18+ • Surowe i intymne treści
Ten blog zawiera szczere i bardzo bezpośrednie historie. Prosimy o dyskrecję. Osoby poniżej 18 lat prosimy o opuszczenie strony.

środa, 15 lipca 2026

Erasmus

 

GayRomeo – portal dla starszych i obcokrajowców. Toporny, kanciasty przekład międzynarodowego serwisu, przetłumaczony na polski tak, jakby robił to ktoś, kto polskiego nie cierpi. Dziady 30+ i profile po angielsku. Ruch? Marny. Nie miał prawa równać się z bijącym rekordy popularności fellow.pl, tym królestwem młodych gwiazdeczek. Na GayRomeo za to roiło się od grupek z fetyszami, od rzeczy dla mnie niekiedy przerażających. Ale wystarczyło młodo wyglądać i mieć szczęście. A ja miałem jedno i drugie.


Pewnego wieczoru wpadła mi nalepka „ogień” od jakiegoś dwudziestolatka. Przystojny. Morda wschodnia, aż mi się Rosja skojarzyła, a nawet Azja. Ale i tak fajny. Na fotce biegł w szortach do sauny. Akurat polowałem na przygody – rodzice na kilka dni wyjeżdżali nad morze. Całe lokum – m2 na siódmym piętrze w blokowisku z wielkiej płyty, z lat osiemdziesiątych – tylko moje. Na tę okazję sprawiłem sobie whiskacza w Chacie Polskiej.


Chłopak zjawił się punktualnie. Zaprosiłem go do stołu, do pokoju rodziców. Wyglądał lepiej niż na fotach – ciemne, krótko ścięte włosy, szczupła sylwetka, modne ciuchy. Młodość robiła robotę. I ten akcent. Przywiązuję ogromną wagę do głosu i dykcji. Spytałem, skąd pochodzi. Zachęcił mnie do zgadywania. Mówię: No jasne, ze Wschodu. Kiwa głową. Mówię jak ostatni idiota: – Białystok? A on: – A dalej niż Białystok? Otwieram szeroko oczy. – Wilno, jesteś z Wilna? Uśmiechnął się – jest tu na Erasmusie. Przyjąłem to z fascynacją. Uwielbiam państwa bałtyckie. Chłopak miał na imię Edward – bardzo popularne imię na Litwie, jak mówił. Ukończył polskie liceum. Był początek roku akademickiego, październik.


Sączyliśmy whisky z lodem, w tle przedwojenna muzyka. Edward przełączał na litewskie i rosyjskie hity. Rozmowa toczyła się tak lekko, że to, co wisiało w powietrzu, mogło poczekać. Spędzaliśmy czas po prostu – jak dwa dzieciaki, jakby żadna różnica wieku nas nie dzieliła. Bo de facto nie dzieliła.


Powiem to jeszcze raz, powiem to jeszcze trzydzieści razy na tym blogu: miałem ten genetyczny wyjątek, młody fenotyp, podbity wiecznie wyspaną, wygładzoną benzosami i kremami mordą oraz rozjaśnionymi włosami. Mimo dwudziestu ośmiu lat wyglądałem zajebiście. Rozumiem, dlaczego tylu młodych się mną interesowało, dlaczego do mnie podbijali: byłem chudy, o miłej mordzie, wyglądałem mniej więcej jak oni, ale miałem nad nimi jedną miażdżącą przewagę – ZASOBY. Lokum. I to nie jedno.


Pamiętałem dobrze czasy wałęsania się po lasach, zaroślach i krzakach. Miały swój urok, właściwie nadal lubiłem się w to bawić, ale ograniczenia były oczywiste: pogoda, ciągłe przeziębienia, masa chłopaków odrzucających plener, no i wiecznie ci na wpół bezdomni. Mieszkanie, możliwość spędzenia całego wieczoru i nocy u mnie, kasa na alkohol i fajki – to ustawiało mnie w zupełnie innej lidze. Windowało atrakcyjność. – Masz lokum? – każdy słyszał to pytanie na czaterii tysiące razy. Zaprzeczający dostawali suchy komunikat: "X zamknął okno priva".


Czy spotkałbym się z Edwardem, gdybym nie miał lokum? A gdzie? U niego w akademiku, w pokoju dzielonym z jakimś Hindusem? W szalecie? Oczywiście, że przyszedł do mnie – nie do jakiegoś dwudziestolatka w krzaki.


