18+ Ten blog zawiera osobiste, intymne i bardzo bezpośrednie historie. Jeśli nie masz ukończonych 18 lat, opuść stronę.

czwartek, 6 sierpnia 2026

Zetoidzi



Trudno mi inaczej określać pokolenie zet niż… zjebane pokolenie. Już przy pierwszym kontakcie widać, że z tą generacją jest coś nie tak. Niełatwo odnaleźć wśród nich osobę poukładaną, żyjącą w harmonii ze sobą i światem, funkcjonującą bez wyraźnych zakłóceń i dysonansów. Większość ma poważne trudności przystosowawcze, zwykle tłumaczone neuroatypowością czy ADHD. Problemy wychowawcze, kłopoty z nawiązywaniem relacji rówieśniczych. Pokolenie mało komunikatywne, zubożałe językowo, z telefonem przyrośniętym do dłoni, posługujące się zamiast języka swoistym kodem internetowym – strumieniem reakcji, emotikonów, emoji, skrótów w rodzaju „iksde”. Zjeby smartfonowe, tiktokowe. Roszczeniowcy.


Kacpry, Oskary i Jakuby – tacy do mnie trafiali. I to było straszne. Ciężko ich było namówić na przyjazd. Nie chciało im się fatygować do mnie Boltem na mój koszt, żeby dostać 450 złotych. To był dla nich marny grosz, kasa niewarta minimalnego wysiłku – w wieku dwudziestu, dwudziestu jeden lat. Mnóstwo krętaczy, wykorzystywaczy i zwykłych złodziei.


Władek – ten, który przyszedł, wziął kasę i wyszedł


Pamiętam, kiedy pewnego dnia byłem pijany. Surfowałem dosłownie jak dzika świnia po Grindr, spamując indywidua z pokolenia Zet, właśnie około dwudziestu jeden lat. Musiałem być bardzo pijany, bo nie wiem, jak to się stało, ale znalazł się u mnie typ imieniem Władek.


Była to ciota przegięta, bezczelna, potwornie zarozumiała. Tylko dlatego, że byłem nietrzeźwy, powiedziałem: „ładny jesteś”. Zamiast podziękować, odparł dobitnie: „Wiem, że jestem ładny”. Był to fejk. Wyglądał jak kobieta, nie facet – wielkie usta, olbrzymie rzęsy, typowo sucze kości policzkowe. Najgorsze było jednak zachowanie – każdy gest zdradzał, że to ciota. Patologiczny wręcz przypadek. Mnie podobają się chłopacy, nie panienki. Nawet jego nadgarstki, sposób trzymania telefonu – wszystko zdradzało wychowanie przez kobiety, wśród kobiet, w domu i w szkole. Zero męskości. Do tego ta zarozumiałość, zwłaszcza kiedy opowiadał, że studiuje psychologię. Ta straszna maniera psychologizowania całokształtu rzeczywistości, przekonanie, że pozjadał wszystkie rozumy. Leciała u mnie na procentach Krystyna Janda, „Na zakręcie”. A on: „Ty uważasz, że jesteś na zakręcie?”.


W tym pijackim amoku spamowałem wszystkich tak, że nie z każdym dogadałem się, jaka usługa ma zostać wykonana za kasę. Kiedy już trochę mnie zmęczył tym pierdoleniem od rzeczy, zaproponowałem, że skoro wziął 450, to przejdziemy do sypialni, gdzie poliżę go przez chwilę, zrobię rimming. Odpowiedział, chwytając się w ten ciotowski sposób za podbródek: „Nie czułbym się komfortowo”.


Zatkało mnie. Czuł się komfortowo, biorąc ode mnie kasę i przyjeżdżając na mój koszt Boltem. A teraz odmówił. Odmówił i po prostu wyszedł – z moją kasą. To było straszne, skrajne doświadczenie. Przez cały czas dłubał w telefonie, pisał z innymi, na mnie rzucając jedynie krytyczne spojrzenia. Stał, zamiast usiąść. Traktował mnie jak śmiecia. Wykorzystał mój stan upojenia. Uważał pewnie, że kasa mu się należy za „czas i towarzystwo”. Kiedy wyszedł, poczułem się jak wypluty, zużyty śmieć. Ktoś, kogo okradziono. Dla mnie to była duża kasa. Więcej poznałem w jego pokoleniu takich jak on – patologicznych, egoistycznych ciot.


