśnie dlatego, że jego męskość była naturalna, oczywista, poza wszelką dyskusją. Miałem od dziada bluzę w kolorze różu. Do mnie nie pasowała – mam delikatną urodę, a takie rzeczy najlepiej leżą na męskich. Od razu pomyślałem o Kacprze. Dałem mu ją. Ucieszył się, choć w swoim stylu – powściągliwie. Doskonale w niej się prezentował. Uśmiechnął się i tak słodko przegiął – samym uśmiechem i trzepotem rzęs. Było to zabawne i bardzo fajne, bo u niego zupełnie niecodzienne.


Jeżeli chodzi o tę powściągliwość: pewnego dnia wyznał, że nie odczuwa empatii. Załamało mnie to. Dodał, że nie czuje też euforii ani rozpaczy, jego nastrój jest płaski. Neuroatypowość – jak mi się wtedy wydawało – była czymś powszechnym w tym pokoleniu.


Jego chłopak miał na imię Oskar i wiedział, że Kacper do mnie przychodzi. Jednak Kacper ukrywał to przed znajomymi. Nie kumałem tych jego oporów. Kiedyś powiedział, że zerwał się od znajomych i co niby miał im powiedzieć… że idzie za kasę? Odpowiedziałem mu: jesteś pierwszym chłopakiem, który widzi jakiekolwiek bariery. Zobacz, to ja jestem twoją dziwką. Kto jest przed tobą na kolanach, kto liże ci jak pies tyłek, kto się upadla? Upadlam się przed tobą, czczę cię, wielbię, a ty jeszcze bierzesz za to kasę. To kto jest tym gorszym, tą prawdziwą szmatą, dziwką? Jemu jednak włączały się jakieś staromodne, wzięte od heteryków schematy. Chore schematy. Pierwszy taki nieżyciowy, jakiego spotkałem.


Po pandemii gastronomia odżyła. Napisałem. Odpisał, że już nie potrzebuje. Zacząłem trochę żebrać, tłumaczyłem, że jednak się przyzwyczaiłem. Odpisał: „No sorry, ale nie, takie życie”. Zaakceptowałem to ze smutkiem, prawdziwym smutkiem, do którego miałem prawo. Ale bez dramatu. Pamiętam smak jego stóp, nóg i tyłka. Był piękny i wart tej kasy. To była naprawdę dobrze wydana kasa. A on był normalny.


Kuba – ten, który chciał mojego lokum


Któregoś razu moje nocne picie przeciągnęło się aż do godzin porannych. Była wczesna jesień. Nienawidzę światła. Postanowiłem, że u mnie w dalszym ciągu będzie noc. Zrobiłem więc to samo, co przed laty w kamienicy – wywiesiłem w oknie koc. Paliły się świeczki, mimo że była już ósma rano. Dlaczego wspominam kamienicę w czasie przeszłym? Bo od lat już w niej z dziadem nie mieszkaliśmy. Wyrzucili nas czyściciele kamienic, temat był w mediach dość głośny. Przeżyłem utratę kamienicy bardzo dotkliwie. To doświadczenie na zawsze mnie zmieniło.


Poranki kryły w sobie niezwykłe walory – o tej porze poznawałem najmłodszych. Traf chciał podobnie. Napisał do mnie dziewiętnastolatek z pobliskiej szkoły. Kuba. Całe to pokolenie zetoidów to zawsze Jakuby, Kacpry i Oskary. Napisał, że wkrótce może u mnie być. Wyskoczyłem do sklepiku w moim bloku, dokupiłem więcej alkoholu.


Przyszedł dość wysoki chłopak o pięknych, jednolicie brązowych włosach. Poza tym niczym specjalnym się nie wyróżniał. Dla mnie był dość przeciętny. Sprawiał jednak wrażenie kogoś zainteresowanego moją osobą. Z późniejszych spotkań wiem, że na podstawie mojego wieku spodziewał się kogoś zrównoważonego, poważnego. Tymczasem ja nabijałem się z filmików z Majorem i Kononem, zwłaszcza z klasyka – rage’u Majora, który z furią bluzga na Konona za jego słynne „Słaaaaawek”. Kuba nie dostał ode mnie żadnej kasy. Nie chciał. A poza tym jakoś nie świrowałem na punkcie jego urody. Seks między nami przydarzył się dwa czy trzy razy. Pamiętam, że spędził kiedyś u mnie noc, kiedy jego klasa wyjeżdżała do Gdańska autokarem spod szkoły o piątej nad ranem. Uczył się wtedy u mnie w kuchni do olimpiady, zapisywał wzory w wielkim zeszycie A4. Hieroglify.


