18+ • Surowe i intymne treści
Ten blog zawiera szczere i bardzo bezpośrednie historie. Prosimy o dyskrecję. Osoby poniżej 18 lat prosimy o opuszczenie strony.

czwartek, 11 czerwca 2026

Intruzja


1. Działamy coś?

Po parku krążył młody chłopak na rowerze. Zatrzymywał się przy ławkach, wskakiwał na siedzisko i siadał na oparciu, rozglądał się i ruszał dalej. Obserwowałem go z daleka. Ciemne włosy, jasna karnacja, ostre rysy twarzy, wydatny, męski nos. Zauważył mnie, przejechał obok ze dwa razy. Za trzecim zapytał prosto z mostu:

– Działamy coś?

Padało. Poszliśmy na Wolne Tory. Stanęliśmy pod cieknącym dachem zaśmieconej altanki. Całował się ze mną namiętnie, lizał moje uszy i szyję, brał mi w usta. Odwzajemniałem jego pieszczoty. Zlizywałem mu z czoła krople deszczu. Ujmował mnie ciepłem ciała i młodzieńczym uśmiechem, który nie schodził mu z twarzy.

Po wszystkim wysłał mi głuchacza. Zapisałem go – Kamil. Obiecałem, że się odezwę. Przechwalałem się, że mam do dyspozycji fajne lokum w samym centrum, bo Piotrek – mój Anioł Stróż – na co dzień pracuje w Skandynawii.

Wróciłem do rodziców i pieska na osiedle. Wieczorem napisałem do Kamila. Odpowiedział głuchaczem. Po jakimś czasie przyszła wiadomość z bramki „Nie mam jak pisać”. Doładowałem mu telefon z Inteligo. Nie był pierwszym lujem, któremu zasilałem konto.


2. Azyl nad ratuszem


To mieszkanie było moim skarbem, schronieniem, azylem, gdzie udawałem się często w nocy. Szedłem tam z przystanku Polonez przez wzgórze dwóch kościołów – przewodniki piszą o nim „malownicze jak Toskania”. Z balkonu naszej kamienicy roztaczał się widok na renesansowy ratusz miejski.

Zazdrosne parkowe cioty, które nie miały własnego lokum, nazywały dom Piotrka pogardliwie moją garsonierą, a te najbardziej złośliwe – meliną lub wręcz gemelą. Pisałem o tym miejscu wiersze, biegałem z każdym awizo na pocztę, raz interweniowałem w sprawie gołębia uwięzionego za kratą, która pewnego dnia po prostu wyrosła na klatce przed wejściem na strych.


3. Drzwi


Kamil przyjechał na swoim rowerku. Ustawił go pod balkonowym oknem. Zdziwiło mnie, że od razu zaczął bardzo dokładnie oglądać każde drzwi. O wejściowych mówił, że ten zamek da się otworzyć w trzy sekundy. O drzwiach do salonu: są tak stare, że same puszczą pod najmniejszym naciskiem.

Nie zapytałem, skąd to wie. Zaprosiłem go do środka.

Powiedziałem, że właściwie tu nie mieszkam – za dnia sypiam u rodziców na blokowisku i mam wtedy wyłączony telefon.

Usiedliśmy przy dębowym stole. Odpaliłem YT, moje ulubione kawałki – polskie, przedwojenne. Otworzyłem piwo. Kamil nie przepadał za alkoholem, wypił symbolicznie. Kochaliśmy się.


4. Poranek


Nad ranem Kamil ociągał się, chcąc jak najdłużej pozostać w mieszkaniu. Nagabywał mnie, byśmy poczekali do wieczora. Przypomniałem mu, że nie przebywam w tym miejscu za dnia, tylko wracam do rodziców na osiedle, więc musi już wyjść. Gdy wyraźnie odmówił, nie pozostawił mi wyboru. Złapałem tego 60-kilogramowego kocura za kołnierz, zaprowadziłem – łapiącego się za framugi – do wyjścia i wypchnąłem za drzwi. Następnie wyniosłem na klatkę jego rower i plecak.

Przekręciłem klucz. Stałem w przedpokoju. Nie odwracałem głowy. Policzki i uszy mnie piekły.

Po latach Kamil powiedział, że zaimponował mu ten mój zdecydowany ruch. A to, że musiał mi ulec, sprawiło mu przyjemność.


5. Wtargnięcie


Przebudziłem się o trzeciej nad ranem w moim pokoiku u rodziców. Włączyłem telefon. Jedno nieodebrane połączenie. Od Kamila.

Wybrałem numer. „Abonent poza zasięgiem”.

Zadzwoniłem jeszcze raz. To samo. Zerwałem się z łóżka, ubrałem, wyszedłem szybko z bloku i czekałem pod wiatą na 235.

Wbiegałem po schodach naszej kamienicy. Na półpiętrach zatrzymywałem się, wybierałem jego numer. Brak sygnału.

Drzwi do mieszkania były otwarte.

W kuchni szuflada wysunięta. Na blacie śrubokręt, którego tam nie zostawiłem.

Drzwi do salonu – wyłamany zamek leżał na podłodze. Metalowe elementy.

Szafki pootwierane. Nie było aparatu cyfrowego Sony, odtwarzacza DVD, kolekcji płyt CD, starej Nokii Piotrka, zegarków i drobnej elektroniki.

Wybrałem numer do Sztokholmu.

– Piotrek, okradli nas! – płakałem w histerii. Opowiadałem szybko, chaotycznie.

– Jak to, co ty mówisz? A co dokładnie zginęło? To trzeba koniecznie pójść na policję!

– Dobrze – rozłączyłem się.

Zadzwoniłem jeszcze raz.

– Muszę Cię o coś prosić… Nie zgłaszajmy tego. Nie dam rady zeznawać na policji. To dla mnie za dużo. Czy możemy tego nie zgłaszać? Bardzo proszę.

Piotrek, z miłością i troską, uspokajał mnie:

– Dobrze. To tylko rzeczy. Twoje zdrowie jest najważniejsze.


6. Dworzec


Napisałem SMS-a do Kamila: „Zrobiłeś mi wielką krzywdę. Oddaj, co zabrałeś. Odpisz.” W serii wiadomości opisałem mu sytuację najprostszym językiem. Wyjaśniłem, że nie boli mnie utrata przedmiotów, ale to, jak odpłacił mi za gościnność. A najbardziej bolało mnie, że przez tę głupotę straciliśmy szansę na dalszą relację. Przekonywałem go, że nie zamierzam iść na policję, a jego zachłanność była bez sensu, bo spotykając się ze mną regularnie, z czasem wzbogaciłby się o wiele bardziej.

Nie było odpowiedzi, ale gdy dzwoniłem, sygnał zmienił się na ciągły. Napisałem, że będę czekał na niego o północy na Zachodnim.

Nocą błąkałem się po pustym dworcu. Dykta zasłaniała wejście do holu głównego, w kawiarence internetowej nie było żadnych fajnych lujów. W obskurnym tunelu unosił się zapach zapiekanek z mikrofali i tanich perfum. Oglądałem gazety w kiosku na Zachodnim. Pisemka Bubla „Poznaj Żyda” w małym formacie, częściowo zasłonięte przez krzyżówki. Magazyny komputerowe z płytkami, wielki baner „Faktu” z wrakiem TU-154M na okładce. Kiedyś można tu było dostać „Adama” czy „Nowego Mena”, teraz ludzie siedzieli w necie i ciągnęli torrenty za free.

Ktoś postukał mnie po ramieniu. On. Ubrany w ten swój czarny, ochroniarski uniform. Miał poważną minę. Przepraszał i dziękował, że nie zgłosiłem sprawy. Na ławce na tyłach dworca opowiedział wszystko ze szczegółami, jakby miał potrzebę oczyszczenia się. Zrobił to nocą, w kominiarce i rękawiczkach, panicznie obawiając się, że we współdzielonym przedpokoju spotka sąsiadkę. Teraz wyjął z plecaka część elektroniki, w tym cenny aparat cyfrowy w srebrnej obudowie, którym zrobiliśmy z Piotrkiem tyle wyjątkowych zdjęć w Pradze. Większość cięższego sprzętu zdążył już upchnąć w komisach, ale to, co mógł, oddał.