Kacper – ta owieczka w różowej bluzie


Ten był zupełnie inny – chłopak, męski chłopak, nie przegięta ciota. Miał na imię Kacper, dwadzieścia jeden lat. Przychodził do mnie około 2022, może 2023. Stale gadał, że „pracuje w gastronomii”, nawijał bez przerwy o pracy. Jarał się włoskim ekspresem mojego dziada, takim za kilkanaście tysięcy. Przychodził, bo gastronomia w związku z pandemią przeżywała kryzys i tymczasowo zarabiał znacznie mniej.


Pierdolił coś, że ma niby jedną nogę odrobinę krótszą od drugiej… Przecież był idealny. Jego ciało było szczupłe, ale nie chude. Raczej normalnie zbudowany szczupły chłopak. Włosy miał jak owieczka – ekstremalnie gęste, brązowe wchodzące w blond. Przepiękne, zjawiskowe. Męski typ urody, klatka oczywiście nieowłosiona, włosy na nogach jasne, blond, delikatne. Skupiałem się na jego nogach – stopach i tyłku. Jak zwykle chodziło mi o to, żeby w bezpiecznej odległości od chłopaka czuć jego intymny smak i oddawać hołd czystemu pięknu natury.


Pamiętam smsa, w którym pytał już zupełnie rutynowo: „Stopy czy tyłek?”. Odpisałem „Tyłek”. On powtórzył w osobnej wiadomości: „Tyłek…”. Jemu też to sprawiało przyjemność. Były to seanse ciągnące się nieraz dłużej niż godzinę – godzina lizania tyłka. Masturbował się i jęczał z rozkoszy. Pytałem, czy nie za długo, czy go nie zanudzam, czy już nie ma dosyć. Sapał: „Nie!!!”. Wkurzały go jedynie przedłużające się bifory, bo ja zawsze uwielbiałem włączać swój vintage, zwłaszcza koncert „Zielono mi” z lat dziewięćdziesiątych, nagrany w Opolu po śmierci Osieckiej. Czasem też Ałłę Pugaczową. Znał ten repertuar już na pamięć i czasem po pracy był zmęczony, więc chciał szybko przejść do rzeczy. Był naprawdę piękny, ta owieczka z pracą w gastronomii.


Mimo że był bardzo męski, potrafił się słodko przegiąć. To było u niego fajne właśnie dlatego, że jego męskość była naturalna, oczywista, poza wszelką dyskusją. Miałem od dziada bluzę w kolorze różu. Do mnie nie pasowała – mam delikatną urodę, a takie rzeczy najlepiej leżą na męskich. Od razu pomyślałem o Kacprze. Dałem mu ją. Ucieszył się, choć w swoim stylu – powściągliwie. Doskonale w niej się prezentował. Uśmiechnął się i tak słodko przegiął – samym uśmiechem i trzepotem rzęs. Było to zabawne i bardzo fajne, bo u niego zupełnie niecodzienne.


Jeżeli chodzi o tę powściągliwość: pewnego dnia wyznał, że nie odczuwa empatii. Załamało mnie to. Dodał, że nie czuje też euforii ani rozpaczy, jego nastrój jest płaski. Neuroatypowość – jak mi się wtedy wydawało – była czymś powszechnym w tym pokoleniu.


Jego chłopak miał na imię Oskar i wiedział, że Kacper do mnie przychodzi. Jednak Kacper ukrywał to przed znajomymi. Nie kumałem tych jego oporów. Kiedyś powiedział, że zerwał się od znajomych i co niby miał im powiedzieć… że idzie za kasę? Odpowiedziałem mu: jesteś pierwszym chłopakiem, który widzi jakiekolwiek bariery. Zobacz, to ja jestem twoją dziwką. Kto jest przed tobą na kolanach, kto liże ci jak pies tyłek, kto się upadla? Upadlam się przed tobą, czczę cię, wielbię, a ty jeszcze bierzesz za to kasę. To kto jest tym gorszym, tą prawdziwą szmatą, dziwką? Jemu jednak włączały się jakieś staromodne, wzięte od heteryków schematy. Chore schematy. Pierwszy taki nieżyciowy, jakiego spotkałem.


