18+ Ten blog zawiera osobiste, intymne i bardzo bezpośrednie historie. Jeśli nie masz ukończonych 18 lat, opuść stronę.

piątek, 6 listopada 2026

Dolicz do dwustu

 




Było późne lato. Dzień powszedni, popołudnie. Rodzice jeszcze nie wrócili z pracy. Siedziałem w moim pokoiku na blokowisku.

Ujadanie mojego małego pasiastego kundelka i szum wiatraka jednostki centralnej. Na ekranie monitora CRT, na pasku zadań, migał prostokącik. Kliknąłem w niego zirytowany.

– No i porwała Cię Matka Czateria! – napisał Wojtek z osiedla obok, kumpel, z którym na chwilę przestałem gadać, bo właśnie miałem branie.

Pisał do mnie dwudziestolatek, przedstawiający się jako zagorzały kibic Lecha. Rzekomo dziewczyna wyjechała. Zaakceptował moje foty. Poprawiłem je po konstruktywnej krytyce Wojtka. Wybrałem takie, gdzie mam zły lub bezczelny wyraz twarzy, żadnego uśmiechu, maksymalny fokus na mnie, żadnych krajobrazów i rozpraszaczy uwagi. (Jedno ze starych zdjęć wydawało mi się całkiem dobre, ale Wojtek uważał, że psuje je obecność roślin doniczkowych i napisał: „Co to, kurwa, za kwiatek?”).

Kibic kategorycznie odmówił wysłania swoich fot. Podał tylko numer telefonu i powiedział, że i tak zbyt wiele ryzykuje, spotykając się z pedałem. Umówiliśmy się na przystanku tramwajowym „Armii Poznań” przy największym parku miasta. Miałem tam przed nim uklęknąć i służyć do samego końca. Napomniał, że spotyka się w tajemnicy i nie wolno mi nikomu o tym wspominać.

Wybierałem się tam z ciekawością, ale też w strachu. Wprawdzie spotkanie miało odbyć się w biały dzień w miejscu publicznym, ale to nie wykluczało zasadzki w krzakach, dokąd mieliśmy się przecież udać.

Wsiadłem na pętli do Siemensa Combino. Miałem miejsce siedzące. Wysiadłem na szóstym przystanku, skąd przez dziesięć minut szedłem wzdłuż drogi aż na skraj parku położonego w największym forcie miasta.

Dotarłem w umówione miejsce. Usiadłem na ławce pod wiatą na pustym przystanku linii tramwajowej i czekałem na kibola. Spacer odstresował mnie, zwłaszcza że przechodząc przez mały lasek za kortami tenisowymi wydoiłem jedno Dębowe Mocne (puszkę wyrzuciłem na trawnik jak rasowy lujec). Po paru minutach nadjechał tramwaj. Wysiadło kilka osób, ale bez kibola. Zaczepił mnie tylko jakiś kilkunastolatek w niebieskiej bluzie, z rękoma w kieszeniach:

– Mateusz?

Uniosłem wysoko brwi. Skinąłem głową i wyszeptałem „Siema”. Przyjrzałem się. Na oko osiemnastolatek, dość niski, szczupły i drobny, choć wysportowany. Krótko ostrzyżony, włosy w pospolitym odcieniu ciemnego blondu. Na bluzie dostrzegłem emblemat Lecha. Głos męski, ale łagodny. Młody, w którym pobrzmiewała ta charakterystyczna nuta, echo niedawnej mutacji.

Jednak mowa ciała tego Muminka wyrażała pewność siebie, zdecydowanie i zdolność do całkowitego kontrolowania sytuacji. Nie miał w sobie nic a nic z geja. Był to normalny chłopak z podwórka. Kiedy szedł przede mną po stoku fortu, wyglądał jak doświadczony harcerz, drużynowy prowadzący zucha chcącego zdobyć nową sprawność i odznakę. Młody miał zadatki na lidera. Decydował o wszystkim, co się dzieje. Nie miałem pojęcia, dokąd mnie zabiera.

Pytałem go trochę dla żartu, a trochę by uniknąć krępującej ciszy, czy na pewno nie zrobi mi krzywdy albo nie zastawił na mnie gdzieś zasadzki. Odparł, że bije się wtedy, kiedy zachodzi potrzeba.

Wokół było mnóstwo krzaków, które w zupełności by nam wystarczyły, ale on ewidentnie zamierzał dotrzeć do swojej tajemniczej kryjówki. Odsłonił wysokie krzewy i zaczął przeciskać się między nimi, aż ukazała się zarastająca ścieżka wijąca się na szczyt stromego wzgórza. Ta wymagająca realnego wysiłku wspinaczka niespecjalnie mi się podobała – całe to ukrywanie się uważałem za absurdalną przesadę, ale uległem mu, poddałem się jego prowadzeniu.

W końcu dotarliśmy. Miejsce było zajebiste. Nie miałem pojęcia o jego istnieniu. Osłonięte z każdej strony, kompletnie ukryte, a jednak wystarczyło rozchylić gałęzie, by zobaczyć, że stoimy na szczycie stromej skarpy. Pod nami leżał wąwóz otoczony wysokim ceglanym murem. Na wprost, na murze ciągnął się płot.

Usłyszałem:

– No dalej.

Wtedy zobaczyłem młodego z opuszczonymi spodniami.

Zbliżyłem się nieśmiało. Złapał mnie za włosy i jednym silnym pociągnięciem sprowadził na glebę. Chwycił moją głowę oburącz i umieścił mi go w gardle. Robiąc to, targał moje uszy, czego po prostu nienawidzę, bo później robią się czerwone i pieką, co przyciąga uwagę otoczenia. Nie mogłem jednak się sprzeciwić. Narzucił szalone tempo, jakby chciał udowodnić, że ten niepozorny wygląd osiedlowego nieopierzonego luja, to fasada, za którą ukrywa się Alfa w klimacie SM. Starałem się przekierować uwagę na to, że mimo tej szarpaniny pozwala mi na bliskość, której nie zazna żadna ze znanych mi ciot. Byłem poniewierany, ale przynajmniej mogłem głaskać włoski na jego nogach. To przywilej, którego nie odbierze cwelowi żaden git. Co jakiś czas odwracał się i padała komenda:

– Teraz TYŁ!

Lizałem go wtedy z miłością. Wreszcie zapowiedział:

– Przygotuj się.

I w całkowitym milczeniu zakończył głęboko w moim gardle. Nie wzdychał, schował go, zapiął spodnie.

– Zapamiętaj: żadnych plot. Lepiej dla ciebie, żebym się nie dowiedział. I jeszcze jedno... dolicz do dwustu, zanim stąd zejdziesz!

Zostałem sam na górce. Miałem ochotę usiąść, ale bałem się kleszczy. Uśmiechałem się do siebie. Nie chciałem, by wracał. Nie potrzebowałem go. Wiedziałem, że to koniec i było mi z tym dobrze. Uniosłem głowę, rozpostarłem ramiona. Znowu czułem życie.




2 komentarze:

  1. A policzyłeś do dwustu zanim zszedłeś?

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki, że tu jesteś :P Swoim komentarzem uczciłeś dwudziesty wpis. Miło. Walczyłem z sobą, by nie nazwać tego tekstu "Muminek" ;)

    OdpowiedzUsuń

Dolicz do dwustu

  Było późne lato. Dzień powszedni, popołudnie. Rodzice jeszcze nie wrócili z pracy. Siedziałem w moim pokoiku na blokowisku. Ujadanie mojeg...