18+ Ten blog zawiera osobiste, intymne i bardzo bezpośrednie historie. Jeśli nie masz ukończonych 18 lat, opuść stronę.

środa, 21 października 2026

Mateusz



Miałem dokładnie 29 lat, kiedy powróciłem do parku. Był przełom sierpnia i września. Trzymałem się od tego miejsca z dala wiele długich lat. Budowałem związek z dziadem. Stare parkowe więzi się pourywały, znajomości przestały istnieć. I czułem się z tym dobrze. 


Kiedy byłem nastolatkiem, park odegrał dobroczynną rolę w moim życiu. Był mi azylem, kiedy rodzina wyoutowała mnie i wypowiedziała półtoraroczną wojnę. Za co? Za pedalstwo, za pedalstwo. Parkowa społeczność stała się dla mnie prawdziwą rodziną. Później sami zrobili się toksyczni, zazdrościli szczęścia – kolejnych związków, a zwłaszcza dziada. Któregoś dnia trzeba było powiedzieć dość. Uwierzyłem w monogamię, chciałem jej spróbować.


Teraz jednak wmaszerowałem do parku krokiem pewnym. Na ławce na lewo od popiersia Słowackiej, w stronę dworca, zauważyłem parkę młodzików. Podbiłem natychmiast. Przedstawili się jako Jolka i Michaś. Ta pierwsza miała 18, drugi 25 lat.


– Mateusz – rzuciłem bez zastanowienia.


Takie panowały wówczas trendy. Mateusz to było imię dwudziestolatków, a ja dokładnie tak wyglądałem i tak się czułem. I nie, nie zamierzałem ani zwalniać tempa, ani tym bardziej się starzeć. Przeciwnie – teraz gaz do dechy.


Usłyszałem kilka zabawnych uwag o tym, że wyglądam ładnie, pomimo mojego, jak stwierdzono – geriatrycznego wieku. Tak oceniła Jolka – chuda, długowłosa i zniewieściała, a intelektualnie ostra jak brzytwa, przyglądająca mi się z zaciekawieniem, rzucająca pociągłe spojrzenia. Ledwie wszedłem do parku, a już miałem dwóch ziomków. Park lśnił dawnym blaskiem.


W rozmowie przewinął się Sylwek, podobno ładny chłopiec, z którymi za dnia bujała się Jolka. A kim była Jolka? Licealistką skonfliktowaną z matką. W domu codzienne awantury, żadnych warunków do nauki. Dlatego tymczasowo nie chodziła na zajęcia. Nie pamiętam przyczyny owych domowych zajść. Czy był to jedynie buntowniczy charakter Jolki, zamiłowanie do długich włosów, przekłuwanie uszu, tatuaże? Nie sądzę, by chodziło o orientację per se. Dla niej park stał się, jak dla mnie kiedyś, bezpieczną przystanią.


Nie, nie udzielałem jej żadnych rad. W ogóle nigdy nie miałem w zwyczaju pouczać młodszych. Nie czułem się od nich mądrzejszy, to ja chciałem się od nich uczyć. Jak żyć mocno i bez ograniczeń. Do głowy by mi nie przyszło widzieć w niej siebie sprzed lat. Różniliśmy się jak dzień i noc. Nigdy nie byłem zniewieściały. Nie rozumiałem tych stworów. Nie wychowywały mnie kobiety, nie miałem sióstr, nie otaczałem się koleżankami. Jako dzieciak ganiałem po podwórku z chłopakami. Nie zazdrościłem też Jolce wieku, czułem się zajebiście we własnej skórze.


Nie było jednak we mnie zgody, by zrobić z siebie jakiegoś trzydziestoletniego dziada, żyjącego pracą, rachunkami, wzdychającego za utraconą młodością. Moja młodość zaczynała się właśnie TERAZ. Dlatego zrobiłem to. UKRADŁEM imię Mateusz, bo inne fałszowałoby moją tożsamość.


Nikt się nie domyślił. Minęło tyle lat, odeszło tyle ciot, a napłynęło tak wiele nowych, że nie zostałem rozpoznany.


No więc kim był Mateusz? Kolesiem, co wrócił na studia i realizuje je w systemie przez internet. Mimo 29 lat żył życiem nastolatka. Mieszkał z rodzicami w swoim pokoiku na postkomunistycznym blokowisku, ale posiadał też do dyspozycji lokum swojego dziada w kamienicy w Śródmieściu. Jego dziad pracował za granicą, a on „puszczał się" w parku i w jego lokum.


Jolka załamywała ręce, bolejąc nad żałosną kondycją Mateusza. Pouczała:


– W twoim wieku to już nie wypada, jakieś blokery hormonów powinieneś brać. Ile lat potrzeba takim jak ty na ten seks?


Dopadały mnie jakieś niewyraźne reminiscencje. Onegdaj stary, ale naprawdę stary, pewnie aż czterdziestoletni dziadyga opowiadał w parku mnie, wówczas 18-latkowi, że jego 28-letni chłopak go zdradza. Pamiętam swoje słowa:


– 28 to przecież poważny wiek.


– Właśnie najgłupszy – odpowiedział pan senior.


Byłem wtedy wstrząśnięty, oburzony, zupełnie jak teraz Jolka, która dalej trajkotała:


– No ileż można? My z Michasiem zachowujemy się typowo, ale 29 i wciąż biegać po krzakach? Trochę żenada...


Zgadzałem się w całej rozciągłości. Nie wypada, by trzydziestoletnie dziady biegały po krzakach. Ale Jolka mówiła o kimś innym. Patrzyłem w lustro. I daję słowo, że nigdy, nigdy przedtem nie wyglądałem lepiej.


Zamówiłem fryzjerkę domową na telefon. Zrobiła mi pasemka, a czasami farbowała całkiem na blond. Dziad kupował mi online koszulki z Zalando, przywoził czapeczki z daszkiem i złote łańcuszki. Byłem szczupły, a potem wręcz chudy. Blond włosy, cera bez jednej zmarszczki, co 3 miesiące drogie kremy, jasny fluid i nowe perfumy. I – jak stwierdzał dziad – niskie zużycie biologiczne: zero dni stażu pracy, życie nocne, brak kontaktu ze słońcem, największym destruktorem skóry. A może to tylko geny? Rodzice wyglądali bardzo młodo nawet po 40 roku życia.


No więc Jolka mówiła o jakichś trzydziestoletnich staruchach, co faktycznie powinni przepraszać za krzaki. Moje życie dopiero się rozpoczynało.


Jako Mateusz otrzymałem niedawno remedium na wszystko, co mnie przez długie lata więziło w domu. Dębowe Mocne i dwusetkę cytrynówki (Staromiejska była lepsza niż Lubelska) na spotkania towarzyskie. Na mocniejsze przeżycia biało-czerwone kapsułki. Na zjazdy uczelniane w innym mieście Xanax i propranolol.


Nie znałem odpowiedzi na wszystkie dręczące mnie pytania, nie umiałem wykończyć swoich demonów, ale dzięki posiadanym narzędziom potrafiłem już trzymać je w ryzach, bardzo mocno za ryj. I dlatego po raz pierwszy miałem szansę osiągnąć to, po co tamtego dnia przyszedłem do parku – zacząć żyć.




poniedziałek, 19 października 2026

Strata




2015, jesień, 4 nad ranem. Ciemno. Mieszkanie w kamienicy w centrum miasta.


Maleńki pokoik bez żadnych mebli. Zupełnie pusty. Nagie ściany i podłoga. Drewniany parkiet.


Nigdy czegoś podobnego nie zrobiłem, ale tym razem był to dla mnie naturalny odruch. Z serca. Przyszedłem tutaj z HAH i czułem, że tyle mi wystarczy. Drewniany czysty parkiet i szum włączonej farelki. To niedużo, ale wystarczająco.


Położyłem się tak, jak przyszedłem – w kurtce, spodniach, butach i czapce. Przytuliłem się do podłogi. Mój parkiet, mój pokoik, moje mieszkanie. Położyłem dłoń pod głowę. Uderzało we mnie ciepłe powietrze z farelki. Było mi dobrze. Nie miałem siły wracać do Dziada kochanego, do jego nowego lokum, a kamienica znajdowała się kilkadziesiąt metrów od HAH.


To śmieszne, naprawdę kuriozalne, ale zgodnie z literą prawa popełniałem w tym momencie przestępstwo włamania. Drzwi otworzyłem własnym kluczem – tym do korytarza i tym do pokoi.


Nagrałem kilka filmów, w tym jeden o nazwie pijacki.mpeg, na którym płaczę, obejmuję piec, pokazuję widok na ratusz. Płacz, cały film to rzewny płacz.


Mieszkanie zostało nam odebrane. Czyściciele kamienic dopięli swego. Dziad kupił lokum na nowoczesnym strzeżonym osiedlu. Nie tęsknił. Ja pisałem wiersze. Zostałem sam ze swoją stratą i żałobą. Nikt nie rozumiał, dlaczego nie cieszę się z nowego lokum. Przepadł cały mój świat – mój azyl blisko pedalskich parków i klubów. Moje ukochane pianino. Magia starego domu.


Krzyż wisiał na tej ścianie od zawsze. Widział wszystko, co działo się w tym lokum: wiersze, alkohol, lujów, noce, płacz. Nie mówił nic.


Obudziłem się po dwóch godzinach. Zdjąłem go ze ściany – stary wyrób rzemieślniczy z mosiądzu. Wyszedłem z nim na ulicę, przeszedłem przez centrum, poszedłem do parku pedała. Nikogo nie spotkałem.


Załapałem się na ostatni kurs autobusu nocnego spod Avenidy. Usiadłem sobie i obczajałem towary.


Od razu moją uwagę przykuło dwóch chłopaków, prawdziwych lujów – starszy i młodszy. Starszy miał agresywną mordę, wzbudzał strach. Drugi wyglądał męsko i niegroźnie. Był wyraźnie młodszy. W krótkich spodenkach, choć była już jesień i mnie było zimno. Twarz miał opuchniętą, podbite oko i trochę krwi na bluzie i koszulce. Nasze spojrzenia spotkały się kilka razy. Uśmiechałem się do niego bezczelnie, bo biało-czerwone tabletki wciąż działały. Nie reagował złością na te spojrzenia, jego oczy też się śmiały.


Wysiedli na tym samym co ja przystanku. Wtedy zagadałem bezczelnie:


– Ej, idziecie do galerii? Mogę wam kupić kilka browców i fajki, bo też idę.


Oczywiście skorzystali skwapliwie. Ten numer zawsze działa na lujców.


Poszliśmy do osiedlowej galerii. Wrzucali do koszyka browce, jakieś chipsy. Więcej i więcej. Śmieszyło mnie to. Przy kasie dorzucili fajki. Trochę zżarło mi z karty, ale wierzyłem, że mi się opłaci.


Zaproponowałem, byśmy poszli do parku obok i wypili po browcu, zapalili. Starszemu po chwili odpalił się agresor i zaczął do mnie sapać:


– Ty nie jesteś z Łazarza!!!


Młodszy go skutecznie uspokoił, choć fizycznie nie miałby z nim szans. Kiedy starszy poszedł w krzaki, szybko zapytałem młodszego, czy wymieniłby się ze mną numerami, gdybyśmy chcieli się razem spotkać, napić u mnie wódki. Zgodził się natychmiast i ogarnęliśmy temat, zanim starszy wrócił. Byłem w siódmym niebie.


Po krótkim czasie faktycznie zaczęło mi się już od tego piwa robić niedobrze i zwinąłem się na chatę.


Kilka dni później zrobiłem to, co zamierzałem od początku. Napisałem pod jego numer SMS:


„Siema. To ja, koleś z autobusu i galerii. Nie będę owijał w bawełnę. Jestem pedałem i mam propozycję. Wiem, że jesteś hetero. Dlatego pytam, czy zgodziłbyś się, bym jako szmata obciągnął tobie z połykiem, bez dotykania ciebie, kiedy będziesz oglądał u mnie film z babkami. Zapłacę 300 PLN. Proszę tylko, byś mnie nie bił i przyszedł sam. I o dyskrecję.”


Odpisał dosyć szybko. Napisał „ok” i że mam podać adres i kiedy. Oczywiście, jak znam siebie, podskakiwałem z radości, ale to takie oczywiste, że dokładnie tego nie pamiętam.


Przed jego przyjściem zrobiłem sobie bifor, więc nie czułem lęku. Popytał trochę przez sms, jak ma znaleźć wejście itd. Otworzyłem bez obaw.


Był niskiego wzrostu, silnej budowy ciała. Znowu z podpuchniętym okiem i jakimiś nowymi skaleczeniami. Podobno pobił się znów z bratem. Pomyślałem, że patola, ale niewiele mnie to obchodziło.


