Przed chwilą wróciłem ze spotkania, które okazało się całkowitą porażką. Wypiłem prawie dwusetkę cytrynówki – a że były to dopiero moje początki z alkoholem, byłem nadal lekko podpity i w dobrym nastroju. Mimo że minęła już może trzecia w nocy, szukałem kolejnej przygody.
Dlaczego tamto wyjście było porażką? Odezwał się wtedy do mnie jakiś typ. Podał cyferki, które były kompletnie z księżyca – może 27 184 78 18. I następnie coś bardzo dziwnego: adres Ostrów Tumski i jakiś niski numer. Nie byłem typowym mieszczuchem. Wywodziłem się z odległego blokowiska, a w kamienicy w centrum jedynie pomieszkiwałem. Całe dotychczasowe życie spędziłem u rodziców na blokowisku wybudowanym w latach osiemdziesiątych. W moim małym pokoiku. No więc nie kojarzyłem za bardzo tego adresu Ostrów Tumski. Coś mi świtało w głowie, w którymś – nomen omen – kościele dzwoniło, ale to wszystko. Poza tym byłem wcięty, alkohol robił swoje, ta muzyka w głowie ciągle we mnie dudniła.
Szybkim krokiem szedłem przez most nad szeroką rzeką. Pamiętam, że była zima. Napisałem typowi w SMS, że słabo znam miasto, więc odpisał, że będzie po prawej stronie od mostu, zaraz przy zabudowaniach. Kiedy jestem wcięty, idzie mi się bardzo szybko, sprężystym krokiem. Tak było i tym razem. Przekroczyłem rzekę i zobaczyłem go. Wyrósł przede mną wysoki grubas. Dosłownie tłuścioch. Wieprz. Podał mi rękę. Uścisnąłem, ale później szybko się odsunąłem.
– Okłamałeś mnie – powiedziałem.
– W jakim sensie? – zapytał.
– Podałeś inne cyferki. Nie ważysz tyle, ile napisałeś, tylko o wiele więcej.
A ten bezczelnie:
– No wiesz, było się dzisiaj na proszonym obiedzie. Zjadło się obiad.
Dobrze pamiętam te wyszukane słowa z akcentem na obiad. Rozejrzałem się po zabudowaniach. Wszystko stało się dla mnie jasne – był to ksiądz albo seminarzysta. Nie oznajmiłem mu tego wprost. Rzuciłem tylko coś o okolicy, dałem mu znać, że wiem, co to za miejsce, że je poznaję. Zachęcał mnie, bym do niego wstąpił, skoro już i tak przyszedłem. To właśnie przecież tak działa – idzie się kawał drogi, poświęca czas, więc człowiek dla odpoczynku, przy okazji lub po prostu z uprzejmości zostaje. Ale nie ja. Przerabiałem to wiele razy. Pamiętam, że gdy byłem młodszy, działały na mnie te normy społeczne. Nie umiałem się wykręcić, wiele razy nie potrafiłem być nieuprzejmy.
– Sorry, nie wolno kłamać – rzuciłem i zawróciłem.
W ten sposób znalazłem się znowu w mojej kamienicy.
Na lapku znowu wyświetliło się okienko – Poz19centrumNOW zaprasza cię na priw. Ja chyba miałem stały nick pozlachociag28pNOW. Tak, teraz sobie przypominam, że taki był mój nick. Zawsze. Nie był zarejestrowany. Po prostu używałem go na czaterii i na fellow. Cały czas.
Czemu chciałem być tym lachociągiem? Bo to było łatwe. Nie wymagało stanięcia na wysokości zadania, randkowania. Przy mojej fobii społecznej to było korzystne, bezpieczne. Bez bliskości, nie w świetle, a w ciemności – w jakiejś bramie, w jakimś zaułku, w jakimś kurwniku. Słowo, które sam ukułem na określenie przestrzeni gdzieś z boku, wnęki między ścianami, w miejscu publicznym – na przykład po schodach na dół, do miejsca otoczonego z każdej strony ścianami, gdzie ludzie schodzą się odlać. Byle nie było zbyt dużego fetoru, byle było znośnie. Taki zaułek, bezpieczny, ukryty przed wzrokiem, intymny. Kurwnik. Tam spełniałem się jako pozlachociag28p.
No więc ten młody podbił do mnie na czaterii, zaprosił na priw, przyjąłem zaproszenie. Klasyczna wymiana literek, potem fot przez maila. Miałem swoją skrzynkę na o2, głównie do kurwienia się. Tam zapisane foty – wystarczyło fwd. Młody pisał, że ma lokum na ulicy niedaleko od parku pedała, na początku ulicy, gdzie rozpoczynała się już robotnicza dzielnica o złej sławie. Ale pisał, że jest spoko, nowy bloczek, taka plomba między starymi kamienicami. Student, wynajmuje ze współlokatorami, więc spotkamy się na klatce, i jeśli będę wyglądał jak na fotach, zabierze mnie do piwnicy i zapoda do dzioba.
Byłem zachwycony. Zapisałem jego numer, wyłączyłem kompa, zgasiłem światło, kilka razy sprawdziłem, czy zamknąłem lokum, wcześniej czy gaz zakręcony, czy nie leci woda. Raz zawróciłem upewnić się. Zatrzasnąłem drzwi od korytarzyka dzielonego z sąsiadką i wybiegłem na ulicę. Ta droga do parku pedała, którą znałem na pamięć. Ale potem od parku na północ – zupełnie dla mnie nowa.
