18+ • Surowe i intymne treści
Ten blog zawiera szczere i bardzo bezpośrednie historie. Prosimy o dyskrecję. Osoby poniżej 18 lat prosimy o opuszczenie strony.

sobota, 27 czerwca 2026

Rybcia

 


Moja ukochana kamienica: wysokie sufity, przestrzeń, piece kaflowe. W rogu stare pianino, na nim świeczki, które zapaliłem na jego przyjazd. Przez otwarte na oścież drzwi balkonowe wlewało się lepkie, czerwcowe powietrze. Wyszliśmy na balkon, spoglądaliśmy sobie w oczy, obejmowaliśmy się.

Na parkiecie w salonie wciąż unosił się zapach naszych spoconych ciał – przed chwilą tańczyliśmy po mieszance cytrynówki i F..., gubiąc rytm, śmiejąc się i co chwilę wpadając w mocny uścisk.

Poszliśmy do pokoiku. Całowaliśmy się, dotykaliśmy swoich pośladków, wyprężone penisy napierały na siebie. Miał trzydzieści jeden lat, przyjechał do mnie z Jarocina. Gdy gładziłem jego szczupłe plecy i patrzyłem na delikatne zakola nad czołem, czułem, że te dwa lata różnicy nie mają znaczenia.

Pachniał tamtym światem – domem, praniem, czymś znajomym, czego nie potrafiłem nazwać. Opowiadał o pracy w przetwórni ryb z taką powagą, jakby to było centrum wszechświata. I o matce. Mieszkał z mamusią. Podobała mi się ta jego prostota. Gdy chwytałem go za dłoń, liczył się tylko dotyk, ciepło, to, że nie cofał ręki. I to, jak patrzył na mnie swoimi ciemnymi, lekko zawstydzonymi oczkami.

Całe szczęście, że przyjechałeś po mnie na peron. Już się bałem, że cię nie znajdę.
– Przecież się umówiliśmy.
– Wiem, ale nigdy wcześniej tu nie byłem.

Bifor był idealny, ale noc dopiero się zaczynała. Wstawieni, ale jeszcze na nogach, wyszliśmy w miasto.

Zamiast pchać się w rozkrzyczane centrum, wybraliśmy drogę na około. Obaj mieliśmy w sobie tę samą kanciastą nieśmiałość, która kazała nam omijać tłumy pod głównym wejściem. Skręciliśmy w Bóżniczą.  Przedwojenne kostki brukowe czułem przez podeszwy tenisówek – nierówne, ciepłe jeszcze od dnia. Powietrze stało od intensywnej, ciężkiej, słodkiej woni kwitnących krzewów. Ciemność była gęsta, lepiła się do skóry.

Gdy Bóżnicza łagodnie przeszła w Grochowe Łąki, nad naszymi głowami zamknął się majestatyczny dach z liści. Szpaler potężnych platanów i kasztanowców odcinał nas od zgiełku reszty miasta. Ulica była pusta, cicha – jakby stworzona tylko dla nas.

Wyciągnąłem z kieszeni małpkę cytrynówki. Odkręciłem korek, wziąłem łyk, podałem mu. Chłód szkła, pieczenie w gardle, zapach alkoholu mieszający się z aromatem czerwcowej nocy. Spojrzałem na niego. W świetle latarni jego twarz rzeźbiła się w cieniach – ostre światło, głębokie dołki pod oczami, kościste policzki.

Sam nigdy bym tu nie trafił – powiedział, rozglądając się. – Wszystkie te uliczki wyglądają tak samo.
– Spokojnie. Dojście jest bardzo łatwe.

Uśmiechnął się tylko i rozejrzał jeszcze raz, jakby zapamiętywał drogę.

Szliśmy przez długie, kameralne podwórka w kierunku bocznego wejścia do Hah. Oczami wyobraźni już widziałem, jak znikamy w półmroku baru Hell i darkroomu, gdzie będziemy mogli być ze sobą.

Było idealnie. Ten moment przed imprezą, gdy wszystko jest jeszcze obietnicą, czystą możliwością. Czas zwolnił, zamrożony alkoholowym rozluźnieniem.

Jest pięknie – westchnąłem, nie potrafiąc zachować tego zachwytu tylko dla siebie.

On zatrzymał się na chwilę, postawił kołnierz koszulki, jakby nagle zrobiło mu się zimno. Rozejrzał się wokół, a na jego usta wypełzł dziwny, nerwowy uśmiech.

Co ja robię ze swoim życiem, gdzie ja idę! – rzucił nagle w przestrzeń.

Zaskoczony, uśmiechnąłem się szerzej, biorąc to za żart.

No do klubu idziemy.

Popatrzył na mnie i kontynuował dokładnie w ten sam sposób, ze śmiechem.

…I to żeby jeszcze z kimś młodym!

Słowa uderzyły mnie prosto w mostek, wybiły mi oddech z płuc.

Przecież on miał trzydzieści jeden lat. Ja – trzydzieści trzy. Wyglądałem świetnie: świeżo pofarbowane włosy, starannie dobrana koszulka z Zalando. Przez godziny szykowałem mieszkanie, a później czekałem na niego na peronie z rosnącą ekscytacją. Cały ten misternie budowany wieczór, cała ta bliskość z kamienicy rozsypała się w ułamku sekundy.

I to żeby jeszcze z kimś młodym”.

Nie odpowiedziałem. Słowa uwięzły mi w gardle, zamieniając się w ciężką, gorzką grudę. Spuściłem głowę, wbiłem wzrok w bruk, żeby nie patrzeć na jego twarz. Przyspieszyłem kroku. Przestał liczyć się czerwcowy zapach, przestały liczyć się platany i romantyczne podwórka. Miałem już tylko jeden cel: dotrzeć do baru Hell i sponiewierać się tak szybko, żeby reszta tej nocy stała się czarną dziurą.