Nie myślałem o nim. Myślałem o sobie. O tym, że sam mu pokazałem, jak łatwo wejść do mojego lokum. O tym, że sam mu powiedziałem: w dzień mnie nie ma. I że po prostu patrzyłem jak cielę na rower z pustym bagażnikiem. Ten do którego później zapakował wszystkie fanty.

Pomyślałem, że powinienem żałować.

Nie żałowałem.


7. Kamil


Kamil miał gęste brwi i typowo lujowate spojrzenie. Wyglądał jak heteryk. Było w nim jednak też coś chłopięcego – w niemal dziecinnym uśmiechu i wiecznym, upartym optymizmie.

– Czym ja miałbym się niby przejmować? – mawiał – Ręce mam, nogi mam, na wózku nie jeżdżę.

Potrafił bezinteresownie pomagać innym – jak starszemu panu, którego skutecznie reanimował na przystanku. Mówiło o tym nawet Radio Merkury. Ubierał się nietypowo: w strój ochroniarski – spodnie od jakiegoś czarnego munduru i koszulkę z napisem „ochrona”. Dzięki temu nie musiał się przebierać. Pochodził z miasteczka leżącego w pobliżu granicy z obwodem kaliningradzkim, ale tutaj zadomowił się na dobre. Operował miejską gwarą i środowiskowym kodem lepiej niż wielu miejscowych.


8. Rytuały


Przychodził do mnie coraz częściej. Kąpał się jak każdy luj i jak wszyscy otrzymywał bieliznę i skarpetki. Wyspecjalizowałem się w dostarczaniu lujom ciepłej kąpieli, bielizny i koszulek. Weszły w zakres moich obowiązków. Dla Kamila miałem akurat całą paczkę szwedzkich koszulek firmowych mojego faceta. Zużył wszystkie. Nie wiem, dokąd chodził, kiedy znikał mi z oczu. Dla mnie własne łóżko, dom, rodzice, kochający partner były jak oddychanie.

Nasłuchałem się o jego przeszłości. Poznałem historie poprawczaków, tajemnice tzw. małolatki w Garwolinie, gdzie kiedyś go zapuszkowali. Inaczej niż w więzieniach, stosunki między chłopakami były tam normalnym regulatorem zachowań społecznych – ustalania hierarchii, kontroli, kary, zaspokajania fizjologicznej potrzeby. Trochę podobnie było na oddziałach psychiatrycznych, gdzie garował, kiedy policja zgarniała go z ulicy za włóczęgostwo.

Naszymi spotkaniami rządził schemat. Po dwóch Dębowych Mocnych, zaczynałem wydawać z siebie głośne pijackie monosylaby. Kamil wtedy natychmiast zakuwał mnie w kajdanki i pytał:

– Będziesz spokojny?

– Tak, Panie – odpowiadałem, wpatrując się w niego rozwartymi oczami.

Nie uwalniał mnie, tylko patrzył, upajając się władzą.

Jolka, nasza wspólna znajoma z parku (długowłosy typek, podający się za dziewczynę, aby wabić heteryków), też opowiadała mi kiedyś, że zakuwał ją w kajdanki i brał od tyłu.


9. Tradycyjnie


Nad ranem wciąż byłem nietrzeźwy. Okna pozostawały zasłonięte kocami, w pokoiku panował półmrok. Miałem na chacie luja. Warunki idealne, by korzystać z uroków życia. Siadałem przed komputerem, włączałem playlistę na YT i otwierałem kolejne piwa. Budziłem Kamila i prosiłem, by mi to zrobił.

– Dobrze – mówił – Tradycyjnie.