Dotarłem do jego bloczku – z lat dziewięćdziesiątych, a więc już „nowe budownictwo”, wyższy standard. Drogie. Napisałem esa, że już waruję pod drzwiami. Nie wpuścił mnie domofonem, ale wyszedł obczaić. Zostałem zaakceptowany.
Był piękny. Bo młody, wysoki. Co miało mi się nie podobać, przecież miał dopiero dziewiętnaście lat. Naprawdę wysoki. I szczupły. Dresowe spodnie, adiki. Trzymał ręce w kieszeni.
Gadaliśmy na klatce. I chyba nawet dał mi faję do zapalenia. Ze swojej buzi, więc wziąłem z zachwytem. Zauważył to. Zbliżył twarz do mojej, wdmuchnął mi dym ze swoich płuc.
– Fajnie? – zapytał.
– Tak, Panie – odpowiedziałem.
Pocałował mnie, ale tak delikatnie, potem lekko trzepnął, uderzył w tył głowy. Zobaczył, że zrobiło mi się przykro. Wtedy znowu pocałował. Uśmiechnąłem się. Powtórzył to. Potem pogłaskał mnie po włosach. Zaprowadził do piwnicy.
Pamiętam, że wyglądała inaczej niż moja z lat osiemdziesiątych. Leżała głębiej. Zapach nie był tak intensywny, ohydny i koci, jak u mnie w bloku.
Opuścił spodnie i sprowadził mnie ruchem dłoni na kolana. Był wielki, adekwatny do jego wzrostu, ledwo mieścił mi się w ustach – sama główka z trudem dawała się objąć. Robiłem, co mogłem, ale z wysiłkiem. Jemu i tak się podobało.
– Zajebiście! – jęczał.
Zależało mi, by spełnić wszystkie życzenia mojego pana, jak go nazywałem. Wiedział z rozmowy na czaterii o moich preferencjach, więc zdjął but, skarpetkę i podał mi stopę do wylizania. Było to szalone i już nie wiem, czy byłem bardziej podekscytowany, szczęśliwy, czy wystraszony tym, że w każdej chwili może ktoś wejść i nas nakryć. Lizałem jego stopę. Pomiędzy palcami napotykałem językiem paprochy, kawałki wełny. Połykałem je.
Nagle wstał i podał mi tyłek do wylizania. W tym momencie poczułem największą bliskość z tym chłopakiem. Najbardziej intymna część jego ciała w moich ustach. Doszedł. Wcisnął mi mokrego penisa w usta.
Wyszliśmy z piwnicy. Zapalił papierosa na schodach. Mnie też poczęstował. Wtedy stało się coś bardzo dziwnego. Zacząłem nagle szlochać.
– Ej, co jest? – zapytał zdziwiony.
Wyznałem prawdę o tłumionym lęku:
– Siedziałeś na tej podłodze, potem ja tobie lizałem dziurkę i skórę wokół, a na tej podłodze mogło być dosłownie wszystko, np. kocie odchody. Mogłem połknąć jakiegoś pasożyta i będę chory.
– Spokojnie – wyszeptał – Nic ci nie będzie. Już tak robiłem i nikt się nie zaraził. Chodź do taty – powiedział, wstając i podając mi swojego penisa do ust.
Tak, penisa na klatce schodowej. Było nas widać jedynie od strony jego lokum, byliśmy zakryci. Kiedy miałem buzię zamkniętą jego penisem, a głowę wypełnioną obietnicą „Nic ci nie będzie” i tym cudownym „chodź do taty”, stałem się zupełnie spokojny. Naprawdę nabrałem przekonania, że jestem bezpieczny i nic, absolutnie nic mi nie zagraża. Wierzyłem w to całym sobą.
„Chodź do taty” – powiedział mi to chłopak młodszy ode mnie o dwanaście lat. Dwanaście lat młodszy. A mimo to on naprawdę był o kilkanaście lat dojrzalszy emocjonalnie. Naprawdę był. I miał prawo powiedzieć mi to „chodź do taty”.
Siedzielibyśmy jeszcze długo na tych schodach i rozmawiali. Wypytywał, co studiuję. Kazał podać definicję liberalizmu. Zacząłem od wielkiej rewolucji francuskiej, mówiłem długo. Przerwał i zapytał o polityka uosabiającego w Polsce liberalizm. Odpowiedziałem, że oczywiście Korwin. Był zadowolony – kolejny młody wyznawca tego populisty.
Ale zjawił się dozorca. Dziadyga miał pretensje o „zastawianie schodów”, wspomniał o policji. Młody nagle zrobił się niemiły i kazał mi już iść.
Wróciłem autobusem do rodziców i pieska. Spałem do wieczora.
Pisałem do niego później, ale nigdy mi nie odpowiedział.

Piszesz te teksty od nowa, czy korzystasz z tego, co masz na starym blogu?
OdpowiedzUsuńHej, Darek, nie ma tamtego bloga, utraciłem go :( Ale tamten blog kończył się na roku chyba 2009. Tutaj piszę z głowy - to napisałem na jednym oddechu - aż musiałem później pójść się przespać. Pamięć detalu uruchamia mi się, kiedy wracam, pisząc, do tamtych chwil. Na co dzień przecież nie pamiętam tego wszystkiego tak dokładnie. To jak gdyby wydobywanie wspomnień z podświadomości w procesie pisania. Dziwne,
OdpowiedzUsuńNaprawdę świetnie piszesz , te wszystkie gorzkie chwile kiedy uświadamiamy sobie że życie przemija , bolą jeszcze mocniej !!!
OdpowiedzUsuńDziękuję <3
Usuń