Po pandemii gastronomia odżyła. Napisałem. Odpisał, że już nie potrzebuje. Zacząłem trochę żebrać, tłumaczyłem, że jednak się przyzwyczaiłem. Odpisał: „No sorry, ale nie, takie życie”. Zaakceptowałem to ze smutkiem, prawdziwym smutkiem, do którego miałem prawo. Ale bez dramatu. Pamiętam smak jego stóp, nóg i tyłka. Był piękny i wart tej kasy. To była naprawdę dobrze wydana kasa. A on był normalny.


Kuba – ten, który chciał mojego lokum


Któregoś razu moje nocne picie przeciągnęło się aż do godzin porannych. Była wczesna jesień. Nienawidzę światła. Postanowiłem, że u mnie w dalszym ciągu będzie noc. Zrobiłem więc to samo, co przed laty w kamienicy – wywiesiłem w oknie koc. Paliły się świeczki, mimo że była już ósma rano. Dlaczego wspominam kamienicę w czasie przeszłym? Bo od lat już w niej z dziadem nie mieszkaliśmy. Wyrzucili nas czyściciele kamienic, temat był w mediach dość głośny. Przeżyłem utratę kamienicy bardzo dotkliwie. To doświadczenie na zawsze mnie zmieniło.


Poranki kryły w sobie niezwykłe walory – o tej porze poznawałem najmłodszych. Traf chciał podobnie. Napisał do mnie dziewiętnastolatek z pobliskiej szkoły. Kuba. Całe to pokolenie zetoidów to zawsze Jakuby, Kacpry i Oskary. Napisał, że wkrótce może u mnie być. Wyskoczyłem do sklepiku w moim bloku, dokupiłem więcej alkoholu.


Przyszedł dość wysoki chłopak o pięknych, jednolicie brązowych włosach. Poza tym niczym specjalnym się nie wyróżniał. Dla mnie był dość przeciętny. Sprawiał jednak wrażenie kogoś zainteresowanego moją osobą. Z późniejszych spotkań wiem, że na podstawie mojego wieku spodziewał się kogoś zrównoważonego, poważnego. Tymczasem ja nabijałem się z filmików z Majorem i Kononem, zwłaszcza z klasyka – rage’u Majora, który z furią bluzga na Konona za jego słynne „Słaaaaawek”. Kuba nie dostał ode mnie żadnej kasy. Nie chciał. A poza tym jakoś nie świrowałem na punkcie jego urody. Seks między nami przydarzył się dwa czy trzy razy. Pamiętam, że spędził kiedyś u mnie noc, kiedy jego klasa wyjeżdżała do Gdańska autokarem spod szkoły o piątej nad ranem. Uczył się wtedy u mnie w kuchni do olimpiady, zapisywał wzory w wielkim zeszycie A4. Hieroglify.


Największy szok, zaskoczenie i przypał przyszedł pewnego dnia w trakcie rozmowy na totalnym chillu. Zapytał mnie w ten wyluzowany sposób, jakby chodziło o najzwyklejszą rzecz na świecie, czy nie udostępniłbym mu lokum, żeby mógł się u mnie spotkać z pewnym małolatem. Wiele rzeczy słyszałem i mało powinno mnie już zaskoczyć, ale odebrało mi mowę. Zatkało mnie. Poczułem się po prostu strasznie. Ból. Poczucie odrzucenia. Schemat wdrukowany mi przez sadystyczną matkę odezwał się natychmiast. Miałem po prostu opuścić swój dom, żeby Kuba mógł tu spotkać się z jakimś drugim młodym chłopakiem. Bo ja, stary dziad, byłem zawadą, czymś, z czego lokum trzeba było wyczyścić. Bolało. Cierpiałem.


Wkrótce potem wybuchła pandemia i przestaliśmy się spotykać. Stałem się dla niego za stary. Nigdy mi tego wprost nie powiedział, ale to czułem. Zresztą okazało się, że jestem starszy od jego matki. Masakra.


Oleh – ten z ukraińską delikatnością


Ilekroć przychodzi mi do głowy Oleh, od razu stają mi przed oczyma dwa miejsca: okropny, położony na wschodnim brzegu Warty, „magazin” oraz równie ohydny hostel z jaskrawymi, oczojebnymi meblami i przestrzeniami wspólnymi. Oleh to – czego po polsku nie słychać – piękne imię. Czytam, że wzięło się na Rusi z języka staronordyckiego. Oznacza „święty”, „szczęśliwy” albo „jasny”. Był to ciemnowłosy, szczupły chłopiec niezwykle delikatnej urody. Młodziutki, osiemnastoletni. Kompletnie nie rozumiem, co tak delikatny chłopiec miałby robić na magazynie, w jakiejś ohydnej fabryce. Co to drobne ciałko miałoby niby dźwigać, jakie ciężkie prace fizyczne wykonywać, w jaki sposób dzień po dniu się niszczyć? Takim jak on powinno się zakazać jakiejkolwiek ciężkiej pracy fizycznej. Był dla niej zupełnie niestworzony: zbyt kruchy, zbyt piękny, nazbyt cenny.


Pamiętam, że była zima 2022, może styczeń. Staliśmy na balkonie. Pytałem, co się stanie, jeśli wybuchnie wojna. Oleh odpowiedział, że wtedy jego mama przyjedzie do Polski. Pochodził z Winnicy. Już wtedy nie pracował na magazynie. Zmienił się nie do poznania. Miał na sobie lepsze ciuchy, przepiękną skórzaną kurtkę. Zapytałem, z czego się utrzymuje, skoro porzucił tamtą pracę. Zaczął się śmiać i wskazał na tę kurtkę z góry na dół, a może po prostu na swoje piękne ciało. Nie było w tym geście wulgarności ani przechwalania się. Po prostu uczciwość. Mówił o sobie, że jest pasywny. Przez długi czas po prostu lizałem mu stopy i tyłek, często obciągałem, a on kończył w moich ustach. Prowadziliśmy długie rozmowy w kuchni, przy świeczce i moim laptopie. Z nim, jak z prawie każdym, też słuchałem „Zielono mi”. Był mi wdzięczny, że pokazuję mu polską diwę – Krystynę Jandę.


Pewnego dnia Oleh zapragnął mnie mieć. Powiedział, że tak, jest pasywny, ale akurat we mnie chce wejść. Chyba wyczuwał we mnie coś delikatnego, wrażliwego, tkliwego. Przynajmniej taką mam nadzieję. Robiliśmy to twarzą w twarz. Leżałem na plecach, miałem rozłożone nogi. Kiedy mnie posuwał, jego złoty łańcuszek dotykał mojej twarzy, odsuwał się i znowu kładł na niej raz za razem. To było piękne. Chłopak jęczał z rozkoszy. Był kolejnym z tych, którzy brali pieniądze, a jednocześnie czerpali z tego przyjemność. I chcieli więcej, więcej niż od nich oczekiwałem.


Któregoś dnia napisałem do niego. Odpisał, że nie mieszka już w Polsce, a w Niemczech. Od początku miałem takie dziecinne, patri-idiotyczne nastawienie. Pytałem go, jak mu się podoba Polska. Myślałem, że powie coś o ludziach, architekturze, komunikacji zbiorowej, tramwajach, drogach. A on tylko: „zarabia się więcej niż w Ukrainie”. Tyle. Nic więcej. Pomyślałem wtedy o moim własnym facecie i o tej jego Szwecji. Tak, obydwaj jej nie znosimy. Jest dla nas tylko i wyłącznie skarbonką. Cała jebana Skandynawia zawsze była dla nas jedynie skarbonką, niczym więcej.


Oleh. Kochany, piękny, ciemnowłosy, delikatny i wrażliwy chłopiec.


Jakub – ten, który wiedział, czego mi brakuje


Gdy myślę o chłopcu idealnym, od razu przychodzi mi do głowy Jakub. Dwadzieścia jeden lat. Dosyć wysoki, ciemny blondyn, niebieskie oczy, ciało gładkie, delikatne jasne włosy na nogach. Chudy. Jest po prostu chudy. Ma śmieszne, wesołe, pogodne tatuaże. Łagodne, a zarazem męskie rysy twarzy. Przepiękne. Zawsze pofarbowana grzywka. Twierdzi, że brak farby na głowie jest dla niego nie do przyjęcia. Ostatnio, kiedy go widziałem, całe włosy miał utlenione. Kolczyk w nosie ledwo widoczny. Jest niezwykle chłopięcy – ma dwadzieścia jeden lat, a wygląda na jeszcze młodszego.