Odtwarzaliśmy nasz rytuał. Ustawiałem się przed starą komodą, twarzą do ściany, łokcie na blacie. Spodnie opuszczone do kostek. Kamil był tuż za mną. Powoli poruszał biodrami.

To uczucie bycia użytym i zużytym przez ładnego chłopaka było warte każdej ceny, jaką płaciłem.


10. „Myślałem, że będzie gorzej”


Pewnej nocy kolejnego lata ja i Kamil gadaliśmy z Sylwkiem. Wtedy zapytałem Kamila o tamte nasze spotkania w kamienicy – o to, jak mu ze mną było.

Odpowiedź przyszła po dłuższej chwili:

– Wiesz co. Myślałem, że będzie gorzej.

Zastygłem w bezruchu. Zmienili temat. Nawet nie usłyszałem, o co pytał mnie Sylwek, tylko patrzyłem w powietrze. Kamil machnął ręką:

– On ma teraz zawiechę.

Pomyślałem: mój wiek. Kamil lubił młodych. A ja byłem już trzydziestką. Na naszym pierwszym spotkaniu wziął mnie za małolata. Później przyjrzał mi się uważniej i stracił ochotę.

Raczej nie czuł do mnie wstrętu. Ale już dawno temu wypadłem poza jego widełki. Po prostu.

W parku robił to ustami 65 i 70 latkom. Za 20 złotych. Sami mi opowiadali.


11. 1939


Pamiętam, jak schodziliśmy z Kamilem z kościelnego wzgórza na Cytadelę. Mijaliśmy właśnie monumentalny pomnik. Była tam wielkimi literami zapisana data 1939. Kamil zapytał, co oznacza.

Powiedziałem, że żartuje. Odpowiedział, że nie żartuje i że „z historii to jest słaby”. Wyjaśniłem. Powtórzył, że z historii jest słaby.

Powiedziałem, że nie ma sprawy. No bo nie było.


12. Blizny


Mam w swojej kolekcji zdjęć z Yari jedno: Kamil na fotelu w pokoiku w kamienicy. Za plecami piec kaflowy. Patrzy w obiektyw z poważną miną i pewnością siebie jak luj. Niedobrze, bo jego młodość uderzała, kiedy się uśmiechał – zdradzał ją wtedy łobuzerski błysk w oku. Na zdjęciu włosy ścięte bardzo krótko. Im krócej się strzygł, tym wyraźniej pokazywały się blizny. Miał ich kilkanaście. Na głowie, ramionach, piersiach, plecach, nogach – wszędzie ślady po urazach. Cała historia życia pełnego niebezpiecznych, chaotycznych przygód wyryta na ciele.

Pomyślałem o tych wszystkich lujach, którzy przychodzili do mnie w czasach, kiedy eksperymentowałem z alkoholem. W tym okresie drzwi mojej „garsoniery” niemal się nie zamykały. Nie opowiadałem Piotrkowi tych historii. Milczenie puchło we mnie. Nosiłem je w sobie jak ciężar, jak olbrzymi guz.

Któregoś dnia nie wytrzymałem. Zaczęły się ze mnie wylewać słowa:


– Gdyby ściany w naszej kamienicy umiały mówić, dawno by się zawaliły ze wstydu. Albo ze śmiechu. Nie wiem, co byłoby gorsze.



1 komentarz:

  1. Zgodnie z nauczaniem Kosciola Katolickiego Matki Naszej I zgodnie z prawem Bozym jedynie mezczyzna I kobieta po slubie koscielnym moga razem ze soba lezec w lozku.

    Spolkowanie dwoch mezczyzn I gzenie sie nawzajem jest grzechem smiertelnym I zakonczy sie wiecznym cierpieniem piekielnym.

    Oto slowo Boze.

    OdpowiedzUsuń

Rybcia

  Moja ukochana kamienica: wysokie sufity, przestrzeń, piece kaflowe. W rogu stare pianino, na nim świeczki, które zapaliłem na jego przyja...