18+ Ten blog zawiera osobiste, intymne i bardzo bezpośrednie historie. Jeśli nie masz ukończonych 18 lat, opuść stronę.

czwartek, 27 sierpnia 2026

Wszystkie deszcze sierpnia

 





Szczotkował, czesał, układał, lakierował włosy. Potem prasował spodnie, przymierzał koszulę, długo stał przed lustrem. I tak co wieczór, przez całe lato.


Na cmentarzu nocą niewiele widać, na co mu więc była ta pomadka, ten sztywny kołnierzyk? Na końcu i tak zostawały krzaki, kolana w trawie, rozmazany makijaż i „masz może chusteczkę?”.


W dzień siedział przy biurku, logował się i zaraz wychodził. Z kuchni dochodził stuk talerzy. Głos starszej kobiety: „Stygnie”. Na GG migały okienka: „Elo, Cwelik, masz nowego luja?”, „Kurwa, znowu Ci odwala? Lecz się XD!!!”. Nie reagował. Próbował pisać wiersze o Rowerzyście, który miał go już dwa razy. Ale wersety nie wychodziły. Wychodził tylko szlam.


Gdy zbliżał się wieczór, ciało się spinało, ręce zaczynały drżeć. Wystarczyło, że w głowie pojawił się Rowerzysta z kimś innym – i już zrywał się sprzed kompa jak wariat: do łazienki, przed lustro, a potem schody, brama i szybkim krokiem przez wzgórze dwóch kościołów – prosto na cmentarz na zboczu, gdzie schodzili się ci, co wiedzieli.


Przychodził pilnować. Czaił się w cieniu, wypatrywał światełka roweru, nasłuchiwał głosów – byle Rowerzysta nie przyjechał, byle z nikim nie rozmawiał, byle z nikim nie poszedł.


Sprawdzał pogodę trzy razy dziennie, uczył się barometru, zaznaczał na kalendarzu dni z opadem. Były tylko dwa – dwa dni wolności. Wsiąkł w to tak bardzo, że zadzierał głowę, wypatrywał chmur, modlił się o deszcz. Wyobrażał sobie ulewy, nawałnice, grad – potoki rozmywające ścieżki, błoto wciągające koła. Rowery znikające na dobre.


Ale niebo pozostawało czyste, wieczory upalne. Cwelik przychodził więc w tej swojej czarnej kurteczce, lustrował okolicę, pociągał nosem i zerkał na zegarek.


Były noce, gdy Rowerzysta nie przyjeżdżał. Cwelik krążył wtedy wolniej. Zatrzymywał się przy starych płytach, odczytywał daty. Zadarł kiedyś głowę i liczył gwiazdy nad świerkami — doszedł do dwunastu, zanim sobie przypomniał, że roweru nigdzie nie ma. Że nie trzeba pilnować. Przez chwilę stał z rozwartymi ustami i powietrzem w płucach.


Aż nadeszła noc, gdy ciszę przerwał szum opon. W zaroślach mignęła czarna czapeczka i było za późno, by posłuchać tych, co radzili: nie chodź tam, nie patrz, bo zwariujesz.


Cwelik starał się wyglądać normalnie. Stanął tak, jakby wypatrywał kogoś innego – odwracał głowę do drzew, grzebał butem w piachu, gapił się w martwy ekran swojego Yari. Nie potrafił. Schował telefon. Ciotki powtarzały mu przecież, że ma wszystko wypisane na ryju.


Przechodził obok Rowerzysty o wiele za często. Zwalniał tuż przy nim, chłonął woń Hugo Bossa Red i przyglądał mu się z obłędem w oczach. Rowerzysta trwał w lekceważącym bezruchu. Siedząc okrakiem, opierał stopę o murek. Pochylony nad kierownicą, patrzył przed siebie spod daszka, choć zawsze kątem oka śledził go – jakby mówił: wezmę cię, jeśli nie przyjdzie nikt lepszy. Albo i nie wezmę.


Tej nocy na cmentarzu kręciły się stare ciotki. Był też nieco młodszy blondyn, ale pulchny, ubrany byle jak, lękliwy – jakby sam nie wiedział, po co tu przylazł. To nie był on.


Rowerzysta odjechał na przeciwną stronę stoku – za szerokie schody i potężny cokół. Zniknął tam, gdzie cmentarz stawał się mniejszy, bardziej zadbany.


Wtedy zaczęło przybywać obcych cieni. Cwelik rozglądał się niespokojnie. Przełykał nerwowo ślinę, dławiąc tę natrętną myśl, że zaraz tam, na tamtej stronie, pojawi się ktoś młodszy i ładniejszy od niego. Że właśnie teraz to się dzieje.


Zbiegł po stopniach między grobami, a potem ruszył w lewo, na „dolną półkę” – alejkę gęsto obsadzoną świerkami. Parł naprzód z zaciśniętym gardłem. Przeciął oświetlone schody, minął cokół.


Gdy tylko wpadł między ścieżki po drugiej stronie, poczuł, że grunt pod nogami staje się niepewny. Wszystko, co sobie wmówił, zaczęło trzeszczeć. To, co tak uparcie od siebie odpychał, stawało się teraz realne.


Nie pomylił się. Kilka metrów przed nim, tam, gdzie alejka gwałtownie skręcała pod górę, leżał na ziemi wielki, drapieżny kształt. Rzucony na samym środku dróżki.


Jego rower.


Gdzie jest Rowerzysta? I gdzie blondyn? Cwelik patrzył na ramę, na koła. Wszystkie maleńkie marzenia rozsypane w piachu jak śmieci – podeptane, pogięte, zmiażdżone między szprychami.


Ukrył się w zaroślach, ukląkł, zakrył twarz dłońmi. Kołysał się skulony, dławiąc w sobie dziki, gardłowy dźwięk. Czy teraz nasłuchiwać jęków, tropić ich w ciemności, zobaczyć, jak TO robią – czy wytrzymać tę czarną godzinę, wrócić do domu z godnością i dopiero tam… zdechnąć?


*


O poranku, gdy sierpniowy deszcz rozdzwonił się po szybach – ten sam deszcz, na który Cwelik tak długo czekał – w kamienicy panował duszny upał. Powietrze stało gęste, przesycone smrodem gołębi zagnieżdżonych na strychu. Cwelik leżał wciąż w bezruchu, wpatrując się w sufit. Oddychał płytko, ostrożnie.


Wieczorem znów stanął na cmentarzu. Brakowało mu sił, trzymał się z dala, ruszał niewiele.


Tylko oczy pracowały czujnie, śledząc, jak Rowerzysta znów mknie przez alejki, znika za grobami, chowa się za budką transformatorową i nagle wyrasta na górce. Zatrzymywał się tam na chwilę i spoglądał z góry, wyprostowany, władczy. Wtedy oczy Cwelika na moment odżywały, rozbłyskiwały nagłym światłem, bo zrywał się wiatr i widział, jak koszula tamtego łopocze dumnie. Wyglądał wtedy jak wódz na szczycie bastionu.


Cwelik siedział na murku i patrzył w górę. Coś w nim powoli gasło. Słoność napełniała go od piersi aż pod krtań.


Kiedy po raz czwarty Rowerzysta przejechał obok niego bez słowa, opuścił ręce i powłóczył do domu. Uszedł kawałek, gdy usłyszał za sobą pisk. Odwrócił się. Rowerzysta znów tam był, siedział tak samo jak wcześniej, wsparty czubkiem buta o murek.


Ile razy Cwelik przyrzekał sobie, że nie będzie się już tak upadlał? Że w podobnej sytuacji odejdzie obojętnie? Jednak ciotki powtarzały, że obok takiego towaru po prostu nie da się przejść.


Zatrzymał się. Odwrócił. Zrobił mały krok, potem kolejny, aż podszedł tak blisko, że zapach potu i Hugo Bossa Red tamtego uderzył go w twarz. Serce mu zamarło.


Rowerzysta najpierw obejrzał but, potem zabił komara na ręce. W końcu uniósł głowę i powiedział:


– Co tam?






1 komentarz:

  1. Fajny tekst , dobrze się czyta , dawna epoka : telefon Jari XD

    OdpowiedzUsuń

Wszystkie deszcze sierpnia

  Szczotkował, czesał, układał, lakierował włosy. Potem prasował spodnie, przymierzał koszulę, długo stał przed lustrem. I tak co wieczór, ...