Kamienica, ostatnie piętro. U Piotrka w mieszkaniu jak zwykle pachniało luksusem z bezcłowych sklepów – w łazience stały drogie flakony, w pokojach paliły się dziesiątki zapachowych świeczek i mrugały te jego zabawne, designerskie lampki i ozdoby. W kącie stała sztuczna choinka z Reykjaviku.
O północy wyszliśmy na balkon. Pod bramą wyrostki odpalały fajerwerki i petardy. Nad dachami Starego Miasta wisiała gęsta, purpurowa łuna dymu, a w mroźnym powietrzu unosił się ostry zapach spalenizny. Piliśmy absynt, który Piotrek przywiózł ze swojej podróży do Popradu. Zielony, gęsty, obłędny – miał siedemdziesiąt procent. Wchodził doskonale, natychmiast rozgrzewając od środka. Tuliliśmy się. Między nami od dziesięciu lat była czysta czułość i miłość. Piotrek znał mnie na wylot. Wiedział, że z natury jestem kurwiszonem. Pamiętam, jak kiedyś podczas ulewy w parku, zmarznięty na nieczynnym przystanku, pisałem do niego w histerii: „przyjedź ratować”, a on natychmiast zjawił się naszym czarnym autem. Bez wyrzutów. Uśmiechnięty.
W Nowy Rok, pod wpływem absyntu, w mojej głowie znowu lęgły się kosmate myśli – parkowa obsesja, ciekawość otoczenia, zwierzęce oczekiwanie na nagrodę.
Była może druga w nocy. Za oknem prószył śnieg, ulice były od kilku godzin całkowicie białe. Poczułem, że muszę wyjść. Wiedziałem, że w parku odjebie się jakaś akcja, że zwalą się tam luje wracający z imprez. Urwałem się wcześnie.
Szorowałem przez miasto sprężystym krokiem. Przez Plac Wolności, Święty Marcin, a potem w lewo tą małą, ukrytą w bramie uliczką niemal prosto do parku. Śnieg sypał mi w twarz, ale po absyncie było mi gorąco. Przeciąłem wybrukowaną starą kostką ulicę, dzielącą park na pól, i zatrzymałem się przy pomniku Słowackiego. Pusto. Biało. Żywej duszy.
Ruszyłem w stronę przystanków autobusowych. I wtedy, od strony ulicy, zobaczyłem jego.
Wchodził do parku charakterystycznym, lekko podskakującym krokiem. Wysoki, energiczny chłopak bez czapki, w kurtce, z dłońmi schowanymi głęboko w rękawach, jakby nie nosił rękawiczek. Wpadliśmy na siebie od razu. Spojrzeliśmy sobie w oczy i obaj wiedzieliśmy, po co tu jesteśmy.
– Coś się w środku teges? – zagadał dla pewności.
– Ja jestem – wypaliłem prosto z mostu, bezczelnie, bez cienia uśmiechu.
Miał najwyżej dwadzieścia dwa lata. Szczupły, o nieco ciemniejszej karnacji, z włosami w kolorze ciemnego blondu. Śnieg osiadał mu na brwiach i słodko przyprószał czuprynę. Przedstawił się jako Rysiu – imię pasowało bardziej do naszych ojców niż do tego młodzika, co w sumie było urokliwe. Powiedziałem, że jestem trochę pijany. On, że ma tak samo.
Ruszyliśmy tam, gdzie chodziło się w tamtych latach. Na Wolne Tory.
To było wielkie składowisko wycofanych z użytku, zardzewiałych wagonów, ale na bocznych torach stały też składy przygotowane na poranny wyjazd. Szybko znaleźliśmy taki pociąg – czysty osobowy piętrus. Weszliśmy do środka, na piętro. Nie było tam światła ani ogrzewania, ale mnie było ciepło. Ściągnąłem czapkę, zgrzany szybkim marszem. Przez okna wpadała odległa łuna miejskich świateł i poświata od strony dworca.
– To nie SOP. To penery.
Rzeczywiście, wokół starych składów kręcili się bezdomni. My jednak siedzieliśmy w bezpiecznym, czystym przedziale.
Gdy kroki na dole ucichły zaczęliśmy się dotykać. Klęknąłem przed nim i wziąłem go w usta. Rysiu westchnął głęboko, odchylił głowę i oddał się tej pieszczocie całkowicie.
Ale tej nocy to nie wystarczyło żadnemu z nas. Wstałem, odwróciłem go tyłem do siebie. Impuls napędzany absyntem i tą dziką pewnością siebie, której nauczyłem się od mojego pierwszego luja z piwnicy – Radka – był bardzo silny. Tamtej nocy w moim bloku piwo pokazało mi, że potrafię przejąć inicjatywę, być zdecydowany i męski. Ta lekcja została we mnie na dobre.
Stanąłem za nim. Zsunąłem mu spodnie. Rysiu nie protestował – stał posłusznie, biernie, jakby właśnie oczekiwał ode mnie tego przejęcia kontroli. Oparł się rękami o siedzenie.
Brałem go, trzymając mocno za biodra. Czułem, jak drży, ale całkowicie mi się poddaje. Wszystko działo się szybko, w rytmie przyspieszonych oddechów, aż do momentu, gdy moim ciałem wstrząsnęło długie doświadczenie spełnienia.
Wtedy Rysiu nagle osłupiał.
– W środku?! – wyrwało się mu, z nagłym niedowierzaniem. – W środku?!! Nie wyjąłeś?!
Zastygłem na chwilę.
– Powinienem był? – zapytałem szczerze.
– Ty jeszcze się pytasz??? – w jego głosie strach całkowicie wyparł wcześniejsze emocje.
Nie kontynuowaliśmy tej rozmowy. Przez dłuższą chwilę staliśmy w milczeniu, słysząc jedynie własne, ciężkie oddechy. Ubraliśmy się w ciszy. Wyszliśmy z wagonu i wróciliśmy do parku, nad którym leniwie prószył śnieg.
Odprowadziłem go na przystanek. Powiedział, że jedzie na osiedle Lecha – wtedy jeszcze nie wiedziałem, że tak naprawdę jego domem jest klatka schodowa na ostatnim piętrze wieżowca. Dopiero na przystanku, pod wiatą, puściły mu nerwy. Podniósł głos:
– Jeśli ja przez ciebie będę chory! Jak w ogóle mogłeś... Jesteś nieodpowiedzialny gówniarz!
Spojrzałem mu prosto w oczy. O dziwo, czułem zaskakujący spokój, niemal obojętność. W tamtym momencie nie miałem sobie nic do zarzucenia.
– Nie zachorujesz, jestem zdrowy – odpowiedziałem stanowczo – Myślałem, że ty też tego chciałeś. Jeśli się boisz, możemy zrobić badania. Nocą na Grunwaldzkiej, ja zapłacę.
Wysłuchał mnie, a mój ton chyba go uspokoił. Podałem mu swój numer, wysłał mi głuchacza. Zapisałem: Rysiu.
Spotykaliśmy się potem jeszcze kilka razy. Był naprawdę fajnym, wartościowym chłopakiem – prostym, ale ciepłym, zabawnym, z tym swoim charakterystycznym, lekko podskakującym chodem.
Kiedy w końcu nadjechał jego autobus, odprowadziłem go wzrokiem, a sam wróciłem na dworzec, wsiadłem w nocny N35 i pojechałem do domu, do rodziców i pieska. W głowie, jak w zapętlonym wideo na YT, na zmianę wyświetlały mi się dwa skrajne obrazy: bezpieczne, pachnące luksusem i świecami mieszkanie Piotrka i ta surowa, śnieżna przygoda z Rysiem w otoczonym poświatą wagonie. Sylwester 2010.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz