Moja ukochana kamienica: wysokie sufity, przestrzeń, piece kaflowe. W rogu stare pianino, na nim świeczki, które zapaliłem na jego przyjazd. Przez otwarte na oścież drzwi balkonowe wlewało się lepkie, czerwcowe powietrze. Wyszliśmy na balkon, spoglądaliśmy sobie w oczy, obejmowaliśmy się.
Na parkiecie w salonie wciąż unosił się zapach naszych spoconych ciał – przed chwilą tańczyliśmy po mieszance cytrynówki i F..., gubiąc rytm, śmiejąc się i co chwilę wpadając w mocny uścisk.
Poszliśmy do pokoiku. Całowaliśmy się, dotykaliśmy swoich pośladków, wyprężone penisy napierały na siebie. Miał trzydzieści jeden lat, przyjechał do mnie z Jarocina. Gdy gładziłem jego szczupłe plecy i patrzyłem na delikatne zakola nad czołem, czułem, że te dwa lata różnicy nie mają znaczenia.
Pachniał tamtym światem – domem, praniem, czymś znajomym, czego nie potrafiłem nazwać. Opowiadał o pracy w przetwórni ryb z taką powagą, jakby to było centrum wszechświata. I o matce. Mieszkał z mamusią. Podobała mi się ta jego prostota. Gdy chwytałem go za dłoń, liczył się tylko dotyk, ciepło, to, że nie cofał ręki. I to, jak patrzył na mnie swoimi ciemnymi, lekko zawstydzonymi oczkami.
Bifor był idealny, ale noc dopiero się zaczynała. Wstawieni, ale jeszcze na nogach, wyszliśmy w miasto.
Zamiast pchać się w rozkrzyczane centrum, wybraliśmy drogę na około. Obaj mieliśmy w sobie tę samą kanciastą nieśmiałość, która kazała nam omijać tłumy pod głównym wejściem. Skręciliśmy w Bóżniczą. Przedwojenne kostki brukowe czułem przez podeszwy tenisówek – nierówne, ciepłe jeszcze od dnia. Powietrze stało od intensywnej, ciężkiej, słodkiej woni kwitnących krzewów. Ciemność była gęsta, lepiła się do skóry.
Gdy Bóżnicza łagodnie przeszła w Grochowe Łąki, nad naszymi głowami zamknął się majestatyczny dach z liści. Szpaler potężnych platanów i kasztanowców odcinał nas od zgiełku reszty miasta. Ulica była pusta, cicha – jakby stworzona tylko dla nas.
Wyciągnąłem z kieszeni małpkę cytrynówki. Odkręciłem korek, wziąłem łyk, podałem mu. Chłód szkła, pieczenie w gardle, zapach alkoholu mieszający się z aromatem czerwcowej nocy. Spojrzałem na niego. W świetle latarni jego twarz rzeźbiła się w cieniach – ostre światło, głębokie dołki pod oczami, kościste policzki.
Szliśmy przez długie, kameralne podwórka w kierunku bocznego wejścia do Hah. Oczami wyobraźni już widziałem, jak znikamy w półmroku baru Hell i darkroomu, gdzie będziemy mogli być ze sobą.
Było idealnie. Ten moment przed imprezą, gdy wszystko jest jeszcze obietnicą, czystą możliwością. Czas zwolnił, zamrożony alkoholowym rozluźnieniem.
– Jest pięknie – westchnąłem, nie potrafiąc zachować tego zachwytu tylko dla siebie.
On zatrzymał się na chwilę, postawił kołnierz koszulki, jakby nagle zrobiło mu się zimno. Rozejrzał się wokół, a na jego usta wypełzł dziwny, nerwowy uśmiech.
– Co ja robię ze swoim życiem, gdzie ja idę! – rzucił nagle w przestrzeń.
Zaskoczony, uśmiechnąłem się szerzej, biorąc to za żart.
– No do klubu idziemy.
Popatrzył na mnie i kontynuował dokładnie w ten sam sposób, ze śmiechem.
– …I to żeby jeszcze z kimś młodym!
Słowa uderzyły mnie prosto w mostek, wybiły mi oddech z płuc.
Przecież on miał trzydzieści jeden lat. Ja – trzydzieści trzy. Wyglądałem świetnie: świeżo pofarbowane włosy, starannie dobrana koszulka z Zalando. Przez godziny szykowałem mieszkanie, a później czekałem na niego na peronie z rosnącą ekscytacją. Cały ten misternie budowany wieczór, cała ta bliskość z kamienicy rozsypała się w ułamku sekundy.
„I to żeby jeszcze z kimś młodym”.
Nie odpowiedziałem. Słowa uwięzły mi w gardle, zamieniając się w ciężką, gorzką grudę. Spuściłem głowę, wbiłem wzrok w bruk, żeby nie patrzeć na jego twarz. Przyspieszyłem kroku. Przestał liczyć się czerwcowy zapach, przestały liczyć się platany i romantyczne podwórka. Miałem już tylko jeden cel: dotrzeć do baru Hell i sponiewierać się tak szybko, żeby reszta tej nocy stała się czarną dziurą.
Epilog
Późną jesienią siedziałem przy stoliku w Hah i popijałem wódkę z colą. Z karaoke leciał szlagier Ireny Santor: "Niejedna znikła twarz i wielu przegrało swą młodość, swą młodość". Wtedy go zobaczyłem.
Szedł pewnym krokiem przez znajome korytarze, jakby należały do niego. U jego boku był jakiś dwudziestolatek – wyluzowany, w modnej kurtce, ale w sumie nic specjalnego. Gdy mijali mój stolik, Rybcia wyjął z kieszeni Samsunga S4, udając, że właśnie dostał wiadomość. Przeszedł obok bez słowa. Nawet nie spojrzał.
Siedziałem. Patrzyłem, jak znika w tłumie. I nic.
Wtedy wszystko się wyjaśniło. W tamtą czerwcową noc nie przyjechał po to, żeby być ze mną. Po prostu zapamiętywał drogę. A ja byłem tylko punktem orientacyjnym.

Wedle nauczania Kosciola Katolickiego Matki Naszej I ojca swietego Jana Pawla Drugiego, niech mu ziemia lekka bedzie, p.dalstwo nalezy tepic jak robactwo.
OdpowiedzUsuńAlbowiem nietepione moze sie jeszcze nie daj Boze rozlac na cale spoleczenstwo I zatruc nasze plodne meskie bractwo ich bezbozna ideologia.
Oto slowo boze.
Najwięcej pedalstwa jest wśród klery katolickiego
UsuńJaka jest roznica pomiedzy pedalem a zwierzeciem.?
OdpowiedzUsuńTen ostatni przywiazuje sie do swych Panow.
Pedal zas nie widzi nic poza chucia.
"Predzej wielblad przejdzie przez ucho igielne nizli pedal dostanie sie do Krolestwa Niebieskiego"
OdpowiedzUsuńEwangelia Mateusza 19:24
Ewangelia Marka 10:25
Ewangelia Lukasza 18:25
Święta prawda!
Usuń