Epilog

Późną jesienią siedziałem przy stoliku w Hah i popijałem wódkę z colą. Z karaoke leciał szlagier Ireny Santor: "Niejedna znikła twarz i wielu przegrało swą młodość, swą młodość". Wtedy go zobaczyłem.

Szedł pewnym krokiem przez znajome korytarze, jakby należały do niego. U jego boku był jakiś dwudziestolatek –  wyluzowany, w modnej kurtce, ale w sumie nic specjalnego. Gdy mijali mój stolik, Rybcia wyjął z kieszeni Samsunga S4, udając, że właśnie dostał wiadomość. Przeszedł obok bez słowa. Nawet nie spojrzał.

Siedziałem. Patrzyłem, jak znika w tłumie. I nic.

Wtedy wszystko się wyjaśniło. W tamtą czerwcową noc nie przyjechał po to, żeby być ze mną. Po prostu zapamiętywał drogę. A ja byłem tylko punktem orientacyjnym.

środa, 24 czerwca 2026

Dysinhibicja

 


Był początek roku akademickiego, październik 2011. Wróciłem na studia porzucone 10 lat temu. Zapisałem się na prywatną uczelnię, oferującą zajęcia przez neta na platformie Moodle. Ta rzadko spotykana wtedy forma studiowania była idealnym rozwiązaniem dla ludzi takich jak ja.


Dzięki mieszance propranololu i Xanu nie pamiętałem już, jak to jest, gdy serce wali w windzie, gdy ktoś patrzy na ciebie w autobusie. Ten miks sprawiał, że świat stracił krawędzie. Ludzie przestali być zagrożeniem – stali się elementem krajobrazu. A uczyć się lubiłem zawsze. Rozwijać się, pisać. Najbardziej opisywać na blogu, jak mocno żyję.


Osiem czerwonych kapsułek


Napięcie, które kiedyś czułem w tłumie, ustępowało po ośmiu czerwonych kapsułkach na literę F…, popitych wódką z colą. Pięknie komponowały się z benzo i drinkami. Skutkiem ubocznym była euforia, ekstrawersja, dysinhibicja.


Na parkiecie nie myślałem. Ciało poruszało się samo w rytm, który nie wymagał decyzji. Każdy ruch był odpowiedzią na bas, światło, oddech tłumu. Nawet moje imię brzmiało już inaczej, nowocześniej. Wróciłem na scenę LGBT po 10 latach. Nikt nie pamiętał mnie jako dwudziestolatka, sam siebie nie pamiętałem z tamtych parkowych lat.


Teraz był Mateusz, trzydziestolatek, ale wyjątkowy, zajebisty. Dlaczego Mateusz? Bo to było najczęstsze imię dwudziestoparolatków. Imię wszystkich, którzy żyli. Matan-Jah – Dar Imienia. Dar Boga.


God Mode


Miałem tę genetyczną wariację, która układała się w absurdalnie wręcz młody fenotyp. Podkreślony przez wiecznie wyspaną, wygładzoną Xanaxem i kremami mordę. Do tego utlenione włosy, dobrze dobrany jasny fluid. I złoty łańcuszek na szyi, modne koszulki z Zalando, skórzane kurtki. Ten młody ryj i modny outfit, za którym ciągnęła się nuta perfum z luksusowego sklepu wolnocłowego z lotniska Kastrup – podarowanych mi od serca przez kochającego starszego bogatego dziada.


Do tego Visa Infinite – złota, metalowa, która dźwięczała w portfelu, gdy wyciągałem ją przy barze. W 2011 roku w klubach większość ludzi wciąż płaciła gotówką – grubymi plikami dwudziestek i pięćdziesiątek wyciąganych z bankomatu, do którego trzeba było dreptać kawałek od wejścia. Ci, którzy mieli karty, wyciągali studenckie debetówki z Inteligo czy mBanku. A ja po prostu przykładałem swoją grubą, prestiżową Visa Infinite do terminala i dostawałem drinka, dostawałem, co chciałem.


Miałem klucze do własnego mieszkania, złotą kartę i człowieka, który za wszystko płacił. I nie wahałem się tego używać, aby otrzymać to, czego łaknął mój mózg, a właściwie stare struktury mózgowe nazywane przez biologów gadzim mózgiem – skoncentrowane na poszukiwaniu elementarnych wrażeń: chwili, melodii, głosu, uśmiechu, błysku oczu, zapomnienia w winie, wersecie utopionym w czymś mocniejszym, posypanym kreską..


W klubie o trzeciej nad ranem zaczepiałem młodych, pięknych, zepsutych heteryków, którzy za większą kasę gotowi byli zrobić dosłownie wszystko.


Hell


Hah – Hell and Heaven – mieścił się w starej fabryce. Drugie wejście od strony sądu prowadziło prosto do Hell, czyli baru z darkroomami. Często wchodziłem tam sam, nigdy na trzeźwo – zawsze już mocno spity i porobiony. Czasem wpuszczali mnie za darmo dzięki Tomkowi, który znał właściciela.


W środku gęsty tłum, zapach dymu, tanich perfum i ohydnego Somersby. Na parkiecie waliły hity: Rihanna, Lykke Li, Lady Gaga, Lana Del Rey. Polskiego zero. Gejowski klub.


Bramkarze, hetero, czasami pozwalali sobie na jakieś śmieszne pseudohomofobiczne uwagi, ale to było dopuszczalne, bo przecież pracując w klubie gejowskim nie mogli nienawidzić gejów. Przechodziło. Byli ładni. Mnie często zaczepiał jeden z nich, ten szczupły, który chyba zauważył, że na niego lecę.


– Tylko bez ekscesów.


A czasem:


– Podobam Ci się, co? Jesteś homoseksualistą? A jak facet może to robić z facetem? Pokażesz, jak to robisz?


Bileterką była jakaś starsza kobieta – miała chyba 60 lat, gruba, obfity biust, okulary, niemiła. Ubrana wizytowo w kiepskim guście – jak bibliotekarka albo wkurwiona baba z dziekanatu. Brała kasę bez żadnego kontaktu. Ochroniarz stemplował ramię czymś, co było widoczne pod skanerem.