Po długiej rozmowie w końcu przenieśliśmy się na kanapę. Lizaliśmy się namiętnie rozgrzani whisky, a potem zrzucając z siebie ciuchy, wskoczyliśmy do mojego pokoiku, na rozłożone już łóżko.


Robiliśmy to zachłannie. Mignęła buteleczka poppersa. Whisky dała nam odwagę, żeby korzystać bez hamulców, jak na filmach. Do nosa i porządny sniff. Dziwne ciepło i jeszcze większa ochota, po której rzucałem się na jego wielkiego kutasa i brałem do gardła po same jaja. Gag reflex magicznie znikał. To było zajebiste – mogłem oddać mu się bez granic, do końca. I to wszystko dzięki niepozornej buteleczce za kilkadziesiąt złotych. Bezcenne, pierwsze takie doświadczenie w życiu.


Edward robił to samo, choć w porównaniu z jego sprzętem u mnie szału nie było. Na forum pisałem „14,5”, ludzie ciągle kopiowali tę liczbę i pisali XD. Potem Edward musiał mieć realny fun. Wszedł we mnie jak nikt przedtem. Kazał mi mocno podkurczyć nogi. W tej odjechanej pozycji utraciłem kontrolę nad moim ciałem. Wziął mnie, jak chciał. Później był jeszcze dripping – poprosił, bym kilka razy włożył mu i wyjął. To podobno jakaś bezpieczniejsza metoda niż zwykły bareback, pozwalająca przez chwilę poczuć wszystko bez gumy.


Nocą w pokoju cały czas grzało się moje CRT. Edward podsiadał do niego, logował się na swoje GayRomeo. Pod wpływem whiskacza kompulsywnie rozdawał naklejki – „You're hot”, „Beautiful face”, „I like you”, „I could fall in love with you” – młodym chłopakom. Nie przeszkadzało mi to. Wyobrażałem sobie, że bierzemy takiego i spotykamy się z nim w kamienicy, w mieszkaniu na czwartym piętrze – własności mojego bogatego dziada, który na co dzień pracował w Sztokholmie. Nad ranem Edward wrócił do akademika, a ja odsypiałem tę niepowtarzalną noc.


Któregoś wieczoru zaaranżowałem spotkanie we trzech. Edward nie wiedział o tym pomyśle. Przyszedł do mnie jak zwykle, do kamienicy. Siedzieliśmy w salonie. Usiadł do fortepianu. Grał odrobinę – widać było, że uczył się w tym Wilnie. Klasyki, nawet Chopina. Wspaniale było słuchać tego w klimacie przedwojennych mebli i obrazów, nawet jeśli wykonanie miejscami odbiegało od ideału. Edward nie był zresztą pierwszym chłopakiem, który u mnie grał. Wielu przyciągał ten instrument, ten majestatyczny mebel.


Na dębowym stole stał laptop z otwartym GayRomeo. Gadałem z tym chłopakiem, którego Edward obkleił „Hot” i o którym mówił najczęściej. Zaprosiłem go. Nie wiem, po co. Piłem cytrynówkę i chciałem rozkręcić imprezę. Myślałem, że więcej znaczy lepiej. Powiedziałem Edwardowi, że tamten przyjdzie. Edward nie był pewien. Byłem jednak tak nakręcony alko, tak odklejony, że nie dało się mnie odwieść.