Największy szok, zaskoczenie i przypał przyszedł pewnego dnia w trakcie rozmowy na totalnym chillu. Zapytał mnie w ten wyluzowany sposób, jakby chodziło o najzwyklejszą rzecz na świecie, czy nie udostępniłbym mu lokum, żeby mógł się u mnie spotkać z pewnym małolatem. Wiele rzeczy słyszałem i mało powinno mnie już zaskoczyć, ale odebrało mi mowę. Zatkało mnie. Poczułem się po prostu strasznie. Ból. Poczucie odrzucenia. Schemat wdrukowany mi przez sadystyczną matkę odezwał się natychmiast. Miałem po prostu opuścić swój dom, żeby Kuba mógł tu spotkać się z jakimś drugim młodym chłopakiem. Bo ja, stary dziad, byłem zawadą, czymś, z czego lokum trzeba było wyczyścić. Bolało. Cierpiałem.


Wkrótce potem wybuchła pandemia i przestaliśmy się spotykać. Stałem się dla niego za stary. Nigdy mi tego wprost nie powiedział, ale to czułem. Zresztą okazało się, że jestem starszy od jego matki. Masakra.


Oleh – ten z ukraińską delikatnością


Ilekroć przychodzi mi do głowy Oleh, od razu stają mi przed oczyma dwa miejsca: okropny, położony na wschodnim brzegu Warty, „magazin” oraz równie ohydny hostel z jaskrawymi, oczojebnymi meblami i przestrzeniami wspólnymi. Oleh to – czego po polsku nie słychać – piękne imię. Czytam, że wzięło się na Rusi z języka staronordyckiego. Oznacza „święty”, „szczęśliwy” albo „jasny”. Był to ciemnowłosy, szczupły chłopiec niezwykle delikatnej urody. Młodziutki, osiemnastoletni. Kompletnie nie rozumiem, co tak delikatny chłopiec miałby robić na magazynie, w jakiejś ohydnej fabryce. Co to drobne ciałko miałoby niby dźwigać, jakie ciężkie prace fizyczne wykonywać, w jaki sposób dzień po dniu się niszczyć? Takim jak on powinno się zakazać jakiejkolwiek ciężkiej pracy fizycznej. Był dla niej zupełnie niestworzony: zbyt kruchy, zbyt piękny, nazbyt cenny.


Pamiętam, że była zima 2022, może styczeń. Staliśmy na balkonie. Pytałem, co się stanie, jeśli wybuchnie wojna. Oleh odpowiedział, że wtedy jego mama przyjedzie do Polski. Pochodził z Winnicy. Już wtedy nie pracował na magazynie. Zmienił się nie do poznania. Miał na sobie lepsze ciuchy, przepiękną skórzaną kurtkę. Zapytałem, z czego się utrzymuje, skoro porzucił tamtą pracę. Zaczął się śmiać i wskazał na tę kurtkę z góry na dół, a może po prostu na swoje piękne ciało. Nie było w tym geście wulgarności ani przechwalania się. Po prostu uczciwość. Mówił o sobie, że jest pasywny. Przez długi czas po prostu lizałem mu stopy i tyłek, często obciągałem, a on kończył w moich ustach. Prowadziliśmy długie rozmowy w kuchni, przy świeczce i moim laptopie. Z nim, jak z prawie każdym, też słuchałem „Zielono mi”. Był mi wdzięczny, że pokazuję mu polską diwę – Krystynę Jandę.


Pewnego dnia Oleh zapragnął mnie mieć. Powiedział, że tak, jest pasywny, ale akurat we mnie chce wejść. Chyba wyczuwał we mnie coś delikatnego, wrażliwego, tkliwego. Przynajmniej taką mam nadzieję. Robiliśmy to twarzą w twarz. Leżałem na plecach, miałem rozłożone nogi. Kiedy mnie posuwał, jego złoty łańcuszek dotykał mojej twarzy, odsuwał się i znowu kładł na niej raz za razem. To było piękne. Chłopak jęczał z rozkoszy. Był kolejnym z tych, którzy brali pieniądze, a jednocześnie czerpali z tego przyjemność. I chcieli więcej, więcej niż od nich oczekiwałem.


Któregoś dnia napisałem do niego. Odpisał, że nie mieszka już w Polsce, a w Niemczech. Od początku miałem takie dziecinne, patri-idiotyczne nastawienie. Pytałem go, jak mu się podoba Polska. Myślałem, że powie coś o ludziach, architekturze, komunikacji zbiorowej, tramwajach, drogach. A on tylko: „zarabia się więcej niż w Ukrainie”. Tyle. Nic więcej. Pomyślałem wtedy o moim własnym facecie i o tej jego Szwecji. Tak, obydwaj jej nie znosimy. Jest dla nas tylko i wyłącznie skarbonką. Cała jebana Skandynawia zawsze była dla nas jedynie skarbonką, niczym więcej.