Darkroom znajdował się po drugiej stronie klubu. Były kabiny, takie szafy, mocne drewno, toporne drzwi, wszystko czarne. Części wspólne beznadziejne – nic kompletnie nie było widać. Tylko dotyk, oddech, trzaskające drzwi kabin, czasem czyjś pociągły jęk. Ktoś brał cię za rękę i prowadził w głąb, gdzie powietrze było gęstsze, a dźwięk muzyki dochodził jak przez watę.


Piękny gej z Hell


Pamiętam obczajonego przy barze w Hell takiego jednego pięknego geja, którego bardzo zapragnąłem. Młody chłopak, maksymalnie dwudziestolatek. Widząc po mnie, że jestem bardziej wrażliwy i mniej zdecydowany, po prostu złapał mnie za rękę i zaciągnął do kabiny. Tam dosłownie męczył mnie jakieś 40 minut. Ściągnął spodnie, usiadł mi na twarzy, zmuszał do tego, bym lizał mu jądra, odbyt. Bardzo tego chciałem. Pamiętam, że miał pachnący i mocno owłosiony tyłek – te naturalne włosy kontrastowały z jego młodością i zadbaniem o siebie, o zewnętrzny wygląd. I to było fajne. Oklepywał mnie wielkim penisem po twarzy i wpychał mi go mocno do gardła. Głębokie gardło, bardzo długie. Mocno bolało. Wypił tyle, że nie mógł skończyć. W końcu, spoceni i wyczerpani, wysypaliśmy się z tej szafy. Byłem sponiewierany. Leżałem długo na zimnej podłodze. Zwykła posadzka, na szczęście była czysta.


Ten z pancerką


Inne zdarzenie miało miejsce w ubikacji – miejscu charakterystycznym, bardzo głośnym, ruchliwym, przez cały czas mytym przez rozgadaną, zaczepianą przez wszystkich sprzątaczkę.


To właśnie tam chłopak, na którego wielokrotnie patrzyłem z fascynacją na parkiecie, nagle mnie dostrzegł, albo po prostu teraz właśnie zdecydował, że w końcu mi pozwoli. Był to młody gej w wieku około 25 lat, bardzo męski, z pancerką na pięknej koszulce, blondyn o gęstych włosach. Skończył przy pisuarze, chwycił mnie za rękaw i pociągnął do kabiny. Sprowadził do parteru. Uderzał penisem po twarzy, wsuwał i wysuwał mi go z ust, a potem nagle zaczął sobie trzepać i zrozumiałem, że zamierza spuścić mi się na twarz, obryzgać ją.


Ja jednak miałem perfekcyjnie wykonany makijaż – fluid, kremy, wszystko dopracowane. Bałem się, że on mi go zniszczy i zakończy moją imprezę. Rozmaże mi całą twarz, a ja będę musiał wyjść z klubu, bo nie miałem w kurtce w szatni kosmetyczki. Nie byłem przecież przegiętą ciotą. Więc uciekłem.


Do dziś tego żałuję. Wołał za mną:


– Ej, dokąd idziesz? Co ty robisz?!!!


Wiedział przecież, że tego chcę. Wystarczyło powiedzieć: „Nie na twarz, wolę połknąć” – i może dałoby się to załatwić. Ale zwyciężył we mnie zwierzęcy strach. Strach przed utratą: utratą tej imprezy, lęk, że za moment on po prostu zakończy całą moją dopiero rozkręcającą się noc. Fatalnie to rozegrałem, do dziś nie mogę tego przeżyć. Miałbym do swojej kolekcji tak cudowne wspomnienie, przeżycie, a zostałem z wyrzutem, pretensją do siebie o tego pięknego geja z pancerką, męskiego, o gęstych blond włosach.


Czerwone Marlboro w twardym kartoniku


Bywali w Hah też wyjątkowo piękni mężczyźni, którzy mieli dziewczynę, ale szukali frajerów – gejów gotowych im postawić kilka kolejek piwa i kupić czerwone Marlboro w tekturowym opakowaniu. Pamiętam jednego. Arogancki typ. Oczywiście znowu blondyn. Zauważył, że nie mogę przestać się na niego patrzeć. Zaczął mnie sprawdzać:


– Podobam ci się? A zejdziesz niżej po tych metalowych schodach i kupisz mi czerwone Marlboro w twardym kartoniku?


Było widać jego dziecięcą radość, kiedy mu je przyniosłem – razem z drinkiem, o który nie prosił. Jak grzeczny piesek. Był przekonany, że dorwał właśnie frajera, który zakochał się w nim i teraz pozwoli mu na wszystko. A ja przecież znałem pięć jego ruchów do przodu i miałem określone granice. On myślał, że bawi się mną, a to ja bawiłem się nim – albo przynajmniej każdemu z nas zdawało się, że to on trzyma drugiego za mordę. Jego celem było naciągnąć mnie na kasę. Moim: przekupić go kasą, by pozwolił mi na zbliżenie, na to, by mnie użył oralnie gdzieś w toalecie albo darkroomie.


Dla niego to było upodlenie drugiego faceta – potraktowanie go jak szmaty. Dla mnie: moment, w którym on zachowywał się jak drugi gej. Bo przekraczał granicę. Pozwalał drugiemu samcowi pieścić językiem intymną część swojego ciała.


Każdy z czegoś rezygnował. Ja byłem faktycznie wypłukany z części kasy. On natomiast budził się nad ranem ze mną w hotelowym łóżku i już nie pamiętał, jak był lizany i pieszczony po całym ciele przez drugiego faceta. Albo nie chciał o tym pamiętać. Wszystko ukryte w ciemności nocy.


Ja wracałem do kochającego mnie partnera, który wybaczał mi te nocne, pijackie przygody i kupował mi kolejne koszulki z Zalando. A młody heteryk wracał do dyskoteki dla gejów, szukać nowego faceta, którego znów naciągnie – najpierw na czerwone Marlboro w twardym kartoniku.


