Poznałem go w 2008 roku na gejowskim forum. Nick Xellos. Napisał do mnie PW. Zaraz potem wysłał mi maila i zdjęcia na o2 — dziewiętnastolatek z Krakowa — inteligentny, elokwentny, cholernie ładny. Pisał długie, egzaltowane wypowiedzi o Mareczku — koledze z klasy, z którym chciał zaliczyć swój pierwszy raz. A jeśli nie z nim, to z innym rówieśnikiem lub nieco młodszym.
Przenieśliśmy się na GG. Okno rozmowy nie znikało z ekranu. Pisał niemal bez przerwy. Przeżywał etap myślenia magicznego. Wróżki, moc afirmacji i modlitwy, wyjazdy do szeptuchy na Podlasie. W pewnym momencie uznał, że jeśli on spełni moje marzenie, to wszechświat spełni jego. Moje marzenie było banalne - chciałem zwyczajnie całować stopy nastolatka.
Poleciałem z Belgii do Wrocławia, skąd tłukłem się dalej pociągami do Krakowa. Podróż zajęła cały dzień.
Gdy wszedł do hotelu, byłem poruszony — wyglądał jeszcze młodziej niż na zdjęciach. Włosy z pasemkami blond, staranny ubiór, szczeniacki uśmiech. Szykował się na to wyjście ponad godzinę, ale zachowywał po męsku, nonszalancko, miał niski głos. Przyniósł słodki owocowy likier. Kilka łyków i przyszedł upragniony luz.
Spełnił moje marzenie. Całowałem jego duże stopy. To był mój sposób na bezpieczne zbliżenie się do chłopaka, przy którym byłem nieśmiały. Mogłem czuć smak i zapach tej zakrytej, intymnej części ciała, zachowując dystans i ograniczoną interakcję.
Z Xellosem alkohol również zrobił swoje — przyciągnął mnie do siebie i zaczął całować gwałtownie, na wiele sposobów. Nie dziwiło mnie to — nastolatki rozpoczynają eksperymenty z cielesnością od pocałunków, więc robił to, co najlepiej potrafił. W miarę ubywania zawartości butelki nakłonił mnie do pieszczoty ustami. Trwało to długo, bez wyraźnego końca. Bolała mnie żuchwa. Później w środku nocy wyciągnął mnie jeszcze na spacer po mroźnym Krakowie.
Zostało mi kilka fot z tamtego spaceru na dysku. Zrobione moim czerwonym Yari, który niejedno widział, zarejestrował niejednego luja śpiącego u mnie w kamienicy. Od niedawna pracuję nad odświeżeniem mojej kolekcji.
Przez kolejne miesiące poświęcałem Xellosowi masę czasu. Godziny rozmów na gadulcu do siódmej rano — mama wychodziła do pracy, a ja wciąż wisiałem w sieci. Całymi dniami przesiadywałem w T-shircie i spodniach od piżamy przed CRT, a on trajkotał o swoim życiu. Zaniedbałem dla niego własne obowiązki, których i tak miałem niewiele.
Spotkaliśmy się jeszcze raz, w hotelu nad posterunkiem policji, gdzie kręcono „W11”. Z telewizora płynęła nuta z przypałowym głosem wokalisty grupy Feel. Xellos siedział w balkonowym oknie, odpalając jednego papierosa od drugiego, sączył piwo. W pewnym momencie odwrócił się i zaproponował, byśmy poszli na całość i bym to ja był pasywny.
Odmówiłem. Tak naprawdę pragnąłem tego, ale przecież od miesięcy powtarzał, że planuje zaliczyć swój pierwszy raz z Mareczkiem albo kimś podobnym.
Teraz siedział rozluźniony w oknie i dyktował swoje warunki.
Długo wierzyłem, że postąpiłem słusznie. Z czasem zacząłem jednak podejrzewać, że wziął moją postawę za słabość i zwyczajnie mną gardził. Kiedy pewnego razu na gadulcu wspomniałem mu o moim poświęceniu, przemilczał to. Pomyślałem, że jak większość z nas i tak zaliczył swój pierwszy raz z kimś przypadkowym, z byle kim w Coconie — najpopularniejszym wtedy gejowskim klubie w Kraku.
Ta historia skończyła się równie banalnie, jak zaczęła. Kilka kłótni o byle co, a potem tylko: To nara, piesku admina.
Długie miesiące intensywnego kontaktu i ta jedna, ostatnia linijka tekstu w okienku na GG. Z emotem uśmiechniętej buźki.
Był inteligentny, wygadany, zabawny. Ale nieustanna troska o wygląd i powtarzanie, że jego młodość nigdy się nie skończy, zostawiły mi obraz kogoś, kto bardzo pilnuje swojej fasady.
Zbyt późno zrozumiałem, ile miesięcy życia, uwagi i energii spaliłem na internetowe fantazje. Na złudzenie stworzone przez kilka pięknych zdjęć i młody wiek chłopaka, którego tak naprawdę wcale nie znałem. Na stawianie sobie absurdalnie wysokich wymagań etycznych wobec kogoś, kto i tak miał to wszystko w dupie.
W końcu wróciłem tam, gdzie życie jest brutalne, ale przynajmniej czytelne — do parku. Tam reguły były proste i surowe. Nikt nie tracił miesięcy na pierdolenie w chuj.
Bo prawdziwe życie nie toczy się w Internecie. Ono w nim umiera.

Juz ojciec swiety Aleksander Szosty, nawiasem mowiac otruty arszenikiem przez swego nastepce na tronie Piotrowym imie ktorego mi wypadlo z pamieci , juz ten ojciec Swiety zwykl mawiac iz predzej wielblad przejdzie przez ucho igielne.nizli pedal kiedykolwiek dostanie sie do Krolestwa Niebieskiego.
OdpowiedzUsuńLata dwutysieczne znacza wzrost znaczenia tzw. Ciotostanu Walczacego, czytaj podobienstwa z Solidarnoscia Walczaca konca lat osiemdziesiatych.
OdpowiedzUsuńRoznica pomiedzy obydwoma organizacjami byla jednak gruntowna w tym ze ta pierwsza wspiera pazernosc I proznosc ciotostanu zas ta druga reprezentuje nihilizm radykalnej prawicy.
Proletariusze Ciotostanu Walczacego laczcie sie !