Oleh. Kochany, piękny, ciemnowłosy, delikatny i wrażliwy chłopiec.


Jakub – ten, który wiedział, czego mi brakuje


Gdy myślę o chłopcu idealnym, od razu przychodzi mi do głowy Jakub. Dwadzieścia jeden lat. Dosyć wysoki, ciemny blondyn, niebieskie oczy, ciało gładkie, delikatne jasne włosy na nogach. Chudy. Jest po prostu chudy. Ma śmieszne, wesołe, pogodne tatuaże. Łagodne, a zarazem męskie rysy twarzy. Przepiękne. Zawsze pofarbowana grzywka. Twierdzi, że brak farby na głowie jest dla niego nie do przyjęcia. Ostatnio, kiedy go widziałem, całe włosy miał utlenione. Kolczyk w nosie ledwo widoczny. Jest niezwykle chłopięcy – ma dwadzieścia jeden lat, a wygląda na jeszcze młodszego.


Jest pokoleniowo zetką, a zachowuje się zupełnie jak millenials. Po prostu normalny: komunikatywny, responsywny, empatyczny, łatwo nawiązujący kontakt, domyślający się stanów emocjonalnych drugiej osoby. Doskonale rozumie wszystkie moje słabości, zaburzenia lękowe, dystymię. Nie widzi w nich niczego dziwnego. To zupełnie inne pokolenie – przyzwyczajone do inności, akceptujące. Wszystko pojmuje, niczemu się nie dziwi.


Któregoś dnia byłem zalany w pestkę. Siedzieliśmy w sypialni i nagle, bez żadnego powodu, poczułem, że coś mi jest, czegoś mi strasznie brakuje, czegoś bardzo ważnego nie mam, choć nie potrafiłem powiedzieć czego. Zacząłem płakać jak dziecko. On rozejrzał się, poszedł do kuchni i po chwili wrócił z moim e-papierosem. Wcisnął mi go w dłoń i powiedział tylko: „Poczucie kontroli”. Natychmiast się uspokoiłem. To właśnie e-papieros był tą rzeczą, której mi brakowało. Skąd on o tym wiedział? Kiedyś musiałem mu wspomnieć, a on zapamiętał. To było fenomenalne. Moje funkcjonowanie od razu wróciło. Zamówiłem mu jeszcze Bolta do domu. Zawsze przyjeżdżał do mnie Boltem, choć ostatnio, kiedy u mnie był, wzruszył ramionami i puścił się pieszo. Sześć kilometrów.


Kultywowaliśmy obrzęd czczenia jego młodzieńczego piękna: ja na kolanach, język między jego pośladkami, całowanie i czczenie jego stóp. Często myślałem o tym jako naruszeniu pierwszego przykazania – oddawaniu stworzeniu czci należnej Stwórcy. A może – pocieszam się - to po prostu rozkoszowanie się pięknem natury, tym, co Bóg dla nas stworzył? I to nigdy nie był fetysz. Zawsze chodziło o chłopaka. To chłopak, stworzenie Boże, był celem tego uwielbienia. On był tym pomnikowym pięknem, które darzyłem czcią i uwielbieniem. A ponieważ nie był to jeden konkretny chłopak, w gruncie rzeczy chodziło o samą ideę piękna.


Jakub był jednak pod tym względem wyjątkowy. Absolutnie wyjątkowy. Kocham go nie tylko za wygląd, ale i za zachowanie, za tę jego naturalność, normalność. Nie dziwię się, że bez problemu znalazł pracę jako barman. To zawód, w którym komunikatywność i naturalność kontaktu są podstawą.


Poza tym wydaje mi się, że po prostu lubił do mnie przychodzić. Czasami odnoszę wrażenie, że przez ten splot niezwykłego wyglądu, chudości, chłopięcości i charakteru czuję do niego coś więcej. Z pewnością bardzo silne przywiązanie. Widujemy się rzadko, ostatnio może dwa razy do roku. Jakub to prawdziwy unikat, brylant. Wyrosłem jednak z zakochiwania się i zrozumiem, jeśli odejdzie. Już zresztą chyba się to dzieje. Przed tygodniem napisałem do niego sms i nie otrzymałem odpowiedzi. Kiedyś bym rozpaczał. Dziś zamieniam myśli i uczucia w słowa, piszę prostą muzykę.


Zetoidzi to dziwne, pokręcone pokolenie. Kategorie socjologiczne zawsze bazują na uproszczeniach i stereotypach. Gdybym mógł wybrać, ile chciałbym teraz mieć lat, bez wahania odpowiedziałbym: trzydzieści. Żyłem wtedy najintensywniej na świecie. A ta prawdziwa młodość, ich młodość, to przede wszystkim masa problemów, których nie widać w tych moich nocnych, pijackich migawkach.






