Ekstaza


Żyłem pełnią życia. Byłem studentem drugiego roku licencjatu i jako trzydziestolatek o mordzie dwudziestolatka przeżywałem najlepszy czas w swoim życiu. Życiu bezczelnego smarkacza wożonego luksusowym autem od klubu do klubu, od drinka do drinka, machającego złotą kartą jak wariat.


Wracałem nad ranem do mieszkania. Piotrek spał. Na krześle wisiała kolejna koszulka z metką. Kładłem się i już myślałem o kolejnej nocy w Hah.


Byłem skrajnie napalony na życie. Miałem wszystko, czego chciałem. I nic nie było dla mnie niemożliwe – cokolwiek chciałem uczynić.


czwartek, 11 czerwca 2026

Intruzja


1. Działamy coś?

Po parku krążył młody chłopak na rowerze. Zatrzymywał się przy ławkach, wskakiwał na siedzisko i siadał na oparciu, rozglądał się i ruszał dalej. Obserwowałem go z daleka. Ciemne włosy, jasna karnacja, ostre rysy twarzy, wydatny, męski nos. Zauważył mnie, przejechał obok ze dwa razy. Za trzecim zapytał prosto z mostu:

– Działamy coś?

Padało. Poszliśmy na Wolne Tory. Stanęliśmy pod cieknącym dachem zaśmieconej altanki. Całował się ze mną namiętnie, lizał moje uszy i szyję, brał mi w usta. Odwzajemniałem jego pieszczoty. Zlizywałem mu z czoła krople deszczu. Ujmował mnie ciepłem ciała i młodzieńczym uśmiechem, który nie schodził mu z twarzy.

Po wszystkim wysłał mi głuchacza. Zapisałem go – Kamil. Obiecałem, że się odezwę. Przechwalałem się, że mam do dyspozycji fajne lokum w samym centrum, bo Piotrek – mój Anioł Stróż – na co dzień pracuje w Skandynawii.

Wróciłem do rodziców i pieska na osiedle. Wieczorem napisałem do Kamila. Odpowiedział głuchaczem. Po jakimś czasie przyszła wiadomość z bramki „Nie mam jak pisać”. Doładowałem mu telefon z Inteligo. Nie był pierwszym lujem, któremu zasilałem konto.


2. Azyl nad ratuszem


To mieszkanie było moim skarbem, schronieniem, azylem, gdzie udawałem się często w nocy. Szedłem tam z przystanku Polonez przez wzgórze dwóch kościołów – przewodniki piszą o nim „malownicze jak Toskania”. Z balkonu naszej kamienicy roztaczał się widok na renesansowy ratusz miejski.

Zazdrosne parkowe cioty, które nie miały własnego lokum, nazywały dom Piotrka pogardliwie moją garsonierą, a te najbardziej złośliwe – meliną lub wręcz gemelą. Pisałem o tym miejscu wiersze, biegałem z każdym awizo na pocztę, raz interweniowałem w sprawie gołębia uwięzionego za kratą, która pewnego dnia po prostu wyrosła na klatce przed wejściem na strych.


3. Drzwi


Kamil przyjechał na swoim rowerku. Ustawił go pod balkonowym oknem. Zdziwiło mnie, że od razu zaczął bardzo dokładnie oglądać każde drzwi. O wejściowych mówił, że ten zamek da się otworzyć w trzy sekundy. O drzwiach do salonu: są tak stare, że same puszczą pod najmniejszym naciskiem.

Nie zapytałem, skąd to wie. Zaprosiłem go do środka.

Powiedziałem, że właściwie tu nie mieszkam – za dnia sypiam u rodziców na blokowisku i mam wtedy wyłączony telefon.

Usiedliśmy przy dębowym stole. Odpaliłem YT, moje ulubione kawałki – polskie, przedwojenne. Otworzyłem piwo. Kamil nie przepadał za alkoholem, wypił symbolicznie. Kochaliśmy się.


4. Poranek


Nad ranem Kamil ociągał się, chcąc jak najdłużej pozostać w mieszkaniu. Nagabywał mnie, byśmy poczekali do wieczora. Przypomniałem mu, że nie przebywam w tym miejscu za dnia, tylko wracam do rodziców na osiedle, więc musi już wyjść. Gdy wyraźnie odmówił, nie pozostawił mi wyboru. Złapałem tego 60-kilogramowego kocura za kołnierz, zaprowadziłem – łapiącego się za framugi – do wyjścia i wypchnąłem za drzwi. Następnie wyniosłem na klatkę jego rower i plecak.

Przekręciłem klucz. Stałem w przedpokoju. Nie odwracałem głowy. Policzki i uszy mnie piekły.

Po latach Kamil powiedział, że zaimponował mu ten mój zdecydowany ruch. A to, że musiał mi ulec, sprawiło mu przyjemność.


5. Wtargnięcie


Przebudziłem się o trzeciej nad ranem w moim pokoiku u rodziców. Włączyłem telefon. Jedno nieodebrane połączenie. Od Kamila.

Wybrałem numer. „Abonent poza zasięgiem”.

Zadzwoniłem jeszcze raz. To samo. Zerwałem się z łóżka, ubrałem, wyszedłem szybko z bloku i czekałem pod wiatą na 235.

Wbiegałem po schodach naszej kamienicy. Na półpiętrach zatrzymywałem się, wybierałem jego numer. Brak sygnału.

Drzwi do mieszkania były otwarte.

W kuchni szuflada wysunięta. Na blacie śrubokręt, którego tam nie zostawiłem.

Drzwi do salonu – wyłamany zamek leżał na podłodze. Metalowe elementy.

Szafki pootwierane. Nie było aparatu cyfrowego Sony, odtwarzacza DVD, kolekcji płyt CD, starej Nokii Piotrka, zegarków i drobnej elektroniki.