Zacząłem rozlewać wódkę. Popiliśmy, posłuchaliśmy mojej muzyki i poprosiłem go, by wziął kąpiel: przygotowałem mu ręcznik i świeżą bieliznę. Długo się pluskał. Tacy jak on zawsze mówią, że nie mają wanny. Jeden nawet miał prysznic w kuchni... Szkoda gadać.


Kiedy wyszedł z łazienki, wstawiony czy raczej już pijany, niemalże krzyczał:


– Jestem bi! Jestem bi!


Mina mi zrzedła. Nie za bardzo mi się to podobało. Nie chciałem żadnego ukrytego LGBT. Wolałem prawdziwego heteryka, który zrobi to tylko za kasę. Ale trudno. Ten też był fajny. Niektóre z jego pomysłów były nawet podniecające. Na przykład ten, byśmy siłowali się na rękę, a przegrany ssie pałę zwycięzcy. Serio, zależało mi na wygranej, bo miał delikatną mordkę, która nadawałaby się do ssania. Niestety nie wygrałem ani razu, zawsze to ja musiałem ssać. Było co. Rozmiar miło zaskakiwał.


Piliśmy dużo. O wiele za dużo. Poranek wystawił rachunek, kiedy było naprawdę źle. On skomentował to jedynie:


– Za szeroko poszliśmy.


– Z czym? – zapytałem.


– Ze wszystkim – odpowiedział.


To, co robiłem z Damianem, było echem. Powtarzałem scenariusz znany z parków i z kamienicy: kupić, przyprowadzić, dostać, co chcę, odprowadzić. Tylko tamto działo się w ścianach, które to pamiętały. Tutaj działo się w nowym mieszkaniu, gdzie nic jeszcze nie miało historii. Nikt tego nie widział. Nic tego nie zbierało.


Damian powracał w moim życiu jak bumerang. Zmagał się z problemami alkoholowymi. Nie miał łatwo w życiu, rodzinie i „na dzielni”. Nie był złym chłopakiem, ale czasami to, jak zachowywał się pod wpływem, po prostu mnie przerażało.


Patrzę właśnie na krzyż. Ten, który przyniosłem z kamienicy, z mojego ukochanego mieszkania. Przeszedłem z nim całe centrum, jechałem nocnym autobusem, wyrwałem nowego luja. Minęły lata. Wciąż mam kontakt z Damianem. Krzyż wisi w kuchni.


Uratowałem go. Nie uratowałem mieszkania. Nie uratowałem starych pieców ani zabytkowego pianina.


Krzyż był mały. Dało się go zdjąć ze ściany i przewieźć nocnym autobusem. Ścian nie dało się przewieźć. Parkietu, pieców, pianina, widoku na ratusz – nie. Zabrałem przedmiot, który był świadkiem, i powiesiłem go w miejscu, do którego echo nie chce wracać.


Nikt nie rozumiał, dlaczego nie cieszę się z nowego lokum. Bo nie chodziło o metry.


W tamtej kamienicy ściany nie były proste. Miały krzywizny, załamania, nierówności. I właśnie dlatego wszystko się na nich osadzało: kurz, zapach, dźwięk, ludzie. Gładkie, zimne kafle pieca pod palcami. Mosiężna armatura. Ozdoby zbyt cenne, żeby ktoś ośmielił się je ułamać. Wszystko miało fakturę, na której życie mogło się osadzać warstwami, jedno na drugim.


A tutaj? Blok. Ściany z prefabrykatów, proste jak linijka. Nic się nie zaczepia. Historia się z nich zsuwa, nie zostawia nawet rysy. Można w nim mieszkać latami i nie mieć na ścianie ani jednego osadu.


W tamtych ścianach byłem kimś. W nowych nie byłem nikim.


To dlatego echo nie chce tu wrócić. Nie ma się o co zaczepić.


Według chatu GPT utrata mieszkania w centrum miasta była dla mnie traumą. Zdziwiło mnie to, traumy kojarzą się z dzieciństwem i wiekiem dojrzewania. Dowiedziałem się, że doznałem prawdziwej traumy. Utraciłem ukochany dom oraz szybki dostęp do środowiska, w którym miałem swoją rozpoznawalną tożsamość i obecność – parki, kluby.


Strata. Słowo, które jak refren powraca w moim życiu.




Dolicz do dwustu

  Było późne lato. Dzień powszedni, popołudnie. Rodzice jeszcze nie wrócili z pracy. Siedziałem w moim pokoiku na blokowisku. Ujadanie mojeg...