18+ • Surowe i intymne treści
Ten blog zawiera szczere i bardzo bezpośrednie historie. Prosimy o dyskrecję. Osoby poniżej 18 lat prosimy o opuszczenie strony.

niedziela, 31 maja 2026

Organizm

Kiedy Marcin zbliżał się do parku, słychać go było z daleka. Stadionowy, pijacki ryk: „Lech! Lech!”, „Arka Gdynia!”. Wyrzucany z potężną, zwierzęcą siłą rozdzierał noc.

Szedł środkiem alejki. Jakby park był jego jebanym podwórkiem, na którym nikt nie ma prawa mu podskoczyć. Jakby cały świat należał do niego. Jakby nigdy nie przyszło mu do głowy, że mogłoby być inaczej. Kosze na śmieci, które nawet nie stały mu na drodze, obrywały z buta. Po prostu naruszały harmonię jego lujowskiego świata. Musiał je ustawić.

Drzewa drżały. Cioty milkły i rozstępowały się przed nim jak stado gołębi przed psem.

Zobaczyłem go pierwszy raz przy Słowackim. Był jasnością. Otaczała go jakaś niesamowita poświata. Środek lata. On w marynarskiej koszulce w biało-niebieskie pasy i krótkich spodenkach. Na głowie biała bejsbolówka. Miał dwadzieścia pięć lat i twarz, która mimo ciemnego blondu po prostu lśniła. Była w niej idealna symetria i chłopięcość. Przełamywały ją tylko te wielkie, odstające uszka. One wszystko psuły i wszystko naprawiały. Przez nie nie dało się go brać do końca poważnie jako zagrożenia, ani przestać na niego patrzeć.

Miał ciało szczupłe, niemal chude. Ale o tej sprężystości, która nie wie jeszcze, co to kac i rozpad. Zero siłowni. Zero wyrzeźbionych mięśni. Tylko naturalna siła. Na ramionach tatuaże zrobione w jakiejś piwnicy przez debila z maszynką. Na nogach ciemny blond gęstych włosów. Bezczelne, pewne siebie spojrzenie. Nieprzepraszające za to, że żyje. Wyglądał jak zły dzieciak z blokowiska, który akurat nauczył się pić i rżnąć.

Moje totalne przeciwieństwo. Patrzyłem na niego jak zahipnotyzowany. Absolutna fascynacja.

Zacząłem o niego rozpaczliwie rozpytywać. Dowiedziałem się szybko: heteryk. Przychodzi po zasoby: kasę, piwo, dach nad głową. Nic więcej go nie interesowało. Czysty pragmatyzm. W parku był zjawiskiem osobnym. Nie należał tam, a jednocześnie był u siebie. I miał to głęboko w dupie. Był ekspansywnym organizmem, który zaspokajał potrzeby. Groźbą i przemocą usuwał przeszkody z drogi. Był w tym całkowicie naturalny. Jak zwierzę, które nie zna pojęcia wstydu.

Na Wolnych Torach, przy zardzewiałych, wycofanych wagonach, pozwolił mi na zbliżenie za kilkadziesiąt złotych. Cały czas mnie poganiał. Patrzył na mnie, klęczącego przed nim, z obojętnym wyrazem twarzy. Nakazywał mi się śpieszyć, bo „cięły komary”. Powtarzał, że nie ma czasu. Był miękki. Czysta transakcja, z której nie czerpał żadnej przyjemności. Obowiązek, który trzeba odbębnić, żeby jak najszybciej kupić browara.

Te migawki w krzakach w żaden sposób nie naruszały jego męskości. Pasożytował na środowisku, które dawało mu przeżyć. Maksymalizował zyski. Nie akceptował żadnej straty. Pamiętam, jak kiedyś w nocy wyciągnął ode mnie najpierw trzydzieści złotych, potem wyrwał kolejne dwadzieścia. Wziął pięćdziesiątkę i obiecał, że tylko skoczy na stację po piwo i zaraz wróci do krzaków. Oczywiście nie wrócił.

Mimo tego wszystkiego Marcin potrafił być tarczą. W parku napady, pobicia i rabunki były codziennością. Raz osaczył mnie jakiś niezrównoważony typ z długimi, brudnymi kłakami. Groził mi. Skamieniałem ze strachu. Byłem pewien, że mnie pobije. Wtedy Marcin wyrósł jak spod ziemi. Uspokoił tamtego – znali się.

— Zostaw go, to mój ziomek, jest spoko — powtarzał, dopóki tamten nie odpuścił. Uratował mnie, bo byłem jego „zasobem”, o który należało zadbać.

Marcin nigdy nie udawał kogoś lepszego. Wulgarny, brutalny, bezczelny. Potrafił wydrzeć się komuś prosto w twarz o kilka złotych na piwo. A potem przyjść do mnie spokojny jak kot i usiąść obok na ławce.

Później była ta działka w Suchym Lesie. Wysiadł z tramwaju na pętli w koszulce poplamionej krwią.

— Co się stało, Marcin?! — zapytałem przerażony.

— A nic. — wzruszył ramionami — Poszarpałem się z jednym typem.

Na działkę pojechaliśmy taksówką. Było gorąco. Było chlanie. Było lato. W altance pił na umór. Właściwie nigdy nie widziałem go do końca trzeźwego. Piwo było dla niego jedynym słusznym napojem. „Darem natury” – tak mówił o Żubrze. Narkotyków nienawidził. Z niesmakiem podchodził do tego, że muszę przyjmować psychotropy.

Zażądał kasy z góry, ale potem unikał kontaktu. „Nie teraz”, „później”. Gdy był kompletnie schlany, pozwolił mi w końcu na pieszczotę ustami. Zawsze traktował to jako coś, co w żaden sposób nie godzi w jego męskość. Także i tym razem nie poczułem, by stwardniał.

Rano wracaliśmy piechotą kilka kilometrów do miasta. Słońce biło w asfalt. Przy wiadukcie Narutowicza zatrzymałem się i powiedziałem:

— Marcin, popatrz. To jest piękny wiadukt, wygląda jak okręt. Nazywa się imieniem prezydenta, którego zastrzelili w zamachu.

Spojrzał na konstrukcję, splunął na bok i rzucił:

— A chuj z nim.

— Ty chyba nie lubisz książek?

— Kurwa, najbardziej na świecie.

Roześmiałem się. Nie dlatego, że to było mądre. Właśnie dlatego, że nie było. Marcin nie udawał. Nie udawał wrażliwego. Nie udawał ciekawego świata. Nie udawał niczego. Nienawidził książek, nienawidził gadania, nienawidził pozowania. Był po prostu sobą – brutalnym, prostym, żywym organizmem.

Szedł dalej z rękami w kieszeniach. Lekko zgarbiony, kopiąc po drodze kamienie. A ja znowu czułem to swoje dziwne wzruszenie. Nigdy mu tego nie powiedziałem. Dla niego byłem pewnie jedną z wielu ciot kręcących się po parku. A ja zbierałem go sobie do środka kawałek po kawałku. Jego głos. Pijane śpiewy. Odstające uszka. Tę brutalność wymieszaną z chłopięcością.

I właśnie za to go kochałem.

Potrafił mnie obronić, pozwolić mi na zbliżenie, a potem zniknąć na tydzień bez słowa. Był jak dziki pies – raz liże po twarzy, raz gryzie. Zbierałem go. Każde jego „a chuj z nim”, każde kopnięcie w kosz, każdy pijany ryk na całą alejkę. Wkładałem to sobie głęboko do głowy i nosiłem jak skarb. On nigdy nie wiedział, że jest zbierany. I nigdy nie musiał wiedzieć. Po prostu był. I to wystarczyło.

Dziś widuję go czasem w knajpach. Siedzi przy jakimś starszym geju, który stawia mu kolejki. Marcin się nie zmienia. Dalej jest tym niegrzecznym lujem z odstającymi uszkami. Bierze od świata to, co mu potrzebne, i nigdy za to nie przeprasza. On po prostu jest.

Lata mijały. Życie wyświetlało film z Marcinem – a może tylko zapętlonego gifa. Płynnie przechodziło od jasnego anioła spod popiersia poety do mężczyzny ze zniszczoną słońcem skórą. Kiedy zobaczyłem go jako trzydziestosiedmiolatka, wciąż nosił bejsbolówkę. Ale biologia wystawiła rachunek.

Skóra, spalona słońcem bez żadnych filtrów, stała się brązowa i zjechana. Włosy na nogach ściemniały i zgęstniały. Sprawdziłem to potem na Wiki: u takich jak on słońce nie rozjaśnia włosów, tylko pobudza cebulki do produkcji ciemniejszego pigmentu. Jego ciało po prostu zbroiło się przed upałem. Braki w uzębieniu biły po oczach przy każdym uśmiechu.

Ostatni raz wtargnął do mojego życia bez zaproszenia. Zwalił mi się na chatę z odpychającym, grubym typem. Nie pytał o zgodę – przyszedł jak po swoje i wziął dwieście złotych za nic. Czułem od niego zapach ulicy, potu i klatek schodowych. To odebrało mi ochotę na zbliżenie. Poczułem tylko ogromny żal. Wielką szkodę, że tym razem nic między nami nie będzie.

Bo moja fascynacja nim nigdy nie wygasła. Z biegiem lat on stawał się tylko cenniejszy. Nabierał charakteru, jak wszystko w mojej kolekcji, której nie potrafię i nie chcę porzucić. Na odchodne, stojąc w drzwiach, wypalił mi prosto w twarz:

— Nie wkurwiaj mnie więcej tą swoją nerwicą! Masz z tym przestać!

Wtedy zrozumiałem tę przepaść. Przechodził przez życie jak taran. Kompletnie nie rozumiał, że można bać się czegoś, czego nie da się dotknąć. Ja kompulsywnie analizowałem, zbierałem chwile do kolekcji. On po prostu trwał. Był jak inny luj, Damian, który kiedyś powiedział mi: „Ty JESTEŚ normalny”. Dla nich lęk był fanaberią. Szumem, którego nie da się przełożyć na piwo ani na nocleg. Miałem zasoby – dom, pieniądze – więc o co mi w ogóle chodziło z tą nerwicą?

Zostało mi jego zdjęcie wygrzebane na FB i świadomość, że Marcin nigdy nie musiał uczyć się mindfulnessu. On był teraźniejszością – brutalną, prostą i nieprzepraszającą za to, że pożera zasoby, których inni boją się nawet tknąć.


4 komentarze:

  1. This is all pathetic. Even the way you assess the personality of that dude is ill.

    Those kind of blokes in their simpletons minds judge by their gut feelings and in those they can see some gratification from allowing you near him.

    This is like hanging out with a dangerous animal who normally needs to be at a leash but due to your weakness it is not.

    OdpowiedzUsuń
  2. This is called an infatuation. Yet for an infatuation to happen something has to be attracting you to that individual. I bet you yourself cannot even tell what it might be that attracts you to him.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarze, jak zwykle złoto XD. Ale pisz, proszę, następnym razem po polsku, bo ludzie nie rozumieją.

      Usuń
  3. Szczesc Boze. Trzeci sobor Watynkanski wyraznie nakreslil zasady moralne do ktorych winien sie stosowac Polak katolik.

    Plodny mlodzieniec jest zobowiazany zachowywac swe nasienie dla swej niewiasty, albowiem, jak powiada Pismo Swiete, nasienie jest Swietoscia I kazda kropla straconego, rzuconego na bruk nasienia mezczyzny jest obelga wobec Boga na niebiosach.

    Oto slowo Boze

    OdpowiedzUsuń

Rybcia

  Moja ukochana kamienica: wysokie sufity, przestrzeń, piece kaflowe. W rogu stare pianino, na nim świeczki, które zapaliłem na jego przyja...