Wybrałem numer do Sztokholmu.

– Piotrek, okradli nas! – płakałem w histerii. Opowiadałem szybko, chaotycznie.

– Jak to, co ty mówisz? A co dokładnie zginęło? To trzeba koniecznie pójść na policję!

– Dobrze – rozłączyłem się.

Zadzwoniłem jeszcze raz.

– Muszę Cię o coś prosić… Nie zgłaszajmy tego. Nie dam rady zeznawać na policji. To dla mnie za dużo. Czy możemy tego nie zgłaszać? Bardzo proszę.

Piotrek, z miłością i troską, uspokajał mnie:

– Dobrze. To tylko rzeczy. Twoje zdrowie jest najważniejsze.


6. Dworzec


Napisałem SMS-a do Kamila: „Zrobiłeś mi wielką krzywdę. Oddaj, co zabrałeś. Odpisz.” W serii wiadomości opisałem mu sytuację najprostszym językiem. Wyjaśniłem, że nie boli mnie utrata przedmiotów, ale to, jak odpłacił mi za gościnność. A najbardziej bolało mnie, że przez tę głupotę straciliśmy szansę na dalszą relację. Przekonywałem go, że nie zamierzam iść na policję, a jego zachłanność była bez sensu, bo spotykając się ze mną regularnie, z czasem wzbogaciłby się o wiele bardziej.

Nie było odpowiedzi, ale gdy dzwoniłem, sygnał zmienił się na ciągły. Napisałem, że będę czekał na niego o północy na Zachodnim.

Nocą błąkałem się po pustym dworcu. Dykta zasłaniała wejście do holu głównego, w kawiarence internetowej nie było żadnych fajnych lujów. W obskurnym tunelu unosił się zapach zapiekanek z mikrofali i tanich perfum. Oglądałem gazety w kiosku na Zachodnim. Pisemka Bubla „Poznaj Żyda” w małym formacie, częściowo zasłonięte przez krzyżówki. Magazyny komputerowe z płytkami, wielki baner „Faktu” z wrakiem TU-154M na okładce. Kiedyś można tu było dostać „Adama” czy „Nowego Mena”, teraz ludzie siedzieli w necie i ciągnęli torrenty za free.

Ktoś postukał mnie po ramieniu. On. Ubrany w ten swój czarny, ochroniarski uniform. Miał poważną minę. Przepraszał i dziękował, że nie zgłosiłem sprawy. Na ławce na tyłach dworca opowiedział wszystko ze szczegółami, jakby miał potrzebę oczyszczenia się. Zrobił to nocą, w kominiarce i rękawiczkach, panicznie obawiając się, że we współdzielonym przedpokoju spotka sąsiadkę. Teraz wyjął z plecaka część elektroniki, w tym cenny aparat cyfrowy w srebrnej obudowie, którym zrobiliśmy z Piotrkiem tyle wyjątkowych zdjęć w Pradze. Większość cięższego sprzętu zdążył już upchnąć w komisach, ale to, co mógł, oddał.

Nie myślałem o nim. Myślałem o sobie. O tym, że sam mu pokazałem, jak łatwo wejść do mojego lokum. O tym, że sam mu powiedziałem: w dzień mnie nie ma. I że po prostu patrzyłem jak cielę na rower z pustym bagażnikiem. Ten do którego później zapakował wszystkie fanty.

Pomyślałem, że powinienem żałować.

Nie żałowałem.


7. Kamil


Kamil miał gęste brwi i typowo lujowate spojrzenie. Wyglądał jak heteryk. Było w nim jednak też coś chłopięcego – w niemal dziecinnym uśmiechu i wiecznym, upartym optymizmie.

– Czym ja miałbym się niby przejmować? – mawiał – Ręce mam, nogi mam, na wózku nie jeżdżę.

Potrafił bezinteresownie pomagać innym – jak starszemu panu, którego skutecznie reanimował na przystanku. Mówiło o tym nawet Radio Merkury. Ubierał się nietypowo: w strój ochroniarski – spodnie od jakiegoś czarnego munduru i koszulkę z napisem „ochrona”. Dzięki temu nie musiał się przebierać. Pochodził z miasteczka leżącego w pobliżu granicy z obwodem kaliningradzkim, ale tutaj zadomowił się na dobre. Operował miejską gwarą i środowiskowym kodem lepiej niż wielu miejscowych.


8. Rytuały


Przychodził do mnie coraz częściej. Kąpał się jak każdy luj i jak wszyscy otrzymywał bieliznę i skarpetki. Wyspecjalizowałem się w dostarczaniu lujom ciepłej kąpieli, bielizny i koszulek. Weszły w zakres moich obowiązków. Dla Kamila miałem akurat całą paczkę szwedzkich koszulek firmowych mojego faceta. Zużył wszystkie. Nie wiem, dokąd chodził, kiedy znikał mi z oczu. Dla mnie własne łóżko, dom, rodzice, kochający partner były jak oddychanie.

Nasłuchałem się o jego przeszłości. Poznałem historie poprawczaków, tajemnice tzw. małolatki w Garwolinie, gdzie kiedyś go zapuszkowali. Inaczej niż w więzieniach, stosunki między chłopakami były tam normalnym regulatorem zachowań społecznych – ustalania hierarchii, kontroli, kary, zaspokajania fizjologicznej potrzeby. Trochę podobnie było na oddziałach psychiatrycznych, gdzie garował, kiedy policja zgarniała go z ulicy za włóczęgostwo.

Naszymi spotkaniami rządził schemat. Po dwóch Dębowych Mocnych, zaczynałem wydawać z siebie głośne pijackie monosylaby. Kamil wtedy natychmiast zakuwał mnie w kajdanki i pytał:

– Będziesz spokojny?

– Tak, Panie – odpowiadałem, wpatrując się w niego rozwartymi oczami.

Nie uwalniał mnie, tylko patrzył, upajając się władzą.