Tamten się zjawił. Przystojny, owszem, ale miał w sobie coś, co od razu zgrzytało. Po pierwsze – nie chciał pić. Nie mieściło mi się to w głowie. Przyszedł na trójkąt, na imprezę, i nie chciał pić. Jak zamierzał się rozluźnić? Miał magiczny przycisk od hamulców? Nie rozumiałem takich. Młody człowiek napije się, kac łagodny, błyskawicznie wraca do formy. Ja tak miałem w wieku prawie trzydziestu lat, a co dopiero dwudziestolatek? Ale najgorsze było co innego – całą uwagę poświęcał Edwardowi, mnie totalnie olewał. Nie patrzył na mnie, nie zauważał, a przecież to ja byłem gospodarzem, to w moim domu siedział. Jak można było mnie ignorować? Do tego w jego postawie czaiła się nieukrywana krytyka alkoholu i wszystkiego, co robiłem. Najwyraźniej uważał się za strażnika norm, a jednocześnie w bezczelny, arogancki sposób te normy łamał. Gdy rozmowa zeszła na politykę, rzucił o  tym homofobicznym prezydencie, którego geje nienawidzili – że go szanuje, bo jest głową państwa. Stwierdzenie nie z tej planety. Rzucone na odczepnego, pod moim adresem, ale nawet na mnie nie spojrzał. Zbliżał się do Edwarda. Edward próbował zachowywać pozory, zwracać się do mnie, ale coraz bardziej ulegał temu bezczelnemu typowi. Zaczęli się namiętnie całować. Siedziałem w osłupieniu. Jedyna moja reakcja? Kompulsywne popijanie alkoholu. Nic innego nie przychodziło mi do głowy. Całkowita bezradność. Straciłem kontrolę. Nie umiałem zaprotestować, gdy wstali, poszli do pokoiku i z pogardą, z totalnym lekceważeniem, zatrzasnęli za sobą drzwi. Tam stało łóżko. Czy w moich oczach pojawiły się łzy? Nie pamiętam. Wątpię. To był paraliż, odrętwienie, zawieszenie w szoku, bezradność, ale też przerażenie, samotność i to palące odrzucenie, które wbijało się w najczulsze miejsce w sercu.


To uczucie znałem od dziecka. Od błędów wychowawczych matki, popełnianych nieświadomie lub z wyrachowania – nigdy się nie dowiem. Gdy jako dzieciak popełniłem jakiś błąd, matka przestawała się do mnie odzywać. Ciche dni, jak między dorosłymi. Ignorowała mnie, jakbym nie istniał. Wycofywała całą swoją miłość, gwałtownie i bez ostrzeżenia, zostawiając mnie w absolutnej ciemności. Ta tortura trwała tak długo, aż całkowicie pękałem. Kiedy mój dziecięcy świat rozsypywał się w gruzy, błagałem o litość, zanosiłem się płaczem i przepraszałem za winy, których często nawet nie rozumiałem. Dopiero ten widok – mojego całkowitego załamania i rozpaczy – przynosił jej satysfakcję i pozwalał na powrót łaski. Wyćwiczyła mnie w tym lęku przed odrzuceniem z precyzją chirurga. Wdrukowała mi ten mechanizm w psychikę, trwale i głęboko, rzeźbiąc we mnie dorosłego, który na każdy dystans reaguje panicznym lękiem przed utratą.


Nie umiałem sobie poradzić z sytuacją w kamienicy. Uciekłem. Wyszedłem z mieszkania, zatrzasnąłem zabytkowe drewniane drzwi. Zbiegłem po schodach, wypadłem na ulicę. Złota polska jesień, ciepły październikowy wieczór. Nogi zaniosły mnie do parku. Szedłem alejką wśród szeleszczących liści. Z butelką w ręku usiadłem na oparciu ławki, ze stopami na siedzisku, jak przed laty, gdy byłem małolatem. W letniej kurtce. W ręku telefon. Zacząłem robić to, czego nauczyła mnie matka – żebrać. Napisałem żebraczy SMS do tamtych dwóch: niech chociaż pozwolą mi wrócić i spuszczą mi się w usta. Głównie chodziło mi o tego nowego – Edward robił mi to już wiele razy. Długo nie odpowiadali. Piłem dalej. Z każdym łykiem odrętwienie, znieczulenie – nastrój się zmienił. Na jakiś czas zrobiło mi się wszystko jedno. Poczułem, że wszystko przegrałem, że doznałem straty, której nie odzyskam. W końcu odpisali – ten typ właśnie, ze swojego numeru. Napisał, że będzie tak, jak chcę, i żebym wracał. Nie pobiegłem. Nie wróciłem. Zostałem w parku. Wypatrywałem okazji, jakiegoś luja, ale było pusto. Po pewnym czasie napisali, że wychodzą, zatrzaskują drzwi.


Do kamienicy przyszedłem wczesnym porankiem. Z czystej formalności sprawdziłem mieszkanie – łóżko posłane. Zamknąłem drzwi na klucz, wróciłem do rodziców i pieska, zasnąłem na długo.