środa, 15 lipca 2026

Erasmus

 Wersja audio:


GayRomeo – portal dla starszych i obcokrajowców. Toporny, kanciasty przekład międzynarodowego serwisu, przetłumaczony na polski tak, jakby robił to ktoś, kto polskiego nie cierpi. Dziady 30+ i profile po angielsku. Ruch? Marny. Nie miał prawa równać się z bijącym rekordy popularności fellow.pl, tym królestwem młodych gwiazdeczek. Na GayRomeo za to roiło się od grupek z fetyszami, od rzeczy dla mnie niekiedy przerażających. Ale wystarczyło młodo wyglądać i mieć szczęście. A ja miałem jedno i drugie.


Pewnego wieczoru wpadła mi nalepka „ogień” od jakiegoś dwudziestolatka. Przystojny. Morda wschodnia, aż mi się Rosja skojarzyła, a nawet Azja. Ale i tak fajny. Na fotce biegł w szortach do sauny. Akurat polowałem na przygody – rodzice na kilka dni wyjeżdżali nad morze. Całe lokum – m2 na siódmym piętrze w blokowisku z wielkiej płyty, z lat osiemdziesiątych – tylko moje. Na tę okazję sprawiłem sobie whiskacza w Chacie Polskiej.


Chłopak zjawił się punktualnie. Zaprosiłem go do stołu, do pokoju rodziców. Wyglądał lepiej niż na fotach – ciemne, krótko ścięte włosy, szczupła sylwetka, modne ciuchy. Młodość robiła robotę. I ten akcent. Przywiązuję ogromną wagę do głosu i dykcji. Spytałem, skąd pochodzi. Zachęcił mnie do zgadywania. Mówię: No jasne, ze Wschodu. Kiwa głową. Mówię jak ostatni idiota: – Białystok? A on: – A dalej niż Białystok? Otwieram szeroko oczy. – Wilno, jesteś z Wilna? Uśmiechnął się – jest tu na Erasmusie. Przyjąłem to z fascynacją. Uwielbiam państwa bałtyckie. Chłopak miał na imię Edward – bardzo popularne imię na Litwie, jak mówił. Ukończył polskie liceum. Był początek roku akademickiego, październik.


Sączyliśmy whisky z lodem, w tle przedwojenna muzyka. Edward przełączał na litewskie i rosyjskie hity. Rozmowa toczyła się tak lekko, że to, co wisiało w powietrzu, mogło poczekać. Spędzaliśmy czas po prostu – jak dwa dzieciaki, jakby żadna różnica wieku nas nie dzieliła. Bo de facto nie dzieliła.


Powiem to jeszcze raz, powiem to jeszcze trzydzieści razy na tym blogu: miałem ten genetyczny wyjątek, młody fenotyp, podbity wiecznie wyspaną, wygładzoną benzosami i kremami mordą oraz rozjaśnionymi włosami. Mimo dwudziestu ośmiu lat wyglądałem zajebiście. Rozumiem, dlaczego tylu młodych się mną interesowało, dlaczego do mnie podbijali: byłem chudy, o miłej mordzie, wyglądałem mniej więcej jak oni, ale miałem nad nimi jedną miażdżącą przewagę – ZASOBY. Lokum. I to nie jedno.


Pamiętałem dobrze czasy wałęsania się po lasach, zaroślach i krzakach. Miały swój urok, właściwie nadal lubiłem się w to bawić, ale ograniczenia były oczywiste: pogoda, ciągłe przeziębienia, masa chłopaków odrzucających plener, no i wiecznie ci na wpół bezdomni. Mieszkanie, możliwość spędzenia całego wieczoru i nocy u mnie, kasa na alkohol i fajki – to ustawiało mnie w zupełnie innej lidze. Windowało atrakcyjność. – Masz lokum? – każdy słyszał to pytanie na czaterii tysiące razy. Zaprzeczający dostawali suchy komunikat: "X zamknął okno priva".


Czy spotkałbym się z Edwardem, gdybym nie miał lokum? A gdzie? U niego w akademiku, w pokoju dzielonym z jakimś Hindusem? W szalecie? Oczywiście, że przyszedł do mnie – nie do jakiegoś dwudziestolatka w krzaki.


Po długiej rozmowie w końcu przenieśliśmy się na kanapę. Lizaliśmy się namiętnie rozgrzani whisky, a potem zrzucając z siebie ciuchy, wskoczyliśmy do mojego pokoiku, na rozłożone już łóżko.