Jolka, nasza wspólna znajoma z parku (długowłosy typek, podający się za dziewczynę, aby wabić heteryków), też opowiadała mi kiedyś, że zakuwał ją w kajdanki i brał od tyłu.


9. Tradycyjnie


Nad ranem wciąż byłem nietrzeźwy. Okna pozostawały zasłonięte kocami, w pokoiku panował półmrok. Miałem na chacie luja. Warunki idealne, by korzystać z uroków życia. Siadałem przed komputerem, włączałem playlistę na YT i otwierałem kolejne piwa. Budziłem Kamila i prosiłem, by mi to zrobił.

– Dobrze – mówił – Tradycyjnie.

Odtwarzaliśmy nasz rytuał. Ustawiałem się przed starą komodą, twarzą do ściany, łokcie na blacie. Spodnie opuszczone do kostek. Kamil był tuż za mną. Powoli poruszał biodrami.

To uczucie bycia użytym i zużytym przez ładnego chłopaka było warte każdej ceny, jaką płaciłem.


10. „Myślałem, że będzie gorzej”


Pewnej nocy kolejnego lata ja i Kamil gadaliśmy z Sylwkiem. Wtedy zapytałem Kamila o tamte nasze spotkania w kamienicy – o to, jak mu ze mną było.

Odpowiedź przyszła po dłuższej chwili:

– Wiesz co. Myślałem, że będzie gorzej.

Zastygłem w bezruchu. Zmienili temat. Nawet nie usłyszałem, o co pytał mnie Sylwek, tylko patrzyłem w powietrze. Kamil machnął ręką:

– On ma teraz zawiechę.

Pomyślałem: mój wiek. Kamil lubił młodych. A ja byłem już trzydziestką. Na naszym pierwszym spotkaniu wziął mnie za małolata. Później przyjrzał mi się uważniej i stracił ochotę.

Raczej nie czuł do mnie wstrętu. Ale już dawno temu wypadłem poza jego widełki. Po prostu.

W parku robił to ustami 65 i 70 latkom. Za 20 złotych. Sami mi opowiadali.


11. 1939


Pamiętam, jak schodziliśmy z Kamilem z kościelnego wzgórza na Cytadelę. Mijaliśmy właśnie monumentalny pomnik. Była tam wielkimi literami zapisana data 1939. Kamil zapytał, co oznacza.

Powiedziałem, że żartuje. Odpowiedział, że nie żartuje i że „z historii to jest słaby”. Wyjaśniłem. Powtórzył, że z historii jest słaby.

Powiedziałem, że nie ma sprawy. No bo nie było.


12. Blizny


Mam w swojej kolekcji zdjęć z Yari jedno: Kamil na fotelu w pokoiku w kamienicy. Za plecami piec kaflowy. Patrzy w obiektyw z poważną miną i pewnością siebie jak luj. Niedobrze, bo jego młodość uderzała, kiedy się uśmiechał – zdradzał ją wtedy łobuzerski błysk w oku. Na zdjęciu włosy ścięte bardzo krótko. Im krócej się strzygł, tym wyraźniej pokazywały się blizny. Miał ich kilkanaście. Na głowie, ramionach, piersiach, plecach, nogach – wszędzie ślady po urazach. Cała historia życia pełnego niebezpiecznych, chaotycznych przygód wyryta na ciele.

Pomyślałem o tych wszystkich lujach, którzy przychodzili do mnie w czasach, kiedy eksperymentowałem z alkoholem. W tym okresie drzwi mojej „garsoniery” niemal się nie zamykały. Nie opowiadałem Piotrkowi tych historii. Milczenie puchło we mnie. Nosiłem je w sobie jak ciężar, jak olbrzymi guz.

Któregoś dnia nie wytrzymałem. Zaczęły się ze mnie wylewać słowa:


– Gdyby ściany w naszej kamienicy umiały mówić, dawno by się zawaliły ze wstydu. Albo ze śmiechu. Nie wiem, co byłoby gorsze.



piątek, 5 czerwca 2026

Xellos

Kiedyś na starym blogu Cwelik zamieściłem o nim długi wpis. Ktoś nazwał go love-story. To nie była miłość. To było klasyczne zauroczenie — najjaśniejszy płomień, który wypala się najszybciej, jak mawiają Anglosasi.

Poznałem go w 2008 roku na gejowskim forum. Nick Xellos. Napisał do mnie PW. Zaraz potem wysłał mi maila i zdjęcia na o2 — dziewiętnastolatek z Krakowa — inteligentny, elokwentny, cholernie ładny. Pisał długie, egzaltowane wypowiedzi o Mareczku — koledze z klasy, z którym chciał zaliczyć swój pierwszy raz. A jeśli nie z nim, to z innym rówieśnikiem lub nieco młodszym.

Przenieśliśmy się na GG. Okno rozmowy nie znikało z ekranu. Pisał niemal bez przerwy. Przeżywał etap myślenia magicznego. Wróżki, moc afirmacji i modlitwy, wyjazdy do szeptuchy na Podlasie. W pewnym momencie uznał, że jeśli on spełni moje marzenie, to wszechświat spełni jego. Moje marzenie było banalne - chciałem zwyczajnie całować stopy nastolatka.

Poleciałem z Belgii do Wrocławia, skąd tłukłem się dalej pociągami do Krakowa. Podróż zajęła cały dzień.

Gdy wszedł do hotelu, byłem poruszony — wyglądał jeszcze młodziej niż na zdjęciach. Włosy z pasemkami blond, staranny ubiór, szczeniacki uśmiech. Szykował się na to wyjście ponad godzinę, ale zachowywał po męsku, nonszalancko, miał niski głos. Przyniósł słodki owocowy likier. Kilka łyków i przyszedł upragniony luz.

Spełnił moje marzenie. Całowałem jego duże stopy. To był mój sposób na bezpieczne zbliżenie się do chłopaka, przy którym byłem nieśmiały. Mogłem czuć smak i zapach tej zakrytej, intymnej części ciała, zachowując dystans i ograniczoną interakcję.

