Miałem dokładnie 29 lat, kiedy powróciłem do parku. Był przełom sierpnia i września. Trzymałem się od tego miejsca z dala wiele długich lat. Budowałem związek z dziadem. Stare parkowe więzi się pourywały, znajomości przestały istnieć. I czułem się z tym dobrze.
Kiedy byłem nastolatkiem, park odegrał dobroczynną rolę w moim życiu. Był mi azylem, kiedy rodzina wyoutowała mnie i wypowiedziała półtoraroczną wojnę. Za co? Za pedalstwo, za pedalstwo. Parkowa społeczność stała się dla mnie prawdziwą rodziną. Później sami zrobili się toksyczni, zazdrościli szczęścia – kolejnych związków, a zwłaszcza dziada. Któregoś dnia trzeba było powiedzieć dość. Uwierzyłem w monogamię, chciałem jej spróbować.
Teraz jednak wmaszerowałem do parku krokiem pewnym. Na ławce na lewo od popiersia Słowackiej, w stronę dworca, zauważyłem parkę młodzików. Podbiłem natychmiast. Przedstawili się jako Jolka i Michaś. Ta pierwsza miała 18, drugi 25 lat.
– Mateusz – rzuciłem bez zastanowienia.
Takie panowały wówczas trendy. Mateusz to było imię dwudziestolatków, a ja dokładnie tak wyglądałem i tak się czułem. I nie, nie zamierzałem ani zwalniać tempa, ani tym bardziej się starzeć. Przeciwnie – teraz gaz do dechy.
Usłyszałem kilka zabawnych uwag o tym, że wyglądam ładnie, pomimo mojego, jak stwierdzono – geriatrycznego wieku. Tak oceniła Jolka – chuda, długowłosa i zniewieściała, a intelektualnie ostra jak brzytwa, przyglądająca mi się z zaciekawieniem, rzucająca pociągłe spojrzenia. Ledwie wszedłem do parku, a już miałem dwóch ziomków. Park lśnił dawnym blaskiem.
W rozmowie przewinął się Sylwek, podobno ładny chłopiec, z którymi za dnia bujała się Jolka. A kim była Jolka? Licealistką skonfliktowaną z matką. W domu codzienne awantury, żadnych warunków do nauki. Dlatego tymczasowo nie chodziła na zajęcia. Nie pamiętam przyczyny owych domowych zajść. Czy był to jedynie buntowniczy charakter Jolki, zamiłowanie do długich włosów, przekłuwanie uszu, tatuaże? Nie sądzę, by chodziło o orientację per se. Dla niej park stał się, jak dla mnie kiedyś, bezpieczną przystanią.
Nie, nie udzielałem jej żadnych rad. W ogóle nigdy nie miałem w zwyczaju pouczać młodszych. Nie czułem się od nich mądrzejszy, to ja chciałem się od nich uczyć. Jak żyć mocno i bez ograniczeń. Do głowy by mi nie przyszło widzieć w niej siebie sprzed lat. Różniliśmy się jak dzień i noc. Nigdy nie byłem zniewieściały. Nie rozumiałem tych stworów. Nie wychowywały mnie kobiety, nie miałem sióstr, nie otaczałem się koleżankami. Jako dzieciak ganiałem po podwórku z chłopakami. Nie zazdrościłem też Jolce wieku, czułem się zajebiście we własnej skórze.
Nie było jednak we mnie zgody, by zrobić z siebie jakiegoś trzydziestoletniego dziada, żyjącego pracą, rachunkami, wzdychającego za utraconą młodością. Moja młodość zaczynała się właśnie TERAZ. Dlatego zrobiłem to. UKRADŁEM imię Mateusz, bo inne fałszowałoby moją tożsamość.
Nikt się nie domyślił. Minęło tyle lat, odeszło tyle ciot, a napłynęło tak wiele nowych, że nie zostałem rozpoznany.
No więc kim był Mateusz? Kolesiem, co wrócił na studia i realizuje je w systemie przez internet. Mimo 29 lat żył życiem nastolatka. Mieszkał z rodzicami w swoim pokoiku na postkomunistycznym blokowisku, ale posiadał też do dyspozycji lokum swojego dziada w kamienicy w Śródmieściu. Jego dziad pracował za granicą, a on „puszczał się" w parku i w jego lokum.
Jolka załamywała ręce, bolejąc nad żałosną kondycją Mateusza. Pouczała:
– W twoim wieku to już nie wypada, jakieś blokery hormonów powinieneś brać. Ile lat potrzeba takim jak ty na ten seks?
Dopadały mnie jakieś niewyraźne reminiscencje. Onegdaj stary, ale naprawdę stary, pewnie aż czterdziestoletni dziadyga opowiadał w parku mnie, wówczas 18-latkowi, że jego 28-letni chłopak go zdradza. Pamiętam swoje słowa:
– 28 to przecież poważny wiek.
– Właśnie najgłupszy – odpowiedział pan senior.
Byłem wtedy wstrząśnięty, oburzony, zupełnie jak teraz Jolka, która dalej trajkotała:
– No ileż można? My z Michasiem zachowujemy się typowo, ale 29 i wciąż biegać po krzakach? Trochę żenada...
Zgadzałem się w całej rozciągłości. Nie wypada, by trzydziestoletnie dziady biegały po krzakach. Ale Jolka mówiła o kimś innym. Patrzyłem w lustro. I daję słowo, że nigdy, nigdy przedtem nie wyglądałem lepiej.
Zamówiłem fryzjerkę domową na telefon. Zrobiła mi pasemka, a czasami farbowała całkiem na blond. Dziad kupował mi online koszulki z Zalando, przywoził czapeczki z daszkiem i złote łańcuszki. Byłem szczupły, a potem wręcz chudy. Blond włosy, cera bez jednej zmarszczki, co 3 miesiące drogie kremy, jasny fluid i nowe perfumy. I – jak stwierdzał dziad – niskie zużycie biologiczne: zero dni stażu pracy, życie nocne, brak kontaktu ze słońcem, największym destruktorem skóry. A może to tylko geny? Rodzice wyglądali bardzo młodo nawet po 40 roku życia.
No więc Jolka mówiła o jakichś trzydziestoletnich staruchach, co faktycznie powinni przepraszać za krzaki. Moje życie dopiero się rozpoczynało.
Jako Mateusz otrzymałem niedawno remedium na wszystko, co mnie przez długie lata więziło w domu. Dębowe Mocne i dwusetkę cytrynówki (Staromiejska była lepsza niż Lubelska) na spotkania towarzyskie. Na mocniejsze przeżycia biało-czerwone kapsułki. Na zjazdy uczelniane w innym mieście Xanax i propranolol.
Nie znałem odpowiedzi na wszystkie dręczące mnie pytania, nie umiałem wykończyć swoich demonów, ale dzięki posiadanym narzędziom potrafiłem już trzymać je w ryzach, bardzo mocno za ryj. I dlatego po raz pierwszy miałem szansę osiągnąć to, po co tamtego dnia przyszedłem do parku – zacząć żyć.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz