Mało kto uwierzyłby, że ta pospolita parkowa ciota z ulizanymi włosami na prawie łysym łbie mieszka teraz w takim miejscu.
— Jedziemy do mnie? — kusiła Markowa, mrużąc oczy. Nie była przegięta, miała wysportowane ciało i zawsze kręciła się koło konkretnych lujów. Pojechaliśmy.
Nie znałem tej dzielnicy. Szła przede mną szeroko, sypiąc żartami i pokazując palcem fajnych facetów. Ledwo za nią nadążałem.
Na klatce wbiła kod do domofonu. Prowadziła mnie do schodów. Nagle stanęła przy ciemnoniebieskich drzwiach po prawej i szarpnęła klamkę. Odwróciła się, chwyciła mnie za kołnierz jak jakiegoś kota i wciągnęła w ciemność. Przekręciła klucz.
— Zabijesz mnie! — wrzasnąłem piskliwie.
— Ja nie z tych… — położyła mi palec na ustach, ciepły i męski, śmierdzący tytoniem, a drugą ręką złapała moją dłoń.
Prowadziła mnie długim korytarzem, zgarbiona, oświetlając drogę zapalniczką. Siatka z Tesco obijała się jej o uda. Co rusz zanosiła się niskim, gardłowym rechotem.
Szliśmy po nagim betonie, z lasem rur i przewodów elektrycznych nad głowami. W nozdrza uderzał odór stęchlizny, ziemi, drewna, szczyn i czegoś zwierzęcego, jakby mokrej sierści.
Zatrzymała się przy metalowych drzwiach, wyjęła klucz z kieszeni, pogrzebała w zamku i zdjęła kłódkę.
W zatęchłej klitce łańcuch lampek choinkowych rzucał kolorowe plamy na pożółkłe plakaty z Bravo i Popcornu. Z zakratowanego okienka na żyłce dyndała sztuczna fuksja. Pośrodku niski stolik przykryty ceratą w różyczki i wielka, przepełniona popielniczka. Z kąta rzęziło „Joyride” Roxette. Pod ścianą stała lampka nocna z potłuczonym kloszem. Cuchnęło starym kurzem i tanim tytoniem.
— Co to, kurwa, za miejscówka? — wyrwało mi się.
— Klub lokatorski — powiedziała z powagą.
Po prawej, na poplamionym dywaniku, leżał wielki materac prosto ze śmietnika. Nad nim grube, odłażące z farby rury. Na tym materacu, zawinięty w brązowy, wytarty koc, wylegiwał się chłopak o barach zapaśnika. Unosił się tam specyficzny, słodkawy zapach – pot zmieszany z tanimi bazarowymi perfumami.
— Andrzej! — szturchnęła śpiocha.
Pokazała się twarz zarośniętego bruneta o ziemistej cerze. Powoli uniósł ciężkie powieki i od razu wlepił wzrok w Markową. Na jego twarzy pojawił się leniwy, błogi uśmiech.
— To Mati — przedstawiła mnie.
Dopiero wtedy łypnął na mnie mętnym wzrokiem.
— Następny… — wybełkotał, ledwo otwierając oczy, i znów odpłynął.
— I jak? — Markowa uniosła podbródek z tym swoim lisim, mokrym uśmieszkiem.
— No… śliczny — przyznałem.
Wyjęła z siatki dwie butelki piwa. Jedną wcisnęła mi w rękę, drugą otworzyła i zaczęła żłopać, szczerząc się tak szeroko, że widać jej było wszystkie braki w uzębieniu.
— Przytulnie tu macie — kiwnąłem brodą na rury ciepłownicze.
— Siadaj na łóżku — odpaliła szluga i zaciągnęła się głęboko.
— Dzięki, boję się, że coś mnie oblezie.
— Nie myśl o tym — zarechotała zza chmury dymu.
Andrzej tylko raz powoli oblizał usta i mruknął coś pod nosem — brzmiało jak „no dawaj”.
Ubikacja mieściła się w dawnej pralni, na końcu korytarza. Światło nie działało. Stała tam wysoka szafka z metalowym basenem wypełnionym po brzegi moczem. Strumień uderzał na oślep i rozbryzgiwał się na wszystkie strony. Czułem, jak ciepła wilgoć wsiąka mi w buty.
— No to ile dasz za show? — zapytała prosto z mostu.
— Dwie dychy, ziomek jakiś nie teges. Nie wiem, czy nam tak w ogóle wolno...
— Pięć dych! Zajebisty lujec!
— Lecz się — zaśmiałem się, wyjmując z kieszeni dwadzieścia złotych.
— Ty zawsze na krzywy ryj — mruknęła, łapiąc banknot.
— Ale ogólnie wszystko z nim w porządku? — nie odpuszczałem.
— Kurwa, zawsze te twoje pierdolone podejrzenia! Normalny chłopak z lekkimi problemami. Nie ma prawa się zerżnąć, czy jak? — rzuciła z wściekłym błyskiem w oku.
— No dobra, skoro kontaktuje, to chyba ma.
— No właśnie, dzięki za pozwolenie, panie normalny — stuknęła się w czoło.
Wróciliśmy do Andrzeja. Nie było gdzie umyć rąk. Moje skarpetki były mokre.
Usiadła na materacu i zaczęła zdejmować buty. Potem jednym ruchem ściągnęła koszulkę. W mdłym świetle piwnicznej żarówki jej ciało wyglądało idealnie – szerokie ramiona, twardy brzuch, ładnie wyrzeźbione mięśnie.
Obróciła się tyłem do mnie. Wtedy zobaczyłem je. W dole pleców, tuż nad paskiem spodni, białą sieć starych rozstępów. Mnóstwo. Nie psuły jej. Wręcz przeciwnie.
Coś mnie ścisnęło. Miałem dokładnie takie same. Kiedyś się ich wstydziłem jak cholera. A ona nosiła je jak coś zupełnie normalnego. Chciałem przejechać po nich językiem. Chciałem je pocałować.
Powstrzymałem się.
Rozpięła pasek, zsunęła wszystko jednym ruchem i kopnęła ciuchy w kąt. Andrzej przewrócił się na brzuch i opuścił bokserki do kolan. Robili to bez słowa, tylko materac skrzypiał pod nimi. Andrzej wbijał twarz w koc.
Na skroni Markowej pulsowała gruba, sina żyła. Skończyła krótkim, zdławionym warknięciem. Otarła twarz.
Andrzej odwrócił się i spojrzał na mnie. Czekał.
Byłem już wstawiony i bardzo chciałem być razem z nimi. Spróbowałem.
Położyłem się na nim. Zacząłem to robić. Czułem jego masywne, ciepłe ciało, spokojny oddech, zapach starych fajek i spoconej skóry. Przez chwilę wszystko było dobrze.
Nagle coś we mnie puściło, głęboko w środku. Wróciła przychodnia, igła w żyle, te dni czekania na wynik, blistry Relanium. Straciłem siłę, nogi zaczęły mi drżeć, zmiękłem.
Odsunąłem się.
Andrzej patrzył na mnie długo. Jego zamglone spojrzenie zniknęło. W rozwartych, żywych oczach zobaczyłem jedno — rozczarowanie.
Twarz Markowej stężała.
— Weź wypierdalaj stąd, pedale! — ryknęła.
Wypchnęła mnie na korytarz. Szczęknęła kłódka, potem zasuwka. Zostałem w ciemności.
— Marek, kto to był? — dobiegło zza drzwi.
— Nikt! — zagrzmiała tamta — Szmata, która lata po parkach za jakimś kolesiem! Ryczy i pisze wierszyki. Kurwa melodramatyczna!
Przywarłem czołem do drewnianej kraty. Oni tu naprawdę żyją. Bez dramatu, bez lęku, bez jebanych wierszy. Schodzą na dół, rżną się, palą szlugi i śpią.
Chciałem tak samo. Chciałem przestać być tą żałosną ciotą, która nie umie żyć.

ostre ale fajne, brutalne ale pociągające zarazem
OdpowiedzUsuń