Z Xellosem alkohol również zrobił swoje — przyciągnął mnie do siebie i zaczął całować gwałtownie, na wiele sposobów. Nie dziwiło mnie to — nastolatki rozpoczynają eksperymenty z cielesnością od pocałunków, więc robił to, co najlepiej potrafił. W miarę ubywania zawartości butelki nakłonił mnie do pieszczoty ustami. Trwało to długo, bez wyraźnego końca. Bolała mnie żuchwa. Później w środku nocy wyciągnął mnie jeszcze na spacer po mroźnym Krakowie. 

Zostało mi kilka fot z tamtego spaceru na dysku. Zrobione moim czerwonym Yari, który niejedno widział, zarejestrował niejednego luja śpiącego u mnie w kamienicy. Od niedawna pracuję nad  odświeżeniem mojej kolekcji.

Przez kolejne miesiące poświęcałem Xellosowi masę czasu. Godziny rozmów na gadulcu do siódmej rano — mama wychodziła do pracy, a ja wciąż wisiałem w sieci. Całymi dniami przesiadywałem w T-shircie i spodniach od piżamy przed CRT, a on trajkotał o swoim życiu. Zaniedbałem dla niego własne obowiązki, których i tak miałem niewiele.

Spotkaliśmy się jeszcze raz, w hotelu nad posterunkiem policji, gdzie kręcono „W11”. Z telewizora płynęła nuta z przypałowym głosem wokalisty grupy Feel. Xellos siedział w balkonowym oknie, odpalając jednego papierosa od drugiego, sączył piwo. W pewnym momencie odwrócił się i zaproponował, byśmy poszli na całość i bym to ja był pasywny.

Odmówiłem. Tak naprawdę pragnąłem tego, ale przecież od miesięcy powtarzał, że planuje zaliczyć swój pierwszy raz z Mareczkiem albo kimś podobnym.

Teraz siedział rozluźniony w oknie i dyktował swoje warunki.

Długo wierzyłem, że postąpiłem słusznie. Z czasem zacząłem jednak podejrzewać, że wziął moją postawę za słabość i zwyczajnie mną gardził. Kiedy pewnego razu na gadulcu wspomniałem mu o moim poświęceniu, przemilczał to. Pomyślałem, że jak większość z nas i tak zaliczył swój pierwszy raz z kimś przypadkowym, z byle kim w Coconie — najpopularniejszym wtedy gejowskim klubie w Kraku.

Ta historia skończyła się równie banalnie, jak zaczęła. Kilka kłótni o byle co, a potem tylko: To nara, piesku admina.

Długie miesiące intensywnego kontaktu i ta jedna, ostatnia linijka tekstu w okienku na GG. Z emotem uśmiechniętej buźki.

Był inteligentny, wygadany, zabawny. Ale nieustanna troska o wygląd i powtarzanie, że jego młodość nigdy się nie skończy, zostawiły mi obraz kogoś, kto bardzo pilnuje swojej fasady.

Zbyt późno zrozumiałem, ile miesięcy życia, uwagi i energii spaliłem na internetowe fantazje. Na złudzenie stworzone przez kilka pięknych zdjęć i młody wiek chłopaka, którego tak naprawdę wcale nie znałem. Na stawianie sobie absurdalnie wysokich wymagań etycznych wobec kogoś, kto i tak miał to wszystko w dupie.

W końcu wróciłem tam, gdzie życie jest brutalne, ale przynajmniej czytelne — do parku. Tam reguły były proste i surowe. Nikt nie tracił miesięcy na pierdolenie w chuj.

Bo prawdziwe życie nie toczy się w Internecie. Ono w nim umiera.






środa, 3 czerwca 2026

Rysiu


To był Sylwester 2010 r..

Kamienica, ostatnie piętro. U Piotrka w mieszkaniu jak zwykle pachniało luksusem z bezcłowych sklepów – w łazience stały drogie flakony, w pokojach paliły się dziesiątki zapachowych świeczek i mrugały te jego zabawne, designerskie lampki i ozdoby. W kącie stała sztuczna choinka z Reykjaviku.

O północy wyszliśmy na balkon. Pod bramą wyrostki odpalały fajerwerki i petardy. Nad dachami Starego Miasta wisiała gęsta, purpurowa łuna dymu, a w mroźnym powietrzu unosił się ostry zapach spalenizny. Piliśmy absynt, który Piotrek przywiózł ze swojej podróży do Popradu. Zielony, gęsty, obłędny – miał siedemdziesiąt procent. Wchodził doskonale, natychmiast rozgrzewając od środka. Tuliliśmy się. Między nami od dziesięciu lat była czysta czułość i miłość. Piotrek znał mnie na wylot. Wiedział, że z natury jestem kurwiszonem. Pamiętam, jak kiedyś podczas ulewy w parku, zmarznięty na nieczynnym przystanku, pisałem do niego w histerii: „przyjedź ratować”, a on natychmiast zjawił się naszym czarnym autem. Bez wyrzutów. Uśmiechnięty.

W Nowy Rok, pod wpływem absyntu, w mojej głowie znowu lęgły się kosmate myśli – parkowa obsesja, ciekawość otoczenia, zwierzęce oczekiwanie na nagrodę.

Była może druga w nocy. Za oknem prószył śnieg, ulice były od kilku godzin całkowicie białe. Poczułem, że muszę wyjść. Wiedziałem, że w parku odjebie się jakaś akcja, że zwalą się tam luje wracający z imprez. Urwałem się wcześnie.

Szorowałem przez miasto sprężystym krokiem. Przez Plac Wolności, Święty Marcin, a potem w lewo tą małą, ukrytą w bramie uliczką niemal prosto do parku. Śnieg sypał mi w twarz, ale po absyncie było mi gorąco. Przeciąłem wybrukowaną starą kostką ulicę, dzielącą park na pól, i zatrzymałem się przy pomniku Słowackiego. Pusto. Biało. Żywej duszy.