Robiliśmy to zachłannie. Mignęła buteleczka poppersa. Whisky dała nam odwagę, żeby korzystać bez hamulców, jak na filmach. Do nosa i porządny sniff. Dziwne ciepło i jeszcze większa ochota, po której rzucałem się na jego wielkiego kutasa i brałem do gardła po same jaja. Gag reflex magicznie znikał. To było zajebiste – mogłem oddać mu się bez granic, do końca. I to wszystko dzięki niepozornej buteleczce za kilkadziesiąt złotych. Bezcenne, pierwsze takie doświadczenie w życiu.


Edward robił to samo, choć w porównaniu z jego sprzętem u mnie szału nie było. Na forum gejowa pisałem „14,5”, ludzie ciągle kopiowali tę liczbę i pisali XD. Potem Edward musiał mieć realny fun. Wszedł we mnie jak nikt przedtem. Kazał mi mocno podkurczyć nogi. W tej odjechanej pozycji utraciłem kontrolę nad moim ciałem. Wziął mnie, jak chciał. Później był jeszcze dripping – poprosił, bym kilka razy włożył mu i wyjął. To podobno jakaś bezpieczniejsza metoda niż zwykły bareback, pozwalająca przez chwilę poczuć wszystko bez gumy.


Nocą w pokoju cały czas grzało się moje CRT. Edward podsiadał do niego, logował się na swoje GayRomeo. Pod wpływem whiskacza kompulsywnie rozdawał naklejki – „You're hot”, „Beautiful face”, „I like you”, „I could fall in love with you” – młodym chłopakom. Nie przeszkadzało mi to. Wyobrażałem sobie, że bierzemy takiego i spotykamy się z nim w kamienicy, w mieszkaniu na czwartym piętrze – własności mojego bogatego dziada, który na co dzień pracował w Sztokholmie. Nad ranem Edward wrócił do akademika, a ja odsypiałem tę niepowtarzalną noc.


Któregoś wieczoru zaaranżowałem spotkanie we trzech. Edward nie wiedział o tym pomyśle. Przyszedł do mnie jak zwykle, do kamienicy. Siedzieliśmy w salonie. Usiadł do fortepianu. Grał odrobinę – widać było, że uczył się w tym Wilnie. Klasyki, nawet Chopina. Wspaniale było słuchać sławnych kompozycji w klimacie przedwojennych mebli i obrazów, nawet jeśli wykonanie miejscami odbiegało od ideału. Edward nie był zresztą pierwszym chłopakiem, który u mnie grał. Wielu przyciągał ten instrument, ten majestatyczny mebel.




Na dębowym stole stał laptop z otwartym GayRomeo. Gadałem z tym chłopakiem, którego Edward obkleił „Hot” i o którym mówił najczęściej. Zaprosiłem go. Nie wiem, po co. Piłem cytrynówkę i chciałem rozkręcić imprezę. Myślałem, że więcej znaczy lepiej. Powiedziałem Edwardowi, że tamten przyjdzie. Edward nie był pewien. Byłem jednak tak nakręcony alko, tak odklejony, że nie dało się mnie odwieść.


Tamten się zjawił. Przystojny, owszem, ale miał w sobie coś, co od razu zgrzytało. Po pierwsze – nie chciał pić. Nie mieściło mi się to w głowie. Przyszedł na trójkąt, na imprezę, i nie chciał pić. Jak zamierzał się rozluźnić? Miał magiczny przycisk od hamulców? Nie rozumiałem takich. Młody człowiek napije się, kac łagodny, błyskawicznie wraca do formy. Ja tak miałem w wieku prawie trzydziestu lat, a co dopiero dwudziestolatek? Ale najgorsze było co innego – całą uwagę poświęcał Edwardowi, mnie totalnie olewał. Nie patrzył na mnie, nie zauważał, a przecież to ja byłem gospodarzem, to w moim domu siedział. Jak można było mnie ignorować? Do tego w jego postawie czaiła się nieukrywana krytyka alkoholu i wszystkiego, co robiłem. Najwyraźniej uważał się za strażnika norm, a jednocześnie w bezczelny, arogancki sposób te normy łamał. Gdy rozmowa zeszła na politykę, rzucił o  tym homofobicznym prezydencie, którego geje nienawidzili – że go szanuje, bo jest głową państwa. Stwierdzenie nie z tej planety. Rzucone na odczepnego, pod moim adresem, ale nawet na mnie nie spojrzał. 


Zbliżał się do Edwarda. Edward próbował zachowywać pozory, zwracać się do mnie, ale coraz bardziej ulegał temu bezczelnemu typowi. Zaczęli się namiętnie całować. Siedziałem w osłupieniu. Jedyna moja reakcja? Kompulsywne popijanie alkoholu. Nic innego nie przychodziło mi do głowy. Całkowita bezradność. Straciłem kontrolę. Nie umiałem zaprotestować, gdy wstali, poszli do pokoiku i z pogardą, z totalnym lekceważeniem, zatrzasnęli za sobą drzwi. Tam stało łóżko. Czy w moich oczach pojawiły się łzy? Nie pamiętam. Wątpię. To był paraliż, odrętwienie, zawieszenie w szoku, bezradność, ale też przerażenie, samotność i to palące odrzucenie, które wbijało się w najczulsze miejsce w sercu.


To uczucie znałem od dziecka. Od błędów wychowawczych matki, popełnianych nieświadomie lub z wyrachowania – nigdy się nie dowiem. Gdy jako dzieciak popełniłem jakiś błąd, matka przestawała się do mnie odzywać. Ciche dni, jak między dorosłymi. Ignorowała mnie, jakbym nie istniał. Wycofywała całą swoją miłość, gwałtownie i bez ostrzeżenia, zostawiając mnie w absolutnej ciemności. Ta tortura trwała tak długo, aż całkowicie pękałem. Kiedy mój dziecięcy świat rozsypywał się w gruzy, błagałem o litość, zanosiłem się płaczem i przepraszałem za winy, których często nawet nie rozumiałem. Dopiero ten widok – mojego całkowitego załamania i rozpaczy – przynosił jej satysfakcję i pozwalał na powrót łaski. Wyćwiczyła mnie w tym lęku przed odrzuceniem z precyzją chirurga. Wdrukowała mi ten mechanizm w psychikę, trwale i głęboko, rzeźbiąc we mnie dorosłego, który na każdy dystans reaguje panicznym lękiem przed utratą.


Nie umiałem sobie poradzić z sytuacją w kamienicy. Uciekłem. Wyszedłem z mieszkania, zatrzasnąłem zabytkowe drewniane drzwi. Zbiegłem po schodach, wypadłem na ulicę. Złota polska jesień, ciepły październikowy wieczór. Nogi zaniosły mnie do parku. Szedłem alejką wśród szeleszczących liści. Z butelką w ręku usiadłem na oparciu ławki, ze stopami na siedzisku, jak przed laty, gdy byłem małolatem. W letniej kurtce. W ręku telefon. Zacząłem robić to, czego nauczyła mnie matka – żebrać. Napisałem żebraczy SMS do tamtych dwóch: niech chociaż pozwolą mi wrócić i spuszczą mi się w usta. Głównie chodziło mi o tego nowego – Edward robił mi to już wiele razy. Długo nie odpowiadali. Piłem dalej. Z każdym łykiem odrętwienie, znieczulenie – nastrój się zmienił. Na jakiś czas zrobiło mi się wszystko jedno. Poczułem, że wszystko przegrałem, że doznałem straty, której nie odzyskam. W końcu odpisali – ten typ właśnie, ze swojego numeru. Napisał, że będzie tak, jak chcę, i żebym wracał. Nie pobiegłem. Nie wróciłem. Zostałem w parku. Wypatrywałem okazji, jakiegoś luja, ale było pusto. Po pewnym czasie napisali, że wychodzą, zatrzaskują drzwi.


Do kamienicy przyszedłem wczesnym porankiem. Z czystej formalności sprawdziłem mieszkanie – łóżko posłane. Zamknąłem drzwi na klucz, wróciłem do rodziców i pieska na blokowisko, zasnąłem na długo.




Nigdy nie opisałem tej historii na blogu "cwelik". Za bardzo bolała. Długo z nikim się nie spotykałem. Przygnębienie. Nie wychodziłem nawet do parku. Po jakichś dwóch tygodniach Edward napisał SMS– czy się zobaczymy. Zdziwiła mnie ta wiadomość. Spodziewałem się, że jak wielu innych po prostu zerwie kontakt, znudzi się. Spytałem, czy pisze, żeby się ze mną kochać. Odpisał, że właśnie w tym celu. Ta jedna linijka tekstu była wszystkim. Niemal natychmiast poczułem się uwolniony z depresji, z tego przygnębienia, które naznaczyło tamten czas. Dokładnie tak samo, jak w dzieciństwie, gdy po dniach lodowatego milczenia matka nagle cofała karę, obdarzając mnie na powrót ciepłym spojrzeniem. Ta sama nagła, euforyczna ulga. Wytresowany przez nią mechanizm przeżywania odrzucenia zadziałał bezbłędnie. Zadziałał wtedy, działał zawsze i wciąż od czasu do czasu przejmuje nade mną kontrolę.


Na nasze spotkanie przyszedł chory, zaziębiony. Jesień, sezon grypowy. Zawsze miałem paranoję na punkcie zarazków – myłem ręce jak typowy wariat z OCD kilkadziesiąt razy dziennie. Stroniłem od chorych. Ale tęsknota, miłość, powrót do łask ukochanego były tak silne, że olałem wszystko. Z rozmysłem zignorowałem OCD. Nie tylko się kochałem, ale całowałem się z nim namiętnie. Oczywiście zaraził mnie – dokładnie tak, jak przewidywałem. Zapalenie oskrzeli, antybiotyk. Było warto. Chory, ale nie za darmo. Za cudowne przeżycie z przepięknym młodym chłopakiem, które na zawsze zapisało się w mojej kolekcji – pocztówkowe, idealne, namiętne, pełne, z obopólnym spełnieniem, z leżeniem po wszystkim nago, wtuleniem w jego ciało, z głośnym śpiewaniem hebrajskich piosenek, które znałem na pamięć. „Yerushalaim shel zahav, veshel nekhoshet veshel or...” (Złota Jerozolima, i ze srebra, i ze światła). Uczucie szczęścia, którego nikt mi nie odbierze. Wileński Erasmus w moim wielkim, ponurym mieście.


Wiosną zobaczyłem Edwarda po raz ostatni – na rodzinnej działce w Suchym Lesie. Altankę wybudowano w latach dziewięćdziesiątych. Meble jak z muzeum minionej epoki: drewniana boazeria, kuchenka z laminowanym blatem, imitującym ciemne drewno. Na półkach sprzęty upchnięte jeden na drugim – między innymi magnetofon na prawdziwe kasety, z wciąż sprawnym radiem. Na podłodze dywan we wzory geometryczne. Na ścianach – uderzające w oczy makatki, gobeliny, słomianki. Jednym słowem: masakra.


Położyliśmy się na „tapczanie” i po chwili kochaliśmy namiętnie. Normalnie. Po wszystkim długo leżeliśmy przytuleni. Przed opuszczeniem działki przeszukaliśmy wszystko dokładnie – czy nigdzie nie został kondom, kartonik albo sreberka. Nocą wracaliśmy do miasta. Znowu wzdłuż wiaduktu Narutowicza, tego samego, który mijałem kiedyś z dzikim, nieokrzesanym Marcinem. Tym razem jednak rozmawiałem o polityce litewskiej z młodym inteligentem, który dziennikarzy – tworząc kalkę z rosyjskiego – nazywał „żurnalistami”.


Pamiętam go wyraźnie. Zapowiedział pewnego dnia, że zanim wyjedzie z tego miasta, skasuje wszystkie profile i nie będzie z nikim podtrzymywał znajomości. Dotrzymał słowa. Odnalazłem go kiedyś na litewskim portalu randkowym. Zapytałem, czy mógłbym go odwiedzić. Odciął się krótko: nie ma sensu, żebym przyjeżdżał, jeśli liczę na seks, bo seksu nie będzie.

sobota, 27 czerwca 2026

Rybcia

 



Moja ukochana kamienica: wysokie sufity, przestrzeń, piece kaflowe. W rogu stare pianino, na nim świeczki, które zapaliłem na jego przyjazd. Przez otwarte na oścież drzwi balkonowe wlewało się lepkie, czerwcowe powietrze. Wyszliśmy na balkon, spoglądaliśmy sobie w oczy, obejmowaliśmy się.

Na parkiecie w salonie wciąż unosił się zapach naszych spoconych ciał – przed chwilą tańczyliśmy po mieszance cytrynówki i F..., gubiąc rytm, śmiejąc się i co chwilę wpadając w mocny uścisk.

Poszliśmy do pokoiku. Całowaliśmy się, dotykaliśmy swoich pośladków, wyprężone penisy napierały na siebie. Miał trzydzieści jeden lat, przyjechał do mnie z Jarocina. Gdy gładziłem jego szczupłe plecy i patrzyłem na delikatne zakola nad czołem, czułem, że te dwa lata różnicy nie mają znaczenia.

Pachniał tamtym światem – domem, praniem, czymś znajomym, czego nie potrafiłem nazwać. Opowiadał o pracy w przetwórni ryb z taką powagą, jakby to było centrum wszechświata. I o matce. Mieszkał z mamusią. Podobała mi się ta jego prostota. Gdy chwytałem go za dłoń, liczył się tylko dotyk, ciepło, to, że nie cofał ręki. I to, jak patrzył na mnie swoimi ciemnymi, lekko zawstydzonymi oczkami.

Całe szczęście, że przyjechałeś po mnie na peron. Już się bałem, że cię nie znajdę.
– Przecież się umówiliśmy.
– Wiem, ale nigdy wcześniej tu nie byłem.

Bifor był idealny, ale noc dopiero się zaczynała. Wstawieni, ale jeszcze na nogach, wyszliśmy w miasto.