Jest pokoleniowo zetką, a zachowuje się zupełnie jak millenials. Po prostu normalny: komunikatywny, responsywny, empatyczny, łatwo nawiązujący kontakt, domyślający się stanów emocjonalnych drugiej osoby. Doskonale rozumie wszystkie moje słabości, zaburzenia lękowe, dystymię. Nie widzi w nich niczego dziwnego. To zupełnie inne pokolenie – przyzwyczajone do inności, akceptujące. Wszystko pojmuje, niczemu się nie dziwi.


Któregoś dnia byłem zalany w pestkę. Siedzieliśmy w sypialni i nagle, bez żadnego powodu, poczułem, że coś mi jest, czegoś mi strasznie brakuje, czegoś bardzo ważnego nie mam, choć nie potrafiłem powiedzieć czego. Zacząłem płakać jak dziecko. On rozejrzał się, poszedł do kuchni i po chwili wrócił z moim e-papierosem. Wcisnął mi go w dłoń i powiedział tylko: „Poczucie kontroli”. Natychmiast się uspokoiłem. To właśnie e-papieros był tą rzeczą, której mi brakowało. Skąd on o tym wiedział? Kiedyś musiałem mu wspomnieć, a on zapamiętał. To było fenomenalne. Moje funkcjonowanie od razu wróciło. Zamówiłem mu jeszcze Bolta do domu. Zawsze przyjeżdżał do mnie Boltem, choć ostatnio, kiedy u mnie był, wzruszył ramionami i puścił się pieszo. Sześć kilometrów.


Kultywowaliśmy obrzęd czczenia jego młodzieńczego piękna: ja na kolanach, język między jego pośladkami, całowanie i czczenie jego stóp. Często myślałem o tym jako naruszeniu pierwszego przykazania – oddawaniu stworzeniu czci należnej Stwórcy. A może – pocieszam się - to po prostu rozkoszowanie się pięknem natury, tym, co Bóg dla nas stworzył? I to nigdy nie był fetysz. Zawsze chodziło o chłopaka. To chłopak, stworzenie Boże, był celem tego uwielbienia. On był tym pomnikowym pięknem, które darzyłem czcią i uwielbieniem. A ponieważ nie był to jeden konkretny chłopak, w gruncie rzeczy chodziło o samą ideę piękna.


Jakub był jednak pod tym względem wyjątkowy. Absolutnie wyjątkowy. Kocham go nie tylko za wygląd, ale i za zachowanie, za tę jego naturalność, normalność. Nie dziwię się, że bez problemu znalazł pracę jako barman. To zawód, w którym komunikatywność i naturalność kontaktu są podstawą.


Poza tym wydaje mi się, że po prostu lubił do mnie przychodzić. Czasami odnoszę wrażenie, że przez ten splot niezwykłego wyglądu, chudości, chłopięcości i charakteru czuję do niego coś więcej. Z pewnością bardzo silne przywiązanie. Widujemy się rzadko, ostatnio może dwa razy do roku. Jakub to prawdziwy unikat, brylant. Wyrosłem jednak z zakochiwania się i zrozumiem, jeśli odejdzie. Już zresztą chyba się to dzieje. Przed tygodniem napisałem do niego sms i nie otrzymałem odpowiedzi. Kiedyś bym rozpaczał. Dziś zamieniam myśli i uczucia w słowa, piszę prostą muzykę.


Zetoidzi to dziwne, pokręcone pokolenie. Kategorie socjologiczne zawsze bazują na uproszczeniach i stereotypach. Gdybym mógł wybrać, ile chciałbym teraz mieć lat, bez wahania odpowiedziałbym: trzydzieści. Żyłem wtedy najintensywniej na świecie. A ta prawdziwa młodość, ich młodość, to przede wszystkim masa problemów, których nie widać w tych moich nocnych, pijackich migawkach.






















1 komentarz:

Wszystkie deszcze sierpnia

  Szczotkował, czesał, układał, lakierował włosy. Potem prasował spodnie, przymierzał koszulę, długo stał przed lustrem. I tak co wieczór, ...