Ruszyłem w stronę przystanków autobusowych. I wtedy, od strony ulicy, zobaczyłem jego.

Wchodził do parku charakterystycznym, lekko podskakującym krokiem. Wysoki, energiczny chłopak bez czapki, w kurtce, z dłońmi schowanymi głęboko w rękawach, jakby nie nosił rękawiczek. Wpadliśmy na siebie od razu. Spojrzeliśmy sobie w oczy i obaj wiedzieliśmy, po co tu jesteśmy.

– Coś się w środku teges? – zagadał dla pewności.

– Ja jestem – wypaliłem prosto z mostu, bezczelnie, bez cienia uśmiechu.

Miał najwyżej dwadzieścia dwa lata. Szczupły, o nieco ciemniejszej karnacji, z włosami w kolorze ciemnego blondu. Śnieg osiadał mu na brwiach i słodko przyprószał czuprynę. Przedstawił się jako Rysiu – imię pasowało bardziej do naszych ojców niż do tego młodzika, co w sumie było urokliwe. Powiedziałem, że jestem trochę pijany. On, że ma tak samo.

Ruszyliśmy tam, gdzie chodziło się w tamtych latach. Na Wolne Tory.

To było wielkie składowisko wycofanych z użytku, zardzewiałych wagonów, ale na bocznych torach stały też składy przygotowane na poranny wyjazd. Szybko znaleźliśmy taki pociąg – czysty osobowy piętrus. Weszliśmy do środka, na piętro. Nie było tam światła ani ogrzewania, ale mnie było ciepło. Ściągnąłem czapkę, zgrzany szybkim marszem. Przez okna wpadała odległa łuna miejskich świateł i poświata od strony dworca.



W pewnym momencie zamarliśmy. Na dole szła jakaś roześmiana, hałaśliwa grupa. Rysiu spojrzał przez szybę, skwitował krótko:

– To nie SOP. To penery.

Rzeczywiście, wokół starych składów kręcili się bezdomni. My jednak siedzieliśmy w bezpiecznym, czystym przedziale. 

Gdy kroki na dole ucichły zaczęliśmy się dotykać. Klęknąłem przed nim i wziąłem go w usta. Rysiu westchnął głęboko, odchylił głowę i oddał się tej pieszczocie całkowicie.

Ale tej nocy to nie wystarczyło żadnemu z nas. Wstałem, odwróciłem go tyłem do siebie. Impuls napędzany absyntem i tą dziką pewnością siebie, której nauczyłem się od mojego pierwszego luja z piwnicy – Radka – był bardzo silny. Tamtej nocy w moim bloku piwo pokazało mi, że potrafię przejąć inicjatywę, być zdecydowany i męski. Ta lekcja została we mnie na dobre.

Stanąłem za nim. Zsunąłem mu spodnie. Rysiu nie protestował – stał posłusznie, biernie, jakby właśnie oczekiwał ode mnie tego przejęcia kontroli. Oparł się rękami o siedzenie.

Brałem go, trzymając mocno za biodra. Czułem, jak drży, ale całkowicie mi się poddaje. Wszystko działo się szybko, w rytmie przyspieszonych oddechów, aż do momentu, gdy moim ciałem wstrząsnęło długie doświadczenie spełnienia. 

Wtedy Rysiu nagle osłupiał.

– W środku?! – wyrwało się mu, z nagłym niedowierzaniem. – W środku?!! Nie wyjąłeś?!

Zastygłem na chwilę.

– Powinienem był? – zapytałem szczerze.

– Ty jeszcze się pytasz??? – w jego głosie strach całkowicie wyparł wcześniejsze emocje.

Nie kontynuowaliśmy tej rozmowy. Przez dłuższą chwilę staliśmy w milczeniu, słysząc jedynie własne, ciężkie oddechy. Ubraliśmy się w ciszy. Wyszliśmy z wagonu i wróciliśmy do parku, nad którym leniwie prószył śnieg.

Odprowadziłem go na przystanek. Powiedział, że jedzie na osiedle Lecha – wtedy jeszcze nie wiedziałem, że tak naprawdę jego domem jest klatka schodowa na ostatnim piętrze wieżowca. Dopiero na przystanku, pod wiatą, puściły mu nerwy. Podniósł głos:

– Jeśli ja przez ciebie będę chory! Jak w ogóle mogłeś... Jesteś nieodpowiedzialny gówniarz!

Spojrzałem mu prosto w oczy. O dziwo, czułem zaskakujący spokój, niemal obojętność. W tamtym momencie nie miałem sobie nic do zarzucenia.

– Nie zachorujesz, jestem zdrowy – odpowiedziałem stanowczo – Myślałem, że ty też tego chciałeś. Jeśli się boisz, możemy zrobić badania. Nocą na Grunwaldzkiej, ja zapłacę.

Wysłuchał mnie, a mój ton chyba go uspokoił. Podałem mu swój numer, wysłał mi głuchacza. Zapisałem: Rysiu.

Spotykaliśmy się potem jeszcze kilka razy. Był naprawdę fajnym, wartościowym chłopakiem – prostym, ale ciepłym, zabawnym, z tym swoim charakterystycznym, lekko podskakującym chodem.

Kiedy w końcu nadjechał jego autobus, odprowadziłem go wzrokiem, a sam wróciłem na dworzec, wsiadłem w nocny N35 i pojechałem do domu, do rodziców i pieska. W głowie, jak w zapętlonym wideo na YT, na zmianę wyświetlały mi się dwa skrajne obrazy: bezpieczne, pachnące luksusem i świecami mieszkanie Piotrka i ta surowa, śnieżna przygoda z Rysiem w otoczonym poświatą wagonie. Sylwester 2010.

Rybcia

  Moja ukochana kamienica: wysokie sufity, przestrzeń, piece kaflowe. W rogu stare pianino, na nim świeczki, które zapaliłem na jego przyja...