Nigdy nie opisałem tej historii na blogu "cwelik". Za bardzo bolała. Długo z nikim się nie spotykałem. Przygnębienie. Nie wychodziłem nawet do parku. Po jakichś dwóch tygodniach Edward napisał – czy się zobaczymy. Zdziwiła mnie ta wiadomość. Spodziewałem się, że jak wielu innych po prostu zerwie kontakt, znudzi się. Spytałem, czy pisze, żeby się ze mną kochać. Odpisał, że właśnie w tym celu. Ta jedna linijka tekstu była wszystkim. Niemal natychmiast poczułem się uwolniony z depresji, z tego przygnębienia, które naznaczyło tamten czas. Dokładnie tak samo, jak w dzieciństwie, gdy po dniach lodowatego milczenia matka nagle cofała karę, obdarzając mnie na powrót ciepłym spojrzeniem. Ta sama nagła, euforyczna ulga. Wytresowany przez nią mechanizm przeżywania odrzucenia zadziałał bezbłędnie. Zadziałał wtedy, działał zawsze i wciąż od czasu do czasu przejmuje nade mną kontrolę.


Na nasze spotkanie przyszedł chory, zaziębiony. Jesień, sezon grypowy. Zawsze miałem paranoję na punkcie zarazków – myłem ręce jak typowy wariat z OCD kilkadziesiąt razy dziennie. Stroniłem od chorych. Ale tęsknota, miłość, powrót do łask ukochanego były tak silne, że olałem wszystko. Z rozmysłem zignorowałem OCD. Nie tylko się kochałem, ale całowałem się z nim namiętnie. Oczywiście zaraził mnie – dokładnie tak, jak przewidywałem. Zapalenie oskrzeli, antybiotyk. Było warto. Chory, ale nie za darmo. Za cudowne przeżycie z przepięknym młodym chłopakiem, które na zawsze zapisało się w mojej kolekcji – pocztówkowe, idealne, namiętne, pełne, z obopólnym spełnieniem, z leżeniem po wszystkim nago, wtuleniem w jego ciało, z głośnym śpiewaniem hebrajskich piosenek, które znałem na pamięć. „Yerushalaim shel zahav, veshel nekhoshet veshel or...” (Złota Jerozolima, i ze srebra, i ze światła). Uczucie szczęścia, którego nikt mi nie odbierze. Wileński Erasmus w moim wielkim, ponurym mieście.


Wiosną zobaczyłem Edwarda po raz ostatni – na rodzinnej działce w Suchym Lesie. Altankę wybudowano w latach dziewięćdziesiątych. Meble jak z muzeum minionej epoki: drewniana boazeria, kuchenka z laminowanym blatem, imitującym ciemne drewno. Na półkach sprzęty upchnięte jeden na drugim – między innymi magnetofon na prawdziwe kasety, z wciąż sprawnym radiem. Na podłodze dywan we wzory geometryczne. Na ścianach – uderzające w oczy makatki, gobeliny, słomianki. Jednym słowem: masakra.


Położyliśmy się na „tapczanie” i po chwili kochaliśmy namiętnie. Normalnie. Po wszystkim długo leżeliśmy wtuleni w siebie. Przed opuszczeniem działki przeszukaliśmy wszystko dokładnie – czy nigdzie nie został kondom albo opakowanie. Nocą wracaliśmy do miasta. Znowu wzdłuż wiaduktu Narutowicza, tego samego, który mijałem kiedyś z dzikim, nieokrzesanym Marcinem. Tym razem jednak rozmawiałem o polityce litewskiej z młodym inteligentem, który dziennikarzy – tworząc kalkę z rosyjskiego – nazywał „żurnalistami”.


Pamiętam go wyraźnie. Zapowiedział pewnego dnia, że zanim wyjedzie z tego miasta, skasuje wszystkie profile i nie będzie z nikim podtrzymywał znajomości. Dotrzymał słowa. Odnalazłem go kiedyś na litewskim portalu randkowym. Zapytałem, czy mógłbym go odwiedzić. Odciął się krótko: nie ma sensu, żebym przyjeżdżał, jeśli liczę na seks, bo seksu nie będzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Erasmus

  GayRomeo – portal dla starszych i obcokrajowców. Toporny, kanciasty przekład międzynarodowego serwisu, przetłumaczony na polski tak, jakby...