Zamiast pchać się w rozkrzyczane centrum, wybraliśmy drogę na około. Obaj mieliśmy w sobie tę samą kanciastą nieśmiałość, która kazała nam omijać tłumy pod głównym wejściem. Skręciliśmy w Bóżniczą.  Przedwojenne kostki brukowe czułem przez podeszwy tenisówek – nierówne, ciepłe jeszcze od dnia. Powietrze stało od intensywnej, ciężkiej, słodkiej woni kwitnących krzewów. Ciemność była gęsta, lepiła się do skóry.

Gdy Bóżnicza łagodnie przeszła w Grochowe Łąki, nad naszymi głowami zamknął się majestatyczny dach z liści. Szpaler potężnych platanów i kasztanowców odcinał nas od zgiełku reszty miasta. Ulica była pusta, cicha – jakby stworzona tylko dla nas.

Wyciągnąłem z kieszeni małpkę cytrynówki. Odkręciłem korek, wziąłem łyk, podałem mu. Chłód szkła, pieczenie w gardle, zapach alkoholu mieszający się z aromatem czerwcowej nocy. Spojrzałem na niego. W świetle latarni jego twarz rzeźbiła się w cieniach – ostre światło, głębokie dołki pod oczami, kościste policzki.

Sam nigdy bym tu nie trafił – powiedział, rozglądając się. – Wszystkie te uliczki wyglądają tak samo.
– Spokojnie. Dojście jest bardzo łatwe.

Uśmiechnął się tylko i rozejrzał jeszcze raz, jakby zapamiętywał drogę.

Szliśmy przez długie, kameralne podwórka w kierunku bocznego wejścia do Hah. Oczami wyobraźni już widziałem, jak znikamy w półmroku baru Hell i darkroomu, gdzie będziemy mogli być ze sobą.

Było idealnie. Ten moment przed imprezą, gdy wszystko jest jeszcze obietnicą, czystą możliwością. Czas zwolnił, zamrożony alkoholowym rozluźnieniem.

Jest pięknie – westchnąłem, nie potrafiąc zachować tego zachwytu tylko dla siebie.

On zatrzymał się na chwilę, postawił kołnierz koszulki, jakby nagle zrobiło mu się zimno. Rozejrzał się wokół, a na jego usta wypełzł dziwny, nerwowy uśmiech.

Co ja robię ze swoim życiem, gdzie ja idę! – rzucił nagle w przestrzeń.

Zaskoczony, uśmiechnąłem się szerzej, biorąc to za żart.

No do klubu idziemy.

Popatrzył na mnie i kontynuował dokładnie w ten sam sposób, ze śmiechem.

…I to żeby jeszcze z kimś młodym!

Słowa uderzyły mnie prosto w mostek, wybiły mi oddech z płuc.

Przecież on miał trzydzieści jeden lat. Ja – trzydzieści trzy. Wyglądałem świetnie: świeżo pofarbowane włosy, starannie dobrana koszulka z Zalando. Przez godziny szykowałem mieszkanie, a później czekałem na niego na peronie z rosnącą ekscytacją. Cały ten misternie budowany wieczór, cała ta bliskość z kamienicy rozsypała się w ułamku sekundy.

I to żeby jeszcze z kimś młodym”.

Nie odpowiedziałem. Słowa uwięzły mi w gardle, zamieniając się w ciężką, gorzką grudę. Spuściłem głowę, wbiłem wzrok w bruk, żeby nie patrzeć na jego twarz. Przyspieszyłem kroku. Przestał liczyć się czerwcowy zapach, przestały liczyć się platany i romantyczne podwórka. Miałem już tylko jeden cel: dotrzeć do baru Hell i sponiewierać się tak szybko, żeby reszta tej nocy stała się czarną dziurą.


Epilog

Późną jesienią siedziałem przy stoliku w Hah i popijałem wódkę z colą. Z karaoke leciał szlagier Ireny Santor: "Niejedna znikła twarz i wielu przegrało swą młodość, swą młodość". Wtedy go zobaczyłem.

Szedł pewnym krokiem przez znajome korytarze, jakby należały do niego. U jego boku był jakiś dwudziestolatek –  wyluzowany, w modnej kurtce, ale w sumie nic specjalnego. Gdy mijali mój stolik, Rybcia wyjął z kieszeni Samsunga S4, udając, że właśnie dostał wiadomość. Przeszedł obok bez słowa. Nawet nie spojrzał.

Siedziałem. Patrzyłem, jak znika w tłumie. I nic.

Wtedy wszystko się wyjaśniło. W tamtą czerwcową noc nie przyjechał po to, żeby być ze mną. Po prostu zapamiętywał drogę. A ja byłem tylko punktem orientacyjnym.

Wszystkie deszcze sierpnia

  Szczotkował, czesał, układał, lakierował włosy. Potem prasował spodnie, przymierzał koszulę, długo stał przed lustrem. I tak